30 października 2025

Dziadek Antek

Dom mojego pradziadka Józefa Wieczorka, malarz nieznany, arch. rodzinne

Na fali lektury Stefci wróciłam do Chłopów Reymonta. Przyznaję, że w liceum tej akurat lektury nie przeczytałam, filmu, który moja ciotka z nami mieszkająca namiętnie oglądała (każdą powtórkę z takimi samymi wypiekami na twarzy), nie lubiłam, choć poszczególne wątki znałam, ale to akurat nie zmieniało mojego podejścia na lepsze; jakoś nie czułam tego świata. Odrzucał mnie on wręcz, taki bezwzględny, jak wtedy myślałam, okrutny nawet, ta wieczna walka o ziemię, o każdy grosz (z perspektywy czasu widzę, że w tym podejściu do spraw materialnych blisko mi do Emilii Korczyńskiej ☺), ta taka jakaś zajadłość, zawiść, którą w swoich postawach pokazywali bohaterowie tej powieści – trudno mi było to zrozumieć i przyjąć.

Chłopów po raz pierwszy przeczytałam za sprawą niejakiej Wiktorii Korzeniewskiej prowadzącej bloga slavicbook (na Instagramie jest pod tą samą nazwą), która w związku ze zbliżającą się premierą filmu*) opartego na motywach tej powieści zorganizowała na swoim instagramowym kanale wspólne czytanie Reymonta. Uznałam, że to może i dobry moment, żeby osobiście poznać to dzieło.

Ponieważ zdecydowana większość z nas samą treść książki zna, nie będę pisać tu jej recenzji. Mnie w tej powieści uderzyło coś, co na ogół nie jest przedmiotem analizy na lekcjach języka polskiego. To historia parobka Borynów, małego Witka. W jednej z pierwszych scen Boryna, wyklinając na chłopca za to, że mu krowę "zmarnował", nazywa go "znajdkiem" i "pokraką warsiaską". Gdy w jakiś czas potem malec idzie do kościoła dać na wypominki, opowiada towarzyszącemu mu Kubie, co zapamiętał z czasu, kiedy go Kozłowa zabrała z Warszawy na wieś. Cała kolejna scena, kiedy to Witek ciśnie się wraz z innymi wiernymi do stołu, przy którym organista i jego syn, Jasio, spisywali imiona zmarłych i pobierali "co łaska" na mszę za nich, a on, sierota, nie wiedział, jak mieli na imię matula i ojciec, jak zastanawiał się, czemu inni mają rodziców, a on sam jak ten palec na świecie, jak wreszcie został odepchnięty przez tłum i przycupnął w kąciku i zaniósł się płaczem – to jest ten moment, kiedy i mnie głębokie wzruszenie ogarnia: i nad niedolą fikcyjnej postaci, ale i nad tym, co mógł był przeżywać mój dziadek Antoni, też wychowywany przez obcych ludzi.

Dziadek Antek i Babcia Jasia z moim ojcem

Urodził się on w 1894 roku, tak przynajmniej miał wpisane w dokumentach. Według wielokrotnie powtarzanej w rodzinie historii, miał być wzięty z ochronki przy Szpitalu Dzieciątka Jezus. Ochronka ta, a obecnie Dom Dziecka nr 15 im. ks. Baudouina, to początkowo był Szpital podrzutków imienia Dzieciątka Jezus założony w Warszawie w 1736 roku. Francuski ksiądz misjonarz Gabriel Piotr Baudouin stworzył to miejsce wraz z Siostrami Miłosierdzia, by objąć opieką porzucone i osierocone dzieci. Początkowo zakład ten mieścił się na Krakowskim Przedmieściu, później na placu Wareckim, gdzie został przekształcony w Szpital Generalny, a zakład opiekuńczy był jednym z oddziałów szpitala. Można tam było anonimowo pozostawić dziecko, chociaż w XIX-wiecznych zapisach aktów chrztu przyjmowanych do placówki dzieci w niektórych z nich widnieje imię matki dziecka. Dzieckiem przyjętym do tego szpitala był pierwszy mąż mojej prababki Anny z Owczarków (późniejszej Józefowej Wieczorkowej), Jan Czapliński, urodzony w Warszawie w 1871 roku z matki "niewiadomej". Natomiast danych mojego dziadka archiwum obecnie działającego Domu Dziecka nie posiada, z czego wniosek, że jednak jego matka sama znalazła ludzi, którzy za stosowną opłatą dali mu wikt i opierunek. Na szkołę już zabrakło, bo z tego, co mi mówiono, wynika, że dziadek sam nauczył się czytać już jako dorosły, ale pisać do końca życia nie umiał. Czy rzeczywiście tak był traktowany jak Witek – nie wydaje mi się. Co nie zmienia faktu, że zadra w nim tkwiła, o swojej matce nie chciał wspominać i podobno strasznie mu się nie spodobało, gdy jedna z jego córek swojej córce dała na imię tak, jak miała jego matka – Urszula.

Dziadek Antek

Historię dziadka Antka znam – na razie – bardzo wyrywkowo. Wiem, że zanim ożenił się z moją babcią, był żonaty z Marianną, która niedługo potem zmarła, miała niespełna 24 lata. Z moją babcią, córką gospodarza na miarę książkowego Boryny – pradziadek Józef miał i gospodarstwo, i zatrudniał komorników, którzy tam pracowali, i był cieślą i "budował domy", i nawet pisać potrafił (nieczęsta w tamtych czasach umiejętność) – wzięli ślub w październiku 1925 roku, a w styczniu kolejnego urodziła się im pierwsza córka, Józefa. Wieść rodzinna głosi, że ojciec babci wcale nie pragnął mieć takiego zięcia: nie dość, że wdowiec, to jeszcze taki znikąd i bez pieniędzy. To babcia się na Antka uparła, a skoro nie dało się inaczej, postawiła swojego rodzica przed faktem dokonanym (sposób stary jak świat). W kilka lat potem urodziły się dwie kolejne córki, Krystyna w marcu 1931 roku i Irena (wspomniana tu na początku) w październiku 1933 roku. Mój ojciec urodził się już po wojnie, w sierpniu 1947 roku. Dziadek z babcią przez pewien czas mieszkali w domu rodzinnym babci (tym namalowanym przez nieznanego mi artystę), dopiero po wojnie dziadek postawił dom, który stoi do dziś. 

Dom Dziadka Antoniego i Babci Janiny

Dalsze losy Dziadka opiszę już po tym, jak przepytam te z jego wnucząt, które miały możliwość go poznać ☺

*) Chłopi (2023), reż. Dorota Kobiela, Hugh Welchman

29 października 2025

Dawnego świata czar

Przeczytałam ostatnio przepiękną (przynajmniej w moim odczuciu) książkę Elżbiety Koweckiej W salonie i w kuchni. Opowieść o kulturze materialnej pałaców i dworów w XIX w. Jak się można domyślić, sądząc z podtytułu, nie jest to stricte historia, tylko historia, którą fascynowałam się od dawien dawna – mówiąca o tym, jak się kiedyś żyło, ubierało, co jadło i jak spędzało czas.

Zabawna rzecz, bo książkę tę kupiłam nie pamiętam kiedy i gdzie, stała sobie cichutko na półce, czekając na swój moment, aż została "wywołana do tablicy" przez Autorkę Stefci, Joannę Adamek. Zapytana przez jedną z obserwatorek konta Muzeum Zamoyskich na Instagramie, czy poleciłby jakieś książki, które byłyby związane z czasami, w których rozgrywa się akcja miniserialu o służącej Stefci, pani Joanna wymieniła m.in. właśnie tę. Zaskoczona i niepewna, czy mnie pamięć nie zawodzi, sprawdziłam na półce i okazało się, że mam! A że czasu (z racji rekonwalescencji) też mam teraz sporo, nie mieszkając zabrałam się do lektury.

W swojej Opowieści Elżbieta Kowecka przeprowadza czytelnika nie tylko przez kolejne pomieszczenia dawnego dworu czy pałacu, ale też pokazuje, jak to otoczenie zmieniało się w ciągu całego tego stulecia. Jak amfiladowy układ pomieszczeń (czyli z jednego pokoju przechodzimy do kolejnego, potem do następnego itd.), w którym ciężko było o niewielki choćby poziom intymności, zaczęto z czasem przekształcać tak, że powstały korytarze, małe buduarki, saloniki i sypialnie. Jak ogrzewano tak duże przestrzenie, jak je ozdabiano i czym, jakie były trendy i mody w sztuce dekoratorskiej. Jak zmieniało się pomieszczenie kuchenne i czy znajdowało się w budynku dworskim/pałacowym, czy może nie. Jak w ogóle wyglądała sama kuchnia. Na rycinie obok przedstawiono kuchnię z początku XIX wieku; kuchnie z fajerkami, które może ktoś jeszcze kojarzy z wakacji u babci na wsi, to wynalazek 2 poł. XIX w. Idźmy dalej: kto pracował w takiej kuchni i czym zajmował się np. kredencarz. Co wtedy jadano, jak przyrządzano potrawy, jak przystrajano stoły – kiedy już pokój jadalny pojawił się na planie dworu/pałacu, i gdzie w takim razie jadano wcześniej, skoro nie było takiego pokoju "od zawsze".

Sporo uwagi poświęca Autorka temu, jak urządzano niegdyś przestrzeń mieszkalną, jakimi meblami się otaczano i skąd je pozyskiwano. Omawia różne trendy zarówno aranżacji przestrzeni, jak i w zdobnictwie czy ubiorze. Często sięga do zachowanych z tamtych czasów rejestrów wydatków, które dla historyka zajmującego się tematem kultury materialnej są kopalnią wiedzy na temat tego, na co i ile przeznaczano funduszy, jak w ogóle robiono zakupy dla tak ogromnej czasem rzeszy ludzi – mówimy tutaj i o mieszkańcach dworu czy pałacu, i o tych, którzy całą machinę dworską/pałacową wprawiali w ruch, począwszy od kawiarki, czyli kobiety, która zajmowała się przyrządzaniem kawy, poprzez służące, garderobiane, lokai, kucharzy i kuchcików, przez praczki, stangreta, aż po osobę, która parała się noszeniem wody potrzebnej w kuchni. Z niedużą przesadą rzec by można, że każdy taki dom był małym przedsiębiorstwem, działającym w sposób bardzo żywy i czasem wręcz spontaniczny, acz zorganizowany, gdy np. przyrządzano ogromne fety na cześć licznych gości, jubilatów czy innych osób mających jakieś swoje święto. Autorka cały rozdział poświęca temu, jak organizowano sobie czas wolny, jak się bawiono, z jakim niemal nabożeństwem traktowano gości, szczególnie w dworach czy pałacach leżących w dużych odległościach od miast, przytacza opisy źródłowe co głośniejszych wydarzeń towarzyskich. Wspomniane rejestry wydatków często zawierały też spis wyprawy ślubnej, jaką rodzice dawali wychodzącej za mąż córce – i tu poczułam się zaskoczona, bo poza spodziewanymi sukniami czy pantofelkami, które młodej mężatce miały starczyć na lata, a więc trzeba było utrafić z fasonem tak, żeby zbyt szybko nie wyszedł z mody, panna w wyprawie dostawała zastawę stołową, meble, a nawet… ściereczki.

Czytając tę książkę, można sobie także zrobić porównanie, jak inaczej wyglądają nasze dzisiejsze domy, o ile łatwiej mamy dzięki różnym udogodnieniom (światło elektryczne, bieżąca ciepła woda, gaz czy prąd w kuchni, środki czystości, kosmetyki), wynalezieniu sprzętów (pralki, lodówki, zmywarki, odkurzacza czy choćby tak opatrzonego wyposażenia łazienki i toalety), o ile prostsze są współczesne nam ubrania! O ile też łatwiej nam się komunikować, spotykać, chociaż nie wyobrażam sobie urządzenia takiej niespodzianki i dla tylu gości, jak to np. zrobiła Izabela ks. Czartoryska (a miała ona niewyczerpany zasób pomysłów; zaintrygowanych odsyłam do lektury ☺). Dużo łatwiej nam się przemieszczać, z jednej strony dlatego, że mamy inne środki lokomocji, ale też dlatego, że – najzwyczajniej w świecie – mamy nocą oświetlone ulice.

A jednak podczas tej lektury z lekką nutką nostalgii czytałam o tych wszystkich batikach, koronkach, jedwabiach, indyjskich szalach, tureckich namiotach, garnirowanych przybraniach do konsolek czy łóżek, atłasowych pantofelkach czy rękawiczkach. Jedno jest pewne: i wtedy, i teraz potrzebne były i są na wszystko pieniądze, czasem bardzo dużo pieniędzy. W przeciągu tych niemal dwóch setek lat zmieniły się nam potrzeby, ale ta jedna pozostaje wspólna. I sądząc po opisach tego, ile i jak jedli nasi poprzednicy, a szczególnie jakie ilości trunków spożywali, można dojść do wniosku, że dekoracje wprawdzie inne, ale ludzie ci sami. Niemniej do lektury tej Opowieści serdecznie zachęcam, bo napisana jest potoczystym językiem i wciąga niczym powieść, nie ma w niej nic z naukowego zadęcia, przez co w bardzo przyjemny sposób można poznać tę stronę historii, o której wcale (jaka szkoda!) nie mówi się na lekcjach w szkole.

26 października 2025

Duchy przeszłości

 

Dom Dziadków, widok od strony bramy wjazdowej

Obejrzałam dzisiaj nagranie tej rozmowy (polecał ją Mariusz Szczygieł), toczącej się wokół książki Karoliny Ćwiek-Rogalskiej Ziemie. Historia odzyskiwania i utraty, i pomyślałam, że to też jest rzecz o historii mojej rodziny. Nie chcę powtarzać treści tego mojego wpisu, ale dopowiedzieć to, czego tam nie napisałam.

Pamiętam, jak wujek Stasiek, który pozostał na ziemi, którą mój Dziadek dostał od władz PRL, lokujących przesiedleńców z różnych części ziem polskich na tzw. Ziemiach Odzyskanych, odetchnął z ulgą, gdy w latach 90-tych XX w. oficjalnie uznano wytyczoną w 1945 roku zachodnią granicę kraju i widmo wysiedlenia potomków przesiedleńców znikło. Ale słyszałam historie ludzi, mieszkających na tamtych terenach, którzy "pod ręką" zawsze mieli spakowane walizki – na wszelki wypadek. I – z drugiej strony – opowieści rodzinne, jak to w tym majątku po niemieckim bauerze, w stodole, był taki niepasujący do otoczenia kopiec, a w nim – jak się okazało po rozkopaniu go – schowane różne naczynia: talerze porcelanowe, filiżanki, spodeczki, dzbanuszki do parzenia herbaty, sosjerka, sztućce oraz inne przedmioty domowego użytku, w tym garnek, w którym było masło – jakby wszystko było przygotowane na powrót prawowitych właścicieli. Gdy byłam dzieckiem, opowieści te były dla mnie niczym historie o znajdowaniu skrzyń ze skarbami. Potrzeba było czasu i mojej dojrzałości, żebym spojrzała na to z innej perspektywy. Przyznam, że był moment, kiedy poczułam się winna tego, że moja rodzina żyła kosztem kogoś, komu dano zapewne kilka, może kilkanaście godzin na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy i natychmiastowy wyjazd. Sądząc po tym garnku z masłem, chyba do końca nie wierzyli, że już nigdy tu nie wrócą…

Cieszę się, że są ludzie, którzy zajmują się tym tematem, piszą książki o tych, którzy zamieszkali tam, gdzie wcześniej mieszkali inni, o ich odczuciach, wspomnieniach. Rozmowa, której dziś wysłuchałam, pozwoliła mi spojrzeć na to zagadnienie z nowej perspektywy.

PS. Na zakończenie rozmowy jej uczestniczki poleciły jeszcze inne tytuły książek, zarówno fikcyjnych, jak i reportaży, które dotyczą tematu "Ziem Odzyskanych". Myślę, że będę tu o nich pisać.

16 października 2025

Śliczna opowieść o zwykłym życiu

Przychodzę dziś z opowieścią o ślicznej książce. Napisana przez Joannę Adamek powieść Stefcia jest historią ściśle związaną z miniserialem, o którym tu już kilkukrotnie wspomniałam. Produkowany własnym sumptem, tylko z wpłat widzów, serial o życiu służby dworskiej na przełomie XIX i XX wieku w chwili pojawienia się w social mediach w kwietniu ubiegłego roku miał promować Muzeum Zamoyskich w Kozłówce. Projekt jednak zdobył tak duży rozgłos, że ostatecznie jego bohaterowie zaludnili karty książki.

Opowieść przenosi nas na lubelską wieś z początku XX wieku. Poznajemy samą Stefcię z czasów, gdy jeszcze nie pracowała w hrabiowskim majątku, jej rodzeństwo, ojca, sąsiadów, zaglądamy do chałupy, w której urodziła się i mieszkała. Przyglądamy się jej zajęciom i pracy, jaką co dzień wykonywała w domu i obejściu, widzimy, co i jak gotowała rodzinie i jak się ubierała. Dowiadujemy się, jak trafiła na służbę, oglądamy jej oczami przepych magnackiego pałacu, wraz z nią zapoznajemy się z jego mieszkańcami i ich historiami, a nawet problemami. Autorka powieści ma niezwykły dar opowiadania, obrazy, które maluje słowami, czytelnik z łatwością może wystawić sobie przed oczami wyobraźni. Mamy tu i humor zawarty w opowiastkach bohaterów, i sytuacyjny, i sceny wręcz sensacyjne, ale i takie, które zapierają w piersi dech ze wzruszenia. O rzeczach delikatnych Autorka opowiada, pięknie dobierając słowa. Postacie, które kreuje, pokazują czytelnikowi cały wachlarz cech i emocji czysto ludzkich: są oni i mądrzy, i nieidealni jednocześnie, wrażliwi i empatyczni – a za chwilę gotowi zranić, gdy sami zostali zranieni i nie potrafią tej krzywdy w sobie pomieścić.

Żeby wiarygodnie przedstawić realia tamtych czasów, Autorka – o czym zresztą sama pisze w słowie Od Autorki – przewertowała mnóstwo książek; o niektórych z nich już tu pisałam, a recenzja kolejnej pojawi się, jak tylko skończę ją czytać (odłożyłam ją bowiem na moment, Stefcia nie mogła czekać). Ale historia, którą nam przedstawia, w żaden sposób nie powiela znanych skądinąd wątków. I mimo, że sama zarzeka się, że nie potrafi pisać (kilkukrotnie powtórzyła to w czasie promującego książkę spotkania autorskiego, które można obejrzeć tutaj; bardzo polecam, bo przy okazji widać też i to, jak świetnie zgrany jest ten zespół ludzi tworzących serial), to jednak jej twórczość (nie bójmy się tego słowa) przenosi nas do miejsca jakby zatrzymanego w czasie, do zapachów wsi, zbóż, deszczu, do krajobrazów pełnych słońca, do ciepła czerwcowych wieczorów albo tych spędzanych przy rozpalonym w kominku ogniu, do świata, gdzie czas płynął dużo wolniej i w którym my, dzisiejsi, możemy choć na chwilę swobodniej odetchnąć.

Fotosy z książki Stefcia


03 października 2025

Jesiennie

 

Widok na zarośla nadwiślańskie z brzegu w Nasiłowie
Tyle planów miałam na wakacje, a wyszło po swojemu. Nie, żeby źle, ale podróże, które udało nam się odbyć, wiodły w kierunkach północnym i zachodnim, Lubelszczyzny zaś nie pozwiedzaliśmy. No, chyba żeby wliczyć wyprawę do Białej Podlaskiej w tamten weekend, ale nie była to bynajmniej wycieczka, cel był stricte zdrowotny: w tamtejszym szpitalu miałam operację haluksa. Ale pomijając okoliczności, widoki za oknem były śliczne, szczególnie że do Białej jechaliśmy w pięknym, jesiennym słońcu. Powrót był mniej urokliwy, padało, ale tym bardziej odczułam melancholię tamtych krajobrazów.

Natomiast w wakacje były Mazury (pod koniec czerwca), a nawet Warmia – pojechaliśmy jeszcze w okolicach majówki do znajomych, Marty i Łukasza, w okolice Iławy, w połowie czerwca pojechałam tam sama, przy czym wracając, zahaczyłyśmy z Martą o… Gdynię, gdzie miałam sesję zdjęciową! Taki pomysł na celebrację zbliżającego się jubileuszu moich urodzin mieliśmy z moim mężem. Przygoda to była niesamowita, a jej ciągiem dalszym była nasza wspólna sesja w sierpniu – pojechaliśmy oboje wraz z Martą do Gdyni do tego samego studia. Tydzień później pojechaliśmy w Lubuskie na cztery dni, a potem jeszcze na "nasze" Mazury. Niestety, pogoda się zbiesiła, padało, wiało i było zimno, tak że skróciliśmy nasz pobyt nad Nidzkim, na domiar wszystkiego dopadły nas kłopoty z samochodem (wysiadła klima…), więc przejazdów za komfortowe też uznać nijak się nie da. Nade mną wisiała wizja tej operacji, której ostatecznie poddałam się w ubiegły weekend, co swoją drogą jakoś mnie deranżowało. A teraz z tą nogą nie pochodzę, więc plany zwiedzania jakichkolwiek miejsc odłożyć trzeba na niedaleką, mam nadzieję, przyszłość.

Z krótkich wycieczek udało nam się w weekend poprzedzający tę operację pojechać w Świętokrzyskie nad Zalew Brodzki. Pogoda jak na wrzesień była wybitnie sierpniowa, prawie 30 stopni Celsjusza, widoki śliczne – i tę trasę, i to, co jest tam na miejscu, przyrodę, widoki – bardzo lubię.

Zalew Brodzki
Lato w sumie dziwne było, jeśli o pogodę chodzi – albo żar z nieba, albo od razu oberwanie chmury. W tamtym roku założyliśmy sobie maleńki ogródek obok domu moich rodziców. Mieliśmy i dynie, i kabaczki, i nawet pomidory i paprykę, wsiałam też sałatę. I nie wiem, czy to nie przez tę pogodę zbiory były gorzej niż marne, pomidory zżarła jakaś zaraza, kabaczki były może ze trzy, dyńki urosły wielkości tych ozdobnych, maluchy takie. A zapowiadało się świetnie…

Ogródkowy gąszcz przed zarazą

Nie ma jednak co narzekać, kilka swoich pomidorków udało nam się zjeść, leczo i zupa dyniowa też były, dyniowa jeszcze zresztą będzie, jest z czego zrobić. A w przyszłym roku odrobię lekcje i lepiej przygotuję się do sezonu zbiorów.

Teraz z racji rekonwalescencji czeka mnie taki slow czas, ale to dobrze. Postaram się go wykorzystać na tyle efektywnie, na ile się da. Jest genealogia, może uda mi się z poziomu komputera znaleźć jeszcze kogoś z rodziny, są szkolenia psychologiczne do powtórki, a te bardzo mi pomagają w budowaniu swojego wewnętrznego dobrostanu – dość powiedzieć, że ta ostatnia operacja, w sumie trzecia w ciągu ostatnich dwunastu lat (nie wliczam tu dwóch zabiegów mniejszego kalibru), była pierwszym tego typu zabiegiem, który przeszłam najbardziej świadomie i zniosłam najlepiej pod względem nerwów i stresu, a wszystko to dzięki pracy ze sobą, jestem o tym przekonana. Ale o tym może kiedyś szerzej napiszę.