30 maja 2024

Babcia (1)

Babcia Waleria, arch. rodzinne

Z racji tego, że dziś jest rocznica ślubu Dziadków, uznałam, że to dobry moment, żeby zacząć opowieść o Babci Walerii.

Urodziła się we wrześniu 1911 roku w sosnowickiej parafii, we wsi Marianka, założonej w drugiej połowie XIX wieku przez kolonistów, czyli przybyszów z różnych części dawnych ziem polskich będących wówczas pod zaborami. Jej ojciec, Andrzej, był tym, o którym najmłodsza z rodzeństwa Babci, ciocia Janka, pisała mi w liście, że do Austrii po Kasię jeździł. Istotnie, Katarzyna Hładkiewiczówna mieszkała we wsi Kozy, znajdującej się o kwadrans drogi od Bielska-Białej, miasta leżącego na terenach ówczesnej Galicji. W tejże Białej, jak się wtedy nazywało to miasto, pracowała w fabryce włókienniczej. Jej ojciec, Adam, z wyznania grekokatolik, w 1890 roku sprzedał trochę ziemi i wraz z rodziną: żoną Febronią, synem Szymonem i pięcioletnią córeczką Kasią, uciekł z okolic Sosnowicy na tereny zaboru austriackiego, chroniąc w ten sposób siebie i rodzinę przed terrorem, jaki panował podczas likwidacji Cerkwi unickiej.

Andrzej urodził się także w Mariance, ale jego rodzice i starsze rodzeństwo przybyli w te strony spod Włocławka w pierwszej połowie lat 70. XIX wieku, był zatem dzieckiem kolonistów. Wyuczył się na młynarza – w swoim liście ciotka Janka ujęła to tak, że pracował u innych na młynach i zarabiał pieniądze – chociaż w akcie ślubu nie ma o tym ani słowa. Dopiero w akcie urodzenia Walerii, drugiego z kolei dziecka Andrzeja i Katarzyny, wymieniony jest zawód Andrzeja.

Waleria miała niespełna trzy lata, gdy wybuchła I wojna światowa. Ona sama nie opowiadała zbyt dużo o tych czasach. Wiem tylko tyle, że panował wtedy głód i choroby i że Babcia chorowała na tyfus. Miała silny organizm, bo wyszła z tego, w przeciwieństwie do swojej babki Julianny Matusiakowej i ciotki Konstancji Chudasiowej, których akty zgonów znalazłam dzięki poszukiwaniom genealogicznym. Obie zmarły w 1919 roku: Konstancja, mająca 42 lata, odeszła w kwietniu, a Julianna, siedemdziesięciodziewięcioletnia, w listopadzie.

Z opowieści najmłodszej córki Babci, Teresy Katarzyny, zwanej w rodzinie Kasią, wiem, że nastoletniej Walerii jej ojciec Andrzej opłacał lekcje kroju i szycia u miejscowej krawcowej. Zresztą, w wyprawie ślubnej dostała maszynę do szycia marki Singer – ta maszyna do dzisiaj jest w naszym domu. Szkołę elementarną też skończyła: pamiętam, jak dzieckiem będąc widziałam Babcię czytającą książki o zdrowym żywieniu, gazety czy modlitwy z książeczki do nabożeństwa. Listy i karty na święta też pisała własnoręcznie.

Zdjęcie ślubne Walerii i Bronisława,
arch. rodzinne

Za mąż wyszła 30 maja 1937 roku za Bronisława, chłopaka z tej samej parafii, urodzonego w Boże Narodzenie w 1911 roku. Początkowo mieszkali u teściów. Robota tam była ciężka, a teść był surowy i oszczędzał na wszystkim. Pierwszą ciążę poroniła właśnie przez tę robotę ponad siły. Bronek miał się wtedy pokłócić z ojcem, po czym oboje młodzi wynieśli się, jak to się mówiło, "na komorne", czyli do pracy u innego rolnika, który dawał pracownikom własną izbę do mieszkania. W sierpniu 1938 roku urodziła się Marianna Łucja, zwana w domu Lutką – a w kolejnym roku wybuchła wojna. Znowu był niepokój, głód, wszawica i choroby. W trakcie tej wojny Babcia drugi raz chorowała na tyfus. W roku 1941 (w marcu) i potem w 1943 (w maju) urodzili się chłopcy: Albin Dominik i Stanisław. I tutaj mam lukę, jeśli chodzi o narodziny dzieci, bo wiem z przekazów rodzinnych, że jakoś w tym czasie urodziło się jeszcze jedno dziecko, które albo zmarło zaraz po porodzie, albo żyło jakiś niedługi czas. Wujek Stacho, ten z maja 1943 roku, twierdzi, że to była dwumiesięczna dziewczynka, o której mówiło się w domu, że zmarła dlatego, że Babcia idąc boso po rosie, żeby przepalikować krowę (czyli wyciągnąć z ziemi palik, z którym krowa połączona była łańcuchem, przeprowadzić ją z miejsca, gdzie trawa była już wyjedzona, na inne i wbić palik ponownie), przeziębiła pokarm. 

Cała rodzina w komplecie, zdjęcie zrobione na ganku domu
na "zachodzie", arch. rodzinne

Po wojnie były niepokoje, trwała Akcja Wisła (przesiedlanie ludności zabużańskiej na tereny, zwane Ziemiami Odzyskanymi), nocami snuły się bandy i wypalały zboże. Mój Dziadek miał wtedy złożyć u ówczesnych władz dokument potwierdzający fakt, że nie da się spokojnie żyć na tych terenach, i dostał pozwolenie na wyjazd na zachód Polski. I też: mówiło się w domu, że to była taka wyprawa, jaką można obejrzeć w filmie Sami swoi, czyli bydlęcy wagon, a w nim podróżująca rodzina wraz z całym dobytkiem. Babcia wtedy też była w wysokiej ciąży, niestety nie miała tyle szczęścia, co jej filmowa odpowiedniczka: doszło do poronienia i krwotoku. Ciotka Lutka wspominała, że biegała po nieznanej sobie wsi w poszukiwaniu księdza, bo Dziadek się bał, że Babcia umrze. Jakoś się ten ksiądz znalazł i dał Walerii ostatnie namaszczenie. Na szczęście i tym razem jej organizm zwyciężył.

Cdn.

05 maja 2024

Rozważania

Fot. własna

 Czasem znajduję sobie taki temat, że słowa nie chcą płynąć. I to, że tak długo nic się tu nie pojawia, spowodowane jest właśnie taką sytuacją.

Lektura Chłopek uświadomiła mi, jak odważną i silną była jedna z moich przodkiń. Ale moja relacja z nią nie należała do łatwych. Potrzeba było czasu i mojej dojrzałości, żebym nauczyła się patrzeć na nią w taki sposób. Tyle, że pisanie o niej nie przychodzi mi łatwo. Być może we mnie coś jeszcze się musi do końca poukładać…

W każdym razie wpis jest długi i niewykluczone, że pojawi się w odcinkach.

A na razie jedziemy na wycieczkę – majówka dała nam w prezencie prześliczną pogodę i żal byłoby nie skorzystać :)