28 listopada 2025

Czy mam jakiekolwiek szanse znaleźć prapradziadka Hładkiewicza…?

Akt urodzenia prababki Katarzyny z Hładkiewiczów Matusiakowej (skan: domena publiczna)

Ostatnio mam jakieś nagromadzenie rocznic – 25 listopada minęło 140 lat od urodzin prababki Katarzyny Matusiakowej. Czy to to mną kierowało, że podjęłam próbę (kolejną…) znalezienia jej rodziców, prapradziadków Hałdkiewiczów?

Od kilku dni przeglądam stare akta osób z tym nazwiskiem. Szukanie jest o tyle skomplikowane, że po przetłumaczeniu na rosyjski, nazwisko Hładkiewicz przybrało formę Гладкевич, a po przełożeniu z powrotem na polski zapisywane było bądź jako Hładkiewicz, bądź Gładkiewicz. Czasem nawet pisano je przez ch, jak to widać na zdjęciu powyżej.

Pierwszy raz z tym nazwiskiem zetknęłam się w wersji Gładkiewicz. Znalazłam odpis aktu ślubu babci Walerii i dziadka Bronka: Katarzyna z Gładkiewiczów była matką Walerii. Wcześniej o Gładkiewiczach wspominał mi nieżyjący już wuj Bogdan; mówił o tym, że Katarzyna pochodziła ze wsi Kozy pod Bielsko-Białą i że pracowała w Białej jako krawcowa/szwaczka. Historię o tym, jak znalazłam akt urodzenia prababki Katarzyny, opisałam tutaj. Ale samo nazwisko, w obu wersjach ortograficznych, przewija się w aktach parafii na Lubelszczyźnie, początkowo w grecko-katolickich, później w prawosławnych, a sporadycznie w katolickich. Wspominałam w którymś z wcześniejszych wpisów, że Katarzyny starsza siostra, Marianna, wzięła ślub w 1889 roku w Rozwadowie, dziś to część Stalowej Woli. Unici często wyjeżdżali na tereny takie jak Kongresówka czy Galicja, żeby móc w kościele katolickim wziąć ślub. W parafii rozwadowskiej znalazłam ostatnio jeszcze jeden akt ślubu (z 1881 roku), tym razem poszukiwane przeze mnie nazwisko nosiła matka panny młodej, Anna z Hładkiewiczów. Czyżby rodzina Adama, mojego prapradziadka?

Żeby jakoś uporządkować zdobytą dotychczas wiedzę o Hładkiewiczach, spisałam wszystkie zebrane akta i podjęłam próbę ułożenia tych fragmentów w jakąś całość (czy wspominałam, że genealogia czasem przypomina robotę detektywistyczną?). Najwięcej dokumentów mam z parafii grecko-katolickiej w Jabłoniu (pod lupę biorę te z połowy XIX w.). Są to głównie akty ślubu, co jest o tyle pożyteczne dla poszukiwacza, że mamy w nich opisane osoby zawierające ślub, miejsca ich urodzenia, imiona ich rodziców, ale też mamy podane nazwiska świadków. Gros z tych akt dotyczy ślubów dzieci niejakiego Teodozego, organisty, i jego żony Tekli z Zacharewiczów. Dowiaduję się z nich, że synowie tej pary, a było ich trzech, byli absolwentami Instytutu Śpiewaków w Chełmie, po czym pełnili funkcje organisty i nauczyciela w różnych parafiach grecko-katolickich: we wspomnianym Jabłoniu, w Międzyrzecu czy w Rudnie (gmina Milanów). Po likwidacji kościoła unickiego pełnili swoje obowiązki w parafiach prawosławnych. Sam Teodozy, jak pisałam wyżej, był organistą, synem Stefana, diaka (w kościołach wschodnich był to kantor, który prowadził śpiewy i znał się na obrządku, pomagał kapłanowi podczas nabożeństwa) w cerkwi w Holi, i jego żony Ahafii (Agaty). Dowiaduję się o tym z  aktu zgonu Teodozego z października 1868 roku. Są też akty ślubów członków, nazwijmy to, drugiej gałęzi Hładkiewiczów – rolników. Mam tu Emiliana, syna Jana, rolnika, i jego żony Barbary z Zinczuków, urodzonego w Holi, a zamieszkałego w Jabłoniu, który tamże w listopadzie 1853 roku wziął ślub z Eufrozyną Tych. Eufrozyna zmarła w 1870 roku, a Emilian ożenił się (nie wiem kiedy, nie znalazłam aktu) z Martą Jaszczuk. Z obu tych związków urodziło się po kilkoro dzieci. Mam jeszcze akty dotyczące niejakiego Michała Michajłowicza oraz – jak sądzę – jego dzieci (pasują mi miejsca i daty) oraz dwóch kobiet, z których każda jest Dmitriewna (siostry?). Wytypowałam akurat te dokumenty ze względu na powtarzające się nazwy wsi: Hola i Opole (Podedwórze). Stamtąd pochodzili "moi" Hładkiewiczowie. Prapradziadek Adam był rolnikiem, tak ma napisane w akcie chrztu swojej córki, z kolei babcia-ciotka Janka pisała w swoim liście, że "sprzedał kawał ziemi", by wyjechać do Galicji. Ale w widniejącym na zdjęciu dokumencie rodzice ojca dziecka to Paweł i Katarzyna Maniak, a nie znalazłam nikogo o tych imionach. Oczywiście, o ile podane dane są prawdziwe. Imię matki Katarzyny to nie Bronisława, tylko Febronia. Siostra Katarzyny, Marianna, wyszła za mąż za Artema Danilczuka, ale w akcie ślubu z Rozwadowa jako imię pana młodego figuruje Marcin. Ciotka-babka Janka w swoim liście opisała to, co opowiadała jej matka, że  do walki z wiernymi Cerkwi unickiej angażowano siły wojskowe – czy to mogło spowodować, że nawet będąc poza zasięgiem władz carskich, ludzie nie chcieli ujawniać swoich prawdziwych danych? Inna rzecz, że akta, w których znajdowałyby się poszukiwane przeze mnie osoby, mogły w tych zamieszkać po prostu spłonąć. Z Holi dostępne są – a i to fragmentarycznie – akta z parafii prawosławnej, z unickiej – nie. Zatem aktów ślubu prapradziadków czy urodzin ich dzieci mogę w ogóle nie znaleźć. Choć przecież powinny się zachować wtóropisy, czyli kopie oryginałów. Też przepadły?

Ale są jeszcze akty zgonu. Tylko że i tu nie mogę nigdzie znaleźć prapradziadka Adama. Z Holi do wsi Kozy przez Rzeszów (w Staromieściu pod Rzeszowem chrzczona była prababka Katarzyna) jest, jak pokazuje współczesna mapa, 472 kilometry. Mnóstwo parafii po drodze, a żadnej pewności, że Adam w ogóle dotarł do Staromieścia, bo że nie zmarł w Kozach, wiem na pewno. Hładkiewiczowie w tę trasę nie wybrali się sami: w akcie chrztu Kasi jako chrzestna figuruje Anna, żona Filemona Taratyki: Filemon i Anna Matejczuk pochodzili z Polesia, Filemon urodził się w Holi, a Anna w Uhninie (w akcie ślubu wpisanym jako Ugnin, pewnie zastosowano wymianę ukraińskiego h na polskie g), pobrali się w Radomyślu nad Sanem w 1883 roku, a w latach 1890 i 1891 w Staromieściu ochrzcili dwoje swoich dzieci. Ludwika Mromlińskiego, ojca chrzestnego Kasi, nie znalazłam, choć samo nazwisko pojawia się i na podkarpaciu, i w małopolskim, ale niczego nie zakładam: mój prapradziadek też gdzieś tu zmarł, a jak na razie jego aktu zgonu nie mam. Z parafii w Kozach mam tylko akt ślubu brata Kasi, Szymona, z 1902 roku i akt zgonu Febroni z 1914r. 

I coraz wyraźniej widzę, że jeśli nie zdarzy się jakiś archiwistyczny cud, prapradziadka Adama mogę w ogóle nie znaleźć…

20 listopada 2025

Dlaczego praprababka nie wyszła za mąż, czyli czysto teoretyczne rozważania etnograficzno-genealogiczne

Akt zgonu prapradziadka Stanisława Matuszewskiego (skan z szukajwarchiwach.gov.pl)

Jakiś czas temu zastanawiałam się nad tym, czemu moja praprababka Julianna z Mańkowskich Matuszewska, która owdowiała w wieku 39 lat, nie wyszła ponownie za mąż, co było częstą praktyką, zważywszy, że owdowiała kobieta nierzadko zostawała sama z gospodarstwem i małymi dziećmi. Tak było w przypadku praprababki: prapradziadek Stanisław był rolnikiem, jak napisano w akcie zgonu wystawionym dnia 24 kwietnia 1879 roku, co oznacza, że kawałek swojej ziemi posiadał. W chwili jego śmierci najstarszy syn miał niespełna 14 lat, a najmłodsza córka – dwa. Nawiasem mówiąc, nie udało mi się ustalić, czy ten syn, Jan Nepomucen, wszedł w związek małżeński. Na cmentarzu w Sosnowicy leży w pojedynczym grobie, co oczywiście nie musi niczego oznaczać, ale nie mam też żadnych aktów małżeństw osób, dla których był ojcem. Może zmarł bezdzietnie? Ale wracając do głównego wątku: poza Janem Nepomucenem i tym najmłodszym dzieckiem, córką Konstancją, było jeszcze czworo dzieci: Józef (12 lat), Wiktoria (10 lat), Jan (7 lat) i Andrzej, mój pradziadek (4 lata). I tak, to nie błąd, w jednej rodzinie było dwóch synów o imieniu Jan, co wcale nie ułatwia genealogowi sprawy, ale imiona na ogół nadawał dzieciom ksiądz na podstawie kalendarza liturgicznego, a z tym się najwyraźniej nie dyskutowało.

Zatem praprababka była w trudnej sytuacji. Nie mam pojęcia, jaki odziedziczyła majątek, czy było ją stać, żeby po śmierci męża nająć jakiegoś parobka. Czternastolatek w tamtych czasach był już nawykły do roboty w polu, ale czy sam dawał radę wszystkiego doglądać? Matuszewscy, którzy przyjechali pod Sosnowicę z okolic Lubienia Kujawskiego w połowie lat 70. XIX wieku, nie przybyli tu sami. Z Julianną przeniósł się tu też jej starszy brat Maciej Mańkowski z dziećmi, który owdowiał (nie wiem kiedy, nie dotarłam jeszcze do aktu zgonu jego żony Katarzyny) i ponownie ożenił się już w Kąkolewnicy w 1876 roku, a w 1878 r. w Górkach, w sosnowickiej parafii, urodziło mu się pierwsze dziecko z drugiego małżeństwa. Z Maciejem przyjechało w te strony na pewno pięcioro dzieci (nie udało mi się ustalić, co się stało z najstarszą córką), które tu dorosły i pozakładały rodziny. Najstarszy z tej piątki, Józef, był od kuzyna Jana Nepomucena starszy o dwa lata. Może on pomagał ciotce w gospodarstwie?

Odpowiedź na pytanie, czemu Julianna ponownie nie wyszła za mąż, kryć się może gdzie indziej. Trafiłam ostatnio na Dzieła wszystkie Oskara Kolberga, przy czym lekturę zaczęłam od tomu Lubelskie, bo przecież administracyjnie Sosnowica i okolice należą do tego właśnie województwa. Ale po rozmowie z kuzynką, mieszkającą w Kodeńcu (dowiedziałyśmy się o sobie w dość niecodzienny, jak dla mnie, sposób: otóż w pierwszym roku pandemii napisała do mnie obca osoba z pytaniem, czy administruję drzewem rodziny o takim to a takim nazwisku, po czym okazało się, że mamy wspólnych praprapradziadków i w sumie jesteśmy skuzynowane), zaczęłam czytać tom Chełmskie, ponieważ w okolicach od Włodawy na wschodzie do Ostrowa Lubelskiego na zachodzie oraz od Horodyszcza i Rozwadówki na północy do Cycowa i Sawina na południu noszony był strój podlaski z okolic Włodawy (można o nim poczytać tutaj). Sosnowica i wsie, w których rodzili się członkowie mojego rodu, leżą centralnie w środeczku tego obszaru.

Oskar Kolberg, Dzieła wszystkie, tom 33, Chełmskie cz. I, źródło: www.polona.pl

A potem, już z własnej inicjatywy, sięgnęłam po Kujawy. I wywnioskowałam, co następuje: Kujawy to był bogaty region, i gospodarczo, i kulturowo – i bardzo odmienny od Podlasia.

Oskar Kolberg, Dzieła wszystkie,
t. 3, Kujawy cz. I, źródło:
www.polona.pl
Stanisław i Julianna, którzy z nieznanych mi na razie (i pewnie w ogóle) powodów przyjechali na wschód, wychowali się w innej kulturze pracy, mówili inną polszczyzną, byli katolikami, mieli kujawskie korzenie i tradycje. Natomiast jak wynika z zapisanych przez Kolberga obserwacji na temat mieszkańców terenów niedaleko Włodawy, była to w większości ludność ruska, posługująca się tzw. chachłacką mową (tu można o niej poczytać), należąca do Cerkwi unickiej lub prawosławnej, nieprzemęczająca się w pracy, różniąca się strojami – co świetnie obrazują ryciny przedstawiające mieszkańców obu tych regionów – i zapewne tradycjami stołu, nie wspominając o tzw. kulturze picia alkoholu. Oskar Kolberg mocno ubolewa w swoich tekstach nad tym, że alkohol, tak powszechnie używany przez wszystkich, bo i kobiety od niego nie stroniły, ale był też ważnym elementem niektórych obyczajów, m.in. zrękowin, swatowie mieli konkretne przyśpiewki o wódce – otóż że przez tę wszechobecność alkoholu tak duża jest skala pijaństwa na wsi. Szczególnie dawało się ono zaobserwować na wschodnich i południowo-wschodnich terenach ziem polskich, a właśnie Kujawiacy zrobili na Kolbergu dobre wrażenie, bo ten alkohol, chociaż obecny, nie był przez nich nadużywany.

Doszłam więc do wniosku, że Kujawiacy na ziemi włodawskiej przeżyć musieli niezły szok kulturowy (koloniści w ogóle woleli trzymać się razem) i być może praprababka Julianna zwyczajnie nie miała ochoty na powtórne zamążpójście, bo zwyczajnie nie widziała dla siebie kandydata. Zmarła 17 listopada 1919 roku, po wielkiej wojnie, po której szalał tyfus i zabrał wielu ludzi, m.in. ją samą i jej córkę, Konstancję, podówczas czterdziestodwuletnią, a wiele osób go przechorowało, jak choćby Julianny wnuczka Waleria, czyli moja późniejsza babcia.

Ciekawe, czy to możliwe, że Julianna sama chciała, żeby ten wpis powstał? Zaczęłam go pisać w 106 rocznicę jej śmierci…