27 stycznia 2026

Pożegnania


Halinka,
arch. prywatne
Dwa tygodnie temu zmarła mama mojego męża. Teściowa. Świekra, gwoli ścisłości.

Znałyśmy się stosunkowo krótko, wszystkiego może jedenaście pełnych lat (za mąż za mojego męża wyszłam w 2017 roku). Ale dziewięć ostatnich lat to była bardzo, rzec by można, ścisła znajomość. Otóż mama męża miała zdiagnozowany zespół otępienny. I to jest na jakimś poziomie straszne obserwować, jak osoba sprawna intelektualnie, magister studiów lekarsko-stomatologicznych ze specjalizacją chirurgia szczękowa, kobieta, która wyleczyła setki tysięcy zębów, przeczytała masy książek, która umiała w interesujący sposób opowiadać historie ze swojego życia, czy to werbalnie, czy w listach (zachowało się kilka z okresu jej studiów) – jak taka osoba powoli, ale systematycznie osuwa się w mentalny niebyt. Jak nie rozumie już prostych rzeczy, umykają pojęcia "dzień" i "noc", co to znaczy "ubrać się" i jak się ścieli łóżko.

Przez sześć lat opiekowaliśmy się nią sami, mąż i ja, od jej pierwszego pobytu w szpitalu, gdy okazało się, że ma kiepskie wyniki badań (nawet bardzo kiepskie) i do tego musi przyjmować insulinę (na cukrzycę leczyła się od lat, ale lekarze ocenili, że tabletki to za mało), do kolejnego, kiedy to doktor prowadzący powiedział nam, że jest bardzo źle i żeby nastawić się na najgorsze. Organizm się jednak wybronił, ale do dalszego funkcjonowania potrzebne były koncentrator tlenu i opieka całodobowa. Wtedy zdecydowaliśmy się przeprowadzić mamę do domu opieki.

Te sześć lat samotnych starań o jej zdrowie, tylko z pomocą opiekunek, które przychodziły na parę godzin dziennie, ale nie codziennie, mocno nas już wypaliło. Do tego nie mieszkaliśmy z nią razem, przeprowadzenie mamy do nas czy na odwrót było logistycznie niewykonalne, toteż kilka razy dziennie chodziliśmy do niej podać leki i posiłki, przypilnować jej toalety (czasem trzeba było zrobić ją za nią), posłania łóżka, wstawania czy kładzenia się spać. Wożenie jej na wizyty lekarskie do specjalistów (neurolog, chirurg) było trudne nie tylko dla nas, mama przestawała rozumieć, po co ta wyprawa, i kosztowało ją to sporo stresów. Ośrodek to było najlepsze możliwe rozwiązanie: lekarz na miejscu, opieka całodobowa, regularnie wydawane posiłki, odpowiednia dieta, ludzie dookoła. Po niedługim czasie koncentrator tlenu okazał się zbędny, a po kolejnych dwóch miesiącach odstawiono mamie insulinę, na którą wydawała się być skazana do końca życia, dietą i tabletkami wyregulowano jej poziom cukru.

Bywaliśmy u niej przynajmniej raz w miesiącu, czasem przerwy były dłuższe, ale najczęściej spowodowane albo naszą niedyspozycją zdrowotną, albo tym, że panował okres grypowy i prowadząca dom opieki odradzała odwiedziny dla dobra ogółu. Mama do końca nas poznawała; na początku jej pobytu pojawiały się pytania, kiedy wróci do domu, co było dla nas trudne, bo mieliśmy świadomość, że ona sama sobie nie poradzi, z czego nie zdaje sobie sprawy. Później przywykła, cieszyła się z naszych odwiedzin (ta jej pogoda ducha i uśmiech pozostały z nią do końca), choć nie umiałaby pewnie powiedzieć, kiedy wcześniej się widzieliśmy, miesiąc czy dwa dni wcześniej…

W te święta Bożego Narodzenia zabraliśmy ją z ośrodka w odwiedziny do rodziny jej brata. Raz już tak ją woziliśmy, ale przedsięwzięcie to było niemałe, bo dom, w którym mieszkała, był za Grójcem, a rodzina – w okolicach Radomia. Mieliśmy trochę obaw, jak zniesie takie długie jeżdżenie. Poprzednio  jednak wszystko wypadło dobrze, mama była ożywiona, jadła za trzech (lubiła zjeść ;)). Tym razem było inaczej. Mama była jakaś odmieniona, niekontaktowa. Niby wiedziała, z kim rozmawia, ale miało się wrażenie, że schowała się gdzieś w siebie. A gdy widzieliśmy się z nią trzy tygodnie wcześniej, zachowywała się i rozmawiała z nami całkiem normalnie, jak zwykle. Teraz zastanawialiśmy się, czy w ogóle miała świadomość, że dokądś jeździła. Opiekunki nam potem opowiadały, że jednak coś zarejestrowała, mówiła, gdzie była i u kogo, z kim rozmawiała. Albo zmiany ciśnienia spowodowały jej niedyspozycję (zawsze bardziej na to reagowała niż na wahania poziomu cukru we krwi), albo był to już objaw późniejszych komplikacji.

Trzy dni przed śmiercią trafiła do szpitala. Badanie gastroskopowe wykazało, że pękł wrzód, który, jak się okazało, miała na dwunastnicy, co wywołało krwotok; wprawdzie udało się go zatamować, ale organizm tym razem przestał walczyć: nastąpiła niewydolność nerek i serca.

Dziś skończyłaby 81 lat…

PS. Ten wpis powstał z potrzeby domknięcia przeze mnie długiego okresu w moim życiu. Trudno mi było w roli opiekunki osoby z zespołem otępiennym, ale wiem też, że mnie mnie jednej przypadła w udziale ta rola. Może komuś przyda się moja opowieść.

04 stycznia 2026

O dawnych tradycjach

Strona z książki Rok dawnych tradycji oraz drewniane koraliki i obręcz z wierzbowej gałęzi,
elementy tworzonego przeze mnie pająka żyrandolowego, fot. własna

Już od dłuższego czasu interesuję się etnografią i folklorem, co ma związek z dziejami mojego wielokulturowego rodu, ale zaczęło się od obserwacji otoczenia, w którym dorastałam. Mieszkam na Lubelszczyźnie, z tym, że w tej części regionu urodziłam się jako pierwsze pokolenie. Do tego miasto, w którym Dziadek kupił dom, też jest na swój sposób specyficzne, taka trochę narośl na zakładach przemysłowych, bo mimo że to miasto było pierwsze, wraz z budową zakładów nastąpił szybki rozwój gospodarczy, co przełożyło się na nagły i masowy napływ ludności z całej Polski, więc i o jakichś charakterystycznych dla samego miasta cechach trudno coś powiedzieć. Oczywiście, ma ono swoją historię, ale – znów – niejednolitą, bo funkcjonowały tu obok siebie wieś rybacka i pałac magnacki, precyzyjnie przedzielone linią drogi Lublin – Radom, i mimo że księżna Izabela interesowała się losem "swoich" włościan (np. w księgach metrykalnych parafii we Włostowicach [kiedyś oddzielna wioska obok Puław, dziś ich część] w aktach chrztów często figuruje jako chrzestna włościańskiego dziecka), to jednak światy te były bardzo różne od siebie. I jakoś więcej znalezionych przeze mnie opracowań historyczno-naukowych dotyczyło tej magnackiej części, nie włościańskiej (może źle szukałam).

Sama pochodzę z rodziny o korzeniach chłopskich, ale przenosiny moich rodziców do miasta jakby skasowały łączność z dawnymi tradycjami, które jednak nagle pojawiały się przy okazji Wigilii, ale tylko w odniesieniu do samej kuchni. No i czasem to sianko pod obrusem, żeby wymienić takie nieco inne zjawisko niż choinka. Wiele lat temu zachodzili jeszcze do nas kolędnicy: grupka chłopaków, podrostków takich, z wyciętą z tektury szopką, chodziła od drzwi do drzwi w wielopiętrowym bloku i śpiewała kolędy. I talerz dla "zbłąkanego wędrowca". Kiedyś nawet przyszedł jeden i został ugoszczony; pamiętam go jak przez mgłę, to był jakiś daleki kuzyn mamy, akurat wtedy w kłopotach.

Ogólnie miałam z jednej strony wrażenie chaosu informacyjnego (ciotka Irka coś tam opowiadała, ale tak piąte przez dziesiąte), z drugiej – potrzebę uporządkowania tego, co wiem, i uzupełnienia tej wiedzy o wszystko to, czego nie wiem. I w tym roku kupiłam sobie na gwiazdkę książki w tym temacie: Słowiański przewodnik po świętowaniu Anny Stasiak oraz Rok dawnych tradycji Natalii Noszczyńskiej i Sebastiana Łuczywo.

Ta pierwsza pozycja to istna kopalnia wiedzy. Autorka prowadzi czytelnika przez cały cykl roczny, zaczynając od jesieni, i krok po kroku omawia każdy znany nam współcześnie obrzęd, czyli Dziady, potem wróżby andrzejkowe (a jak dowiadujemy się z książki, nie tylko na św. Andrzeja wróżono), okres Bożego Narodzenia, czyli Szczodrych Godów, itp., itd. Przypisy w tej książce są jednocześnie bibliografią i zajmują sporo miejsca na końcu książki. Nawiasem mówiąc, wyłuskałam z nich kolejną pozycję, którą też kupiłam: Kuchnia Słowian, czyli o poszukiwaniu dawnych smaków Hanny Lis i Pawła Lisa (czeka w kolejce do czytania). Książka Anny Stasiak to, mówiąc krótko, "samo mięcho", ale napisana tak dobrym językiem, że czyta się ją jednym tchem.

Pająk żyrandolowy produkcji własnej
Natomiast druga z wymienionych wyżej książek nosi podtytuł Zwyczaje, ozdoby i rytuały do odkrycia na nowo. To dzięki niej udało mi się samodzielnie zrobić pająka żyrandolowego! Książka ta, jak czytamy we Wstępie, jest zaproszeniem dla dzieci i ich rodziców do wspólnej lektury, rozmowy o tym, co było, i do wspólnego tworzenia poszczególnych ozdób związanych z danym momentem w roku. Bohaterowie to rodzeństwo, Jagna i Antek, na co dzień mieszkające w mieście. Mają oni dziadka i babcię żyjących gdzieś na wsi i to od nich dowiadują się o zwyczajach często dziś już zapomnianych. W przygodzie odkrywania tego, co było kiedyś, towarzyszy dzieciom szalenie sympatyczny, puchaty stworek (którego też można samodzielnie wykonać). Opowiada on o pająkach, które robiono m.in. ze słomy, bibuły i koralików, o maskach kolędniczych, wspólnie z dziećmi robi kukłę Marzanny i gaik, a także maluje pisanki. W książce jest nawet przepis na kołacz świąteczny. Całość jest przepięknie ilustrowana przez Natalię Noszczyńską, a przy każdej ozdobie, masce, wycinance itp. jest instrukcja wykonania krok po kroku wraz z rysunkami – po prostu cudo! Urok tej książki tkwi też i w tym, że można do niej wielokrotnie wracać, co osobiście szalenie lubię.

Obie te książki bardzo gorąco polecam: teraz zaczyna się czas kolędowania i zapustów, potem przyjdą kolejne miesiące, niosące ze sobą swoje tradycje i obrzędy, a myślę sobie, że warto je znać. Ostatecznie jest to spuścizna po Tych, którzy byli przed nami.

22 grudnia 2025

Rozmyślania przy ubieraniu choinki, czyli skąd się wzięła genealogia w moim życiu i co mi dała?

Przed nami czas świętowania – jedni za kilka dni będą witać Dzieciątko Jezus, inni zaś wczoraj już powitali nowy cykl, zaczynający się od przesilenia zimowego, kiedy to światło wygrywa z ciemnością – a mnie się zebrało na swoiste podsumowanie: skąd ta genealogia i po co mi ona w ogóle?

Od tzw. "zawsze" słyszałam historię o moim dziadku Antku, nieślubnym dziecku niejakiej Urszuli, o której nikt niczego nie wiedział poza tym, jak się nazywała. No i powtarzano tę historię o eleganckiej pani, która przyjeżdżała bryczką do ludzi, którzy Dziadka wychowywali, i przywoziła im pieniądze. Spekulowano, że była z Warszawy. No i Dziadek miał się urodzić w Szpitalu Dzieciątka Jezus, w Warszawie właśnie.

Drugą opowieścią była ta o przeprowadzce dziadka Bronka i babci Walerii z dziećmi i dobytkiem na Ziemie Odzyskane. To, jak o tym opowiadano, żywcem przypominało sceny z filmu Sami swoi, kiedy to rodzina Pawlaków jedzie bydlęcym wagonem na zachód ziem polskich. Zgadzało się nawet to, że Babcia, tak jak filmowa Pawlakowa, była w ciąży, tyle że swojej Babcia przez trudy podróży jednak nie utrzymała. 

W tym wszystkim było jeszcze moje zainteresowanie historią jako taką, choć w pewnym momencie edukacji szkolnej doszłam do wniosku, że to jest zwyczajnie niemożliwe, żeby historia ludzkości zawierała się tylko w podbojach, wojnach i kryzysach gospodarczych. A że mieszkam w Puławach, mieście, o którym z zaskoczeniem przeczytałam w podręczniku do nauki języka polskiego dla I klasy liceum ogólnokształcącego, że w okresie około rozbiorowym było nazywane Atenami Północy, że prężnie działał tu wtedy ośrodek kulturalno-polityczny, konkurencyjny dla stolicy, z księstwem Czartoryskimi na czele, że księżna Izabela założyła w nim pierwsze muzea na ziemiach polskich – moje zainteresowania historyczne cokolwiek zmieniły kierunek. Zaczęłam czytać książki o historiach różnych rezydencji magnackich, o tym, w czyim były posiadaniu, kto i kiedy je dziedziczył: w pewnym momencie miałam naprawdę dobre rozeznanie w koligacjach i drzewach genealogicznych interesujących mnie rodzin arystokratycznych i szlacheckich. Przeplatało się to z czytaniem biografii literatów, artystów, osób, które w jakiś sposób zaistniały w pamięci ludzkiej. 

Cały czas jednak chodziła za mną historia dziadka Antka, której nijak nie mogłam ugryźć. Napisałam do człowieka, który opracowywał drzewo genealogiczne rodziny noszącej nazwisko mojego dziadka i jego matki, a który znalazł akt urodzenia innego dziecka Urszuli (w sumie nawet nie wiadomo, czy tej samej), niezamężnej służącej z Warszawy, ale powiązania między nią a tym rodem (który notabene zamieszkiwał okolice Łomży i nadal są tu jego potomkowie) nie znalazł, po czym kontakt się urwał. Potem pisałam do Archiwum Głównego Akt Dawnych w Warszawie, ale odpowiedziano mi, że nie mają żadnych danych na temat osoby Antoniego. W tzw. międzyczasie dołożył mi roboty wujek ze strony mojej matki. Na pogrzebie ich stryja, brata dziadka Bronka, poopowiadał mi i o rodzinie Dziadka i jego zmarłego brata, że przybyli spod Bydgoszczy, że z kolei rodzina babci Walerii wywodzi się spod Włocławka, że jej matka nosiła nazwisko Gładkiewicz i że urodziła się we wsi Kozy. I że po rodzinie "plątał się" jakiś Francuz.

A potem poznałam mojego męża, po czym okazało się, że jego siostra robiła drzewo genealogiczne ich rodziny i to ona powiedziała mi, z jakich narzędzi korzysta. I wtedy ruszyło. Wsiąkłam. Mogę powiedzieć, że jedyne, czego nie udało mi się jak dotąd zweryfikować, to ten Francuz ;-)

Najintensywniejsze poszukiwania robiłam akurat w okresie pandemii i może dzięki temu nie odczułam aż tak skutków izolacji. Ale też odnajdywanie kolejnych nitek pozwoliło mi zobaczyć, jak niesamowite są dzieje rodu, w którym się urodziłam, a przecież jeszcze na pewno wielu rzeczy nie odkryłam. Pamiętam, że przez długi czas miałam w sobie takie uczucie niedopasowania: każdy był "skądś", miał za sobą jakąś historię, korzenie w jakimś punkcie na ziemi, a mnie takiej bazy brakowało. Poszukiwania pokazały mi moje zasoby, ale i to, że życie można budować w każdym miejscu na Ziemi wielokrotnie od nowa: potrafię to robić, bo ci, co byli przede mną, wielokrotnie i właśnie od zera budowali swoje życia.

Toteż ta śliczna piosenka jest o i dla nich wszystkich, którzy byli przede mną.




13 grudnia 2025

Rodzinne migracje

Kiedy dowiedziałam się o tym, że przodkowie mojego dziadka Bronka przybyli na Polesie aż zza Bydgoszczy na przełomie lat 60. i 70. XIX wieku, wyobraziłam sobie, że przyjechali tutaj sami. Ale gdy zaczęłam znajdować coraz więcej dokumentów dotyczących osób nie tylko z rodziny, ale też krewnych i powinowatych, doszłam do wniosku, że była to migracja na szerszą skalę.

Długo nie mogłam pojąć, co ich wszystkich skłoniło, żeby przyjechać akurat w te okolice. Kuzynka Marta, ta odnaleziona dzięki wspólnym przodkom, która mieszka w okolicach Parczewa, utyskuje, że ziemia tam marna, kamienie rodzi – jedna z wsi nosi nawet nazwę Kamień. A przecież prapradziadek Stanisław Matuszewski vel Matusiak, pochodzący spod Włocławka, był jedynym synem swojego ojca, więc można by sądzić, że jemu jednemu przypadała ojcowizna na żyznej kujawskiej ziemi. Z kolei praprapradziadek Szczepan Pilarski, ten zza Bydgoszczy, był szewcem, inni, którzy przyjechali na wschód z tamtych okolic, byli m.in. owczarzami, kowalami, teoretycznie każdy z nich mógł pracować w swoim zawodzie.

Z odpowiedzią przychodzi historia i polityka państw zaborczych dotycząca kwestii uwłaszczenia chłopów. W szczegóły tutaj wdawać się nie będę, ale pokrótce można powiedzieć, że pruskie rozwiązania kosztami uwłaszczenia obciążały chłopstwo, natomiast rosyjska polityka w tym zakresie nie była aż tak dla włościan uciążliwa. Ponadto po upadku Powstania Styczniowego, gdy kibitki ruszyły masowo na Sybir, wywożąc tych, którzy podnieśli rękę na władzę, "nagle" znalazło się mnóstwo niedrogiej w cenie ziemi do kupienia z rozparcelowywanych majątków byłych powstańców. Chętni do kupna przybywali zaś i z Wielkiego Księstwa Poznańskiego, i z Prus Wschodnich, a nawet z Galicji.

Akt zgonu Franciszki z Pilarskich Capikowej
źródło: szukajwarchiwach.gov.pl

Dokładnego roku przenosin Szczepana i jego żony Julianny z Winklerów nie znam, nie wiem, czy zachowały się jakiekolwiek dokumenty mówiące o tym fakcie. Jedyne, po czym mogę wnosić, to miejsca urodzeń ich kolejnych dzieci. Dwaj najstarsi synowie, Antoni i Stanisław, urodzili się (czego dowiaduję się z aktu zgonu tego pierwszego i aktu ślubu drugiego) we wsiach z parafii Szczepanowo powiatu mogileńskiego w dawnym Księstwie Poznańskim. Ale już ich młodsza siostra najprawdopodobniej przyszła na świat w Dębinie w parafii Sosnowickiej, przynajmniej tak jest napisane w jej akcie zgonu. Stanisław urodził się około 1865 roku, natomiast Franciszka – około 1868. Piszę "około", bo pewność zyskam, gdy znajdę odnośne akty urodzenia. Zatem można przyjąć, że Szczepan z Julianną i synami przenieśli się na Polesie między 1865 a 1868 rokiem. Ze Szczepanem przyjechał też jego starszy brat, Bartłomiej, nie ustaliłam, sam czy z rodziną. W Sosnowicy w 1889 roku wziął ślub z panną Konstancją Armacińską, urodzoną w 1868 roku w parafii Janowiec Wielkopolski, której rodzina i liczni krewni o tym samym nazwisku (aczkolwiek w różnych odmianach: Charmacińki, Harmaciński, a nawet Harmata) pojawili się w tych stronach około początku lat 70. XIX w. Rodzina Capików przyjechała być może wcześniej, w akcie zgonu męża Franciszki z Pilarskich Capikowej, Michała, widnieje informacja, że urodził się już tutaj około 1864 roku. Przeniosły się tu też rodziny Chudasiów i Klepaczów, z którymi i Pilarscy, i Matusiakowie wchodzili w związki małżeńskie. Wśród kolonistów przewija się też nazwisko Dyduch, rodziny, która przyjechała w te strony z Żywiecczyzny, oraz Polkowskich (herbu Jastrzębiec), przybyłych tu spod Liwu. Stanisław Matuszewski vel Matusiak z żoną Julianną z Mańkowskich pojawili się w tych stronach później, bo między rokiem 1872 a 1875: w tym ostatnim urodził się mój pradziadek Andrzej już tu, w Mariance, w sosnowickiej parafii. W 1885 roku dojechał zza Bydgoszczy teść Szczepana, Józef Grzegorz Winkler, którego dwaj młodsi bracia jakoś w tym czasie wyjechali z Księstwa Poznańskiego w dokładnie odwrotnym kierunku: przez Hamburg do Ameryki. Sprowadzili potem swoje rodziny, a ich potomkowie nadal żyją w pobliżu miasta Portage w Wisconsin. Józef Grzegorz na pewno przyjechał tu ze starszą siostrą Julianny, Antoniną, natomiast nigdzie nie mogę znaleźć śladów po żonie Józefa, Cecylii z Kujawskich: czy zmarła jeszcze na ziemiach zachodnich i dlatego Józef, niemłody już wtedy, bo siedemdziesięciojednoletni, który został tam sam z córką, zdecydował się na tak daleką (a jednak bliższą niż za Wielką Wodę) drogę?

Oczywiście nie wymieniłam wszystkich rodzin kolonistów, przybyło tu ich naprawdę dużo, jak na nasze wyobrażenie o ówczesnych sposobach komunikacji. Rodziny te trzymały się razem, asymilacja z ludnością autochtoniczną szła chyba opornie, bo na świadków przy różnych okolicznościach: ślubach, zgonach czy chrztach, prosili raczej innych kolonistów niż sąsiadów mieszkających tu z dawien dawna, a dzieci osadników najczęściej wchodziły w związki małżeńskie z innymi dziećmi osadników, np. Antoni Pilarski, syn Szczepana, za żonę pojął Mariannę Czerwińską, urodzoną najprawdopodobniej w okolicach Żnina. O Franciszce, młodszej siostrze Antoniego, pisałam wyżej, choć w tym przypadku oboje byli urodzeni już na wschodzie. Z czasem zaczęło się to zmieniać, część dzieci osadników, urodzona w kolonizowanych wsiach, wiązała się z dziećmi ludności autochtonicznej, jak choćby mój pradziadek Andrzej, który za żonę wziął Katarzynę z Hładkiewiczów, córkę unitów Adama i Febroni z Ilczuków z pobliskiej wsi Hola. Podobnie syn Antoniego i Marianny z Czerwińskich za żonę pojął córkę unitów Bazylego i Marianny (o czym pisałam w poprzednim poście).

Ciekawi mnie, czy istnieje szansa na to, że zachowała się jakakolwiek korespondencja z tamtych czasów. Bo i mnie, i kuzynce Marcie wydaje się bardzo prawdopodobne, że wszystkie te osoby, o których pisałam wyżej, na bieżąco informowały się o sytuacji. Ktoś przecież przyjechał wcześniej, ktoś dojechał później, większość z tych rodzin mieszkała na zachodzie w niedalekiej odległości od siebie, a skoro mężczyźni mieli zawód, nie ziemię, przenosili się coraz to w inne miejsca. No, ale to pewnie moje pobożne życzenie, po tych z górą stu latach papier – jeśli istniały jakieś listy – rozsypał się w proch…

PS. Pisaniu tego wpisu towarzyszył pewien obraz, który tkwi w zakamarkach mojej wyobraźni. Jest to jeden kadr z takiego dość nienowego filmu Far and Away (po polsku Za horyzontem, z 1992 roku, główne role grali Nicole Kidman i Tom Cruise), w którym w jednej z końcowych scen cała rzesza osadników jedzie a to wozami, tymi charakterystycznymi, z tą okrągłą "budą", a to konno, by na wyznaczonym przez władze terenie zająć dla siebie kawałek ziemi, trochę na zasadzie "kto pierwszy, ten lepszy". Oczywiście powyższy tekst pokazuje, że wędrówka na wschód odbywała się etapami, ale nie potrafię opędzić się od tego obrazu.

05 grudnia 2025

Wiele kultur w jednym rodzie

Obejrzałam ostatnio cykl webinarów, przygotowanych przez Stowarzyszenie Twoje Korzenie w Polsce (we współpracy z Muzeum Emigracji w Gdyni), z których jeden traktował o wielokulturowości naszego kraju. I dzięki temu z większą wyrazistością dotarło do mnie, jaką noszę w sobie spuściznę.

Akt ślubu Bazylego Garmola i Marianny Janczuk, moich 2xpradziadków,
z greckokatolickiej parafii w Jabłoniu z dn. 15 listopada 1863 roku
źródło: szukajwarchiwach.gov.pl

O tym, że rodzice matki mojej babki Walerii byli unitami, pisała w swoim liście ciotka-babka Janka z Matusiaków Romanowska. Jakież było moje zaskoczenie, gdy się okazało, że matka dziadka Bronka, Jadwiga z Garmolów, też pochodziła z rodziny grekokatolików. Z jednej strony – ekscytujące, ale z drugiej, niestety, mam dziury w aktach, bo działania caratu zmierzające do likwidacji Cerkwi unickiej przyczyniły się też i do tego, że spora część dokumentów uległa zniszczeniu, o czym pisałam poprzednio. Aktu chrztu prababki Jadwigi nie mam i nie wiem, czy istnieje, znalazłam za to akt ślubu jej rodziców (na zdjęciu powyżej) oraz akt ślubu matki prapradziadka, Marianny z Harasimiuków, która owdowiawszy w 1855 roku, ponownie wyszła za mąż, a także jej akt zgonu z 1868 roku*) z tejże parafii. Dzięki tym dwóm dokumentom wiem, że moja 4xprababka nosiła imię Anisja, a 4xpradziadek – Łukian (rosyjski odpowiednik imienia Łucjan). Aktu ich ślubu już nie znalazłam, tak jak nie mam aktów urodzeń rodziców prapradziadka Bazylego oraz aktu zgonu jego ojca, brak mi także metryk urodzeń i zgonów samego Bazylego, jego żony Marianny oraz ich dzieci, które znalazłam tylko dzięki temu, że wstąpiły w związki małżeńskie, zaś jednego bezżennego syna Stanisława udało mi się "wydłubać" z aktu ślubu prababki Jadwigi, gdzie był wymieniony jako jej opiekun.

Mąż Jadwigi z Garmolów, Stanisław, urodził się już tu, w parafii Sosnowica, ale jego ojciec i dziadkowie przyjechali w te okolice aż w ówczesnego Księstwa Poznańskiego. Dziadek Stanisława, Szczepan, przyszedł na świat we wsi Ostatkowska Struga w parafii Łabiszyn. Jego ojciec, Marcin, czy też – jak to widnieje napisane w aktach sporządzanych po łacinie – Martinus, był leśnikiem/gajowym. Może dlatego z tej parafii mam tylko dwa akty urodzeń, Szczepana i jego starszego brata Bartłomieja. Ludzie mający zawód częściej przenosili się z miejsca na miejsce. Dziadek babci Stanisława, Julianny z Winklerów, w dokumentach chrztu swoich dzieci także miał wpisane inquilinus, czyli napływowy obywatel, gościnny – stało w akcie chrztu innego jego dziecka. Ale skąd mógł był przybyć? Winkler to nazwisko dość popularne w tamtych okolicach, co więcej, dokumenty wystawiane dla osób z tym nazwiskiem znajduję w parafiach i katolickich, i ewangelickich. Czy jakaś część moich przodków mogła być wiernymi kościoła ewangelickiego? Co ciekawe, praprababka babci Walerii miała na imię Rozyna, czyli Rozalia, ale w tej pierwszej formie nadawano to imię dziewczynkom wyznania ewangelickiego. O Rozynie z domu Wielgosiak lub Kubicka (pierwsze nazwisko widnieje w jej akcie ślubu, drugie zaś w akcie chrztu jej syna Ignacego, pradziadka Walerii, nie ustaliłam jak na razie, skąd taka rozbieżność) wiem też niewiele, nie znalazłam jej korzeni, pojawia się jako druga żona mojego 4xpradziadka Aleksego Matuszewskiego vel Matusiaka, z którą ten bierze ślub 27 lutego 1813 roku w parafii Strzelce, 11 kilometrów na północ od Kutna. O prababce babci Walerii, Juliannie z Mańkowskich Matusiakowej, i jej kujawskich korzeniach z okolic Kłóbki i Lubienia Kujawskiego pisałam z kolei niedawno w tym tekście.

Peregrynacja jest chyba zapisana w genotypie tej gałęzi mojego rodu, może dlatego dziadek Bronek i babcia Waleria (poza innymi przyczynami) wyjechali na tzw. Ziemie Odzyskane. A potem ich dzieci rozpierzchły się po Polsce. Ja i mój brat jesteśmy lubelakami, bo na Lubelszczyźnie osiadła nasza mama, tak jak jej starsza siostra i jeden z braci. Najmłodsza siostra mojej mamy mieszka na Śląsku, w Zabrzu. Na Ziemiach Odzyskanych zostało dwóch kolejnych braci mamy. To do syna jednego z nich jeździmy ostatnio w każde wakacje na kilka dni.

Dom Dziadków na tzw. Ziemiach Odzyskanych, zdjęcie współczesne, arch. własne

Ale mam jeszcze korzenie po mieczu. Jednak Wieczorkowie (takie nazwisko z domu miała matka mojego ojca) aż tak dalekich tras nie pokonywali, przenieśli się z okolic Przysuchy (pierwszy znaleziony przez mnie akt urodzenia dziecka moich 3xpradziadków Wieczorków z roku 1809 wystawiono w parafii Smogorzów) do parafii Chojnata, czyli o jakieś 70 km, wszystko w obrębie Mazowsza. To dopiero mój ojciec wyjechał na naukę do Henrykowa koło Ząbkowic Śląskich; tam przy Opactwie Cystersów funkcjonowało wówczas Technikum Nasiennictwa. Pracował potem chwilę we Wrocławiu, gdzie poznał moją mamę – tak, ona z Puław nad Wisłą, w których już wtedy mieszkała i pracowała jako pielęgniarka, pojechała do Wrocławia do Studium Nauczycielskiego dla absolwentek szkół pielęgniarskich i tam poznała swojego męża, a mojego ojca. I oboje zdecydowali się zamieszkać na Lubelszczyźnie.

Jedyne, czego brakuje mi do tej układanki, to dane ojca ojca mojego ojca. Dziadek Antek, czyli tata mojego ojca, był dzieckiem nieślubnym, urodzonym podobno w Warszawie. Chyba tylko testy DNA pozwolą mi ustalić cokolwiek…

*) Akt zgonu Marianny z Harasimiuków, córki Łukiana i Anisji z Muchów, wystawiony został dnia 6 grudnia. Prapraprababka Marianna zmarła 4 grudnia 1868 roku we wsi Kolano. Znowu rocznica.