![]() |
| Halinka, arch. prywatne |
Znałyśmy się stosunkowo krótko, wszystkiego może jedenaście pełnych lat (za mąż za mojego męża wyszłam w 2017 roku). Ale dziewięć ostatnich lat to była bardzo, rzec by można, ścisła znajomość. Otóż mama męża miała zdiagnozowany zespół otępienny. I to jest na jakimś poziomie straszne obserwować, jak osoba sprawna intelektualnie, magister studiów lekarsko-stomatologicznych ze specjalizacją chirurgia szczękowa, kobieta, która wyleczyła setki tysięcy zębów, przeczytała masy książek, która umiała w interesujący sposób opowiadać historie ze swojego życia, czy to werbalnie, czy w listach (zachowało się kilka z okresu jej studiów) – jak taka osoba powoli, ale systematycznie osuwa się w mentalny niebyt. Jak nie rozumie już prostych rzeczy, umykają pojęcia "dzień" i "noc", co to znaczy "ubrać się" i jak się ścieli łóżko.
Przez sześć lat opiekowaliśmy się nią sami, mąż i ja, od jej pierwszego pobytu w szpitalu, gdy okazało się, że ma kiepskie wyniki badań (nawet bardzo kiepskie) i do tego musi przyjmować insulinę (na cukrzycę leczyła się od lat, ale lekarze ocenili, że tabletki to za mało), do kolejnego, kiedy to doktor prowadzący powiedział nam, że jest bardzo źle i żeby nastawić się na najgorsze. Organizm się jednak wybronił, ale do dalszego funkcjonowania potrzebne były koncentrator tlenu i opieka całodobowa. Wtedy zdecydowaliśmy się przeprowadzić mamę do domu opieki.
Te sześć lat samotnych starań o jej zdrowie, tylko z pomocą opiekunek, które przychodziły na parę godzin dziennie, ale nie codziennie, mocno nas już wypaliło. Do tego nie mieszkaliśmy z nią razem, przeprowadzenie mamy do nas czy na odwrót było logistycznie niewykonalne, toteż kilka razy dziennie chodziliśmy do niej podać leki i posiłki, przypilnować jej toalety (czasem trzeba było zrobić ją za nią), posłania łóżka, wstawania czy kładzenia się spać. Wożenie jej na wizyty lekarskie do specjalistów (neurolog, chirurg) było trudne nie tylko dla nas, mama przestawała rozumieć, po co ta wyprawa, i kosztowało ją to sporo stresów. Ośrodek to było najlepsze możliwe rozwiązanie: lekarz na miejscu, opieka całodobowa, regularnie wydawane posiłki, odpowiednia dieta, ludzie dookoła. Po niedługim czasie koncentrator tlenu okazał się zbędny, a po kolejnych dwóch miesiącach odstawiono mamie insulinę, na którą wydawała się być skazana do końca życia, dietą i tabletkami wyregulowano jej poziom cukru.
Bywaliśmy u niej przynajmniej raz w miesiącu, czasem przerwy były dłuższe, ale najczęściej spowodowane albo naszą niedyspozycją zdrowotną, albo tym, że panował okres grypowy i prowadząca dom opieki odradzała odwiedziny dla dobra ogółu. Mama do końca nas poznawała; na początku jej pobytu pojawiały się pytania, kiedy wróci do domu, co było dla nas trudne, bo mieliśmy świadomość, że ona sama sobie nie poradzi, z czego nie zdaje sobie sprawy. Później przywykła, cieszyła się z naszych odwiedzin (ta jej pogoda ducha i uśmiech pozostały z nią do końca), choć nie umiałaby pewnie powiedzieć, kiedy wcześniej się widzieliśmy, miesiąc czy dwa dni wcześniej…
W te święta Bożego Narodzenia zabraliśmy ją z ośrodka w odwiedziny do rodziny jej brata. Raz już tak ją woziliśmy, ale przedsięwzięcie to było niemałe, bo dom, w którym mieszkała, był za Grójcem, a rodzina – w okolicach Radomia. Mieliśmy trochę obaw, jak zniesie takie długie jeżdżenie. Poprzednio jednak wszystko wypadło dobrze, mama była ożywiona, jadła za trzech (lubiła zjeść ;)). Tym razem było inaczej. Mama była jakaś odmieniona, niekontaktowa. Niby wiedziała, z kim rozmawia, ale miało się wrażenie, że schowała się gdzieś w siebie. A gdy widzieliśmy się z nią trzy tygodnie wcześniej, zachowywała się i rozmawiała z nami całkiem normalnie, jak zwykle. Teraz zastanawialiśmy się, czy w ogóle miała świadomość, że dokądś jeździła. Opiekunki nam potem opowiadały, że jednak coś zarejestrowała, mówiła, gdzie była i u kogo, z kim rozmawiała. Albo zmiany ciśnienia spowodowały jej niedyspozycję (zawsze bardziej na to reagowała niż na wahania poziomu cukru we krwi), albo był to już objaw późniejszych komplikacji.
Trzy dni przed śmiercią trafiła do szpitala. Badanie gastroskopowe wykazało, że pękł wrzód, który, jak się okazało, miała na dwunastnicy, co wywołało krwotok; wprawdzie udało się go zatamować, ale organizm tym razem przestał walczyć: nastąpiła niewydolność nerek i serca.
Dziś skończyłaby 81 lat…
PS. Ten wpis powstał z potrzeby domknięcia przeze mnie długiego okresu w moim życiu. Trudno mi było w roli opiekunki osoby z zespołem otępiennym, ale wiem też, że mnie mnie jednej przypadła w udziale ta rola. Może komuś przyda się moja opowieść.






