![]() |
| Babcia Waleria, arch. rodzinne |
Z racji tego, że dziś jest rocznica ślubu Dziadków, uznałam, że to dobry moment, żeby zacząć opowieść o Babci Walerii.
Andrzej urodził się także w Mariance, ale jego rodzice i starsze rodzeństwo przybyli w te strony spod Włocławka w pierwszej połowie lat 70. XIX wieku, był zatem dzieckiem kolonistów. Wyuczył się na młynarza – w swoim liście ciotka Janka ujęła to tak, że pracował u innych na młynach i zarabiał pieniądze – chociaż w akcie ślubu nie ma o tym ani słowa. Dopiero w akcie urodzenia Walerii, drugiego z kolei dziecka Andrzeja i Katarzyny, wymieniony jest zawód Andrzeja.
Waleria miała niespełna trzy lata, gdy wybuchła I wojna światowa. Ona sama nie opowiadała zbyt dużo o tych czasach. Wiem tylko tyle, że panował wtedy głód i choroby i że Babcia chorowała na tyfus. Miała silny organizm, bo wyszła z tego, w przeciwieństwie do swojej babki Julianny Matusiakowej i ciotki Konstancji Chudasiowej, których akty zgonów znalazłam dzięki poszukiwaniom genealogicznym. Obie zmarły w 1919 roku: Konstancja, mająca 42 lata, odeszła w kwietniu, a Julianna, siedemdziesięciodziewięcioletnia, w listopadzie.
Z opowieści najmłodszej córki Babci, Teresy Katarzyny, zwanej w rodzinie Kasią, wiem, że nastoletniej Walerii jej ojciec Andrzej opłacał lekcje kroju i szycia u miejscowej krawcowej. Zresztą, w wyprawie ślubnej dostała maszynę do szycia marki Singer – ta maszyna do dzisiaj jest w naszym domu. Szkołę elementarną też skończyła: pamiętam, jak dzieckiem będąc widziałam Babcię czytającą książki o zdrowym żywieniu, gazety czy modlitwy z książeczki do nabożeństwa. Listy i karty na święta też pisała własnoręcznie.
![]() |
| Zdjęcie ślubne Walerii i Bronisława, arch. rodzinne |
Za mąż wyszła 30 maja 1937 roku za Bronisława, chłopaka z tej samej parafii, urodzonego w Boże Narodzenie w 1911 roku. Początkowo mieszkali u teściów. Robota tam była ciężka, a teść był surowy i oszczędzał na wszystkim. Pierwszą ciążę poroniła właśnie przez tę robotę ponad siły. Bronek miał się wtedy pokłócić z ojcem, po czym oboje młodzi wynieśli się, jak to się mówiło, "na komorne", czyli do pracy u innego rolnika, który dawał pracownikom własną izbę do mieszkania. W sierpniu 1938 roku urodziła się Marianna Łucja, zwana w domu Lutką – a w kolejnym roku wybuchła wojna. Znowu był niepokój, głód, wszawica i choroby. W trakcie tej wojny Babcia drugi raz chorowała na tyfus. W roku 1941 (w marcu) i potem w 1943 (w maju) urodzili się chłopcy: Albin Dominik i Stanisław. I tutaj mam lukę, jeśli chodzi o narodziny dzieci, bo wiem z przekazów rodzinnych, że jakoś w tym czasie urodziło się jeszcze jedno dziecko, które albo zmarło zaraz po porodzie, albo żyło jakiś niedługi czas. Wujek Stacho, ten z maja 1943 roku, twierdzi, że to była dwumiesięczna dziewczynka, o której mówiło się w domu, że zmarła dlatego, że Babcia idąc boso po rosie, żeby przepalikować krowę (czyli wyciągnąć z ziemi palik, z którym krowa połączona była łańcuchem, przeprowadzić ją z miejsca, gdzie trawa była już wyjedzona, na inne i wbić palik ponownie), przeziębiła pokarm.
![]() |
| Cała rodzina w komplecie, zdjęcie zrobione na ganku domu na "zachodzie", arch. rodzinne |
Po wojnie były niepokoje, trwała Akcja Wisła (przesiedlanie ludności zabużańskiej na tereny, zwane Ziemiami Odzyskanymi), nocami snuły się bandy i wypalały zboże. Mój Dziadek miał wtedy złożyć u ówczesnych władz dokument potwierdzający fakt, że nie da się spokojnie żyć na tych terenach, i dostał pozwolenie na wyjazd na zachód Polski. I też: mówiło się w domu, że to była taka wyprawa, jaką można obejrzeć w filmie Sami swoi, czyli bydlęcy wagon, a w nim podróżująca rodzina wraz z całym dobytkiem. Babcia wtedy też była w wysokiej ciąży, niestety nie miała tyle szczęścia, co jej filmowa odpowiedniczka: doszło do poronienia i krwotoku. Ciotka Lutka wspominała, że biegała po nieznanej sobie wsi w poszukiwaniu księdza, bo Dziadek się bał, że Babcia umrze. Jakoś się ten ksiądz znalazł i dał Walerii ostatnie namaszczenie. Na szczęście i tym razem jej organizm zwyciężył.
Cdn.



