22 listopada 2024

Miejsce na ziemi (2)

Prawie rok temu pisałam o tym, że nie czuję czy przestaję czuć więź z miejscem, w którym się urodziłam i mieszkam. Miasto zmienia się coraz bardziej, niekoniecznie w kierunku, jaki mi się podoba. O tym, że jego mieszkańcy są specyficzni, dość obojętni na sprawy miasta czy nawet parku, który się ostał po żyjącej tu do lat 30. XIX wieku rodzinie magnackiej, rozmawiałam nawet ostatnio z przyjaciółką, zatem nie jest to moje odosobnione zdanie. Tyle że to miasto nie jest samotną wyspą – i właśnie to do mnie ostatnio dotarło.

Widok na tonącą we mgle starą zabudowę Puław, fot. własna

W poprzednim wpisie na samym końcu wspomniałam o Muzeum Zamoyskich w Kozłówce, które w ramach promocji swojej placówki w social mediach od dłuższego już czasu nagrywa tzw. rolki (króciutkie filmiki) o służącej Stefci i panu Antonim, by na tle ich historii przybliżyć odbiorcom realia życia służby pałacowej oraz mieszkańców wsi z początków XX wieku. Nawiązało też współpracę z Muzeum Państwowym w Lublinie –  realizatorom tego miniserialu udało się dostać zgodę na wykorzystanie wnętrz Dworku Wincentego Pola, znajdującego się na Kalinowszczyźnie w Lublinie, oraz z Muzeum Wsi Lubelskiej, gdzie kręcone były kolejne odcinki. Przy okazji tych wizyt powstały też rolki z Dworku Wincentego Pola i ze skansenu. I obrazy z tej drugiej rolki poruszyły coś we mnie.

Widok z dolnego parku przy pałacu Czartoryskich, fot. własna

Nagle poczułam się częścią tej ogromnej społeczności zamieszkującej Lubelszczyznę. Zaczęłam szukać artykułów o gwarze z tych terenów (bardzo ciekawy można przeczytać pod tym linkiem), znalazłam strój z moich rodzinnych okolic (tu i tu), a przy okazji natknęłam się na ciekawe blogi o folklorze (tenten i ten). Plan na wakacje jest taki, żeby w miarę możliwości zobaczyć jak najwięcej Lubelszczyzny, nie omijając także skansenu w Lublinie czy muzeów etnograficznych. Słowem, coś się we mnie przeobraziło.

Czuję się u-miejscowiona – wreszcie.

Takie poczucie bycia osadzonym w jakimś konkretnym miejscu jest czymś, czego mi brakowało. Bardzo. Był czas, kiedy silnie utożsamiałam się z samym miastem, ale w ostatnich latach zaczęło się to wypalać. Teraz odczuwam zupełnie inaczej. I bardzo mnie to cieszy, chociaż przecież zasadniczo nic się nie zmieniło.

To we mnie nastąpiła zmiana. Mam swoje miejsce na ziemi.

16 listopada 2024

Korzenie (2)

 

Przeczytałam ostatnio książkę Joanny Kuciel-Frydryszak Służące do wszystkiego. To kolejna po Chłopkach pozycja opisująca polskie społeczeństwo na przełomie XIX i XX wieku. Autorka w bardzo bezpośredni sposób pokazuje realia życia kobiet, które decydowały się opuścić – często na zawsze – rodzinę i dom pochodzenia i wyjechać do nieznanego miasta szukać pracy i lepszych perspektyw.

Z Chłopek wiemy, że dorastająca dziewczyna z biednej wiejskiej rodziny była dla niej ciężarem. Alternatywą dla niechcianego małżeństwa, do którego rodzice często zmuszali swoje dorosłe córki, był wyjazd "za chlebem" do miasta. Autorka opisuje, w jakich sytuacjach mogły się znaleźć te młode, niedoświadczone dziewczyny. Pisze o tym, jak ta grupa społeczna była wyzyskiwana przez pracodawców, którzy niechętni byli zmieniać swój stosunek do "służących do wszystkiego". O tym, że pracowały nawet po dwadzieścia godzin dziennie, a nie zapewniano im przyzwoitego kąta do spania, nie mówiąc o tym, że nie miały się gdzie myć czy przechowywać swoje rzeczy. Pokazana jest tu cała batalia, którą z "paniami" prowadziły społeczniczki, tłumacząc im, dlaczego higiena służących jest tak ważna. Kolejna sprawa to minimum intymności, jakie służąca powinna mieć zapewnione. Przywołana jest tu Gabriela Zapolska i jej Moralność pani Dulskiej jako obraz nie tylko mieszczańskiej kołtunerii, ale też podejścia do dziewcząt ze służby: często rodzice wiedzieli, że ich syn utrzymuje intymną relację ze służącą, ale przymykali na to oko, uważając to za mniejsze zło. Problem pojawiał się wraz z ciążą, która była powodem zwolnienia ze służby, ale też uniemożliwiała znalezienie innego domu, w którym taka dziewczyna mogłaby podjąć pracę. Jeżeli służąca decydowała się urodzić, dziecko – o ile przeżyło – oddawała komuś innemu na wychowanie, płacąc przy tym określoną kwotę.

I w świetle tej informacji rozumiem rodzinną opowieść o tym, jak to do ludzi, którzy wychowywali mojego dziadka Antoniego, przyjeżdżała bryczką elegancka pani i przywoziła pieniądze. Antoni był dzieckiem służącej, która nie mogła sobie pozwolić na to, by go zatrzymać i jednocześnie pracować. W rodzinie, tym razem od strony mojej mamy, jest też dziewczyna, niejaka Emilia, która urodziła troje nieślubnych dzieci, co do których nie mam pojęcia, co się z nimi działo do czasu, aż wyszła za mąż już w Warszawie i urodziła jeszcze jedno, tym razem ślubne. Wiem z relacji potomków najstarszego Emilii syna, że był w kontakcie z młodszą z dwóch nieślubnych sióstr – o starszej, Antoninie, nikt z nich nie wiedział, więc mogła być oddana do kogoś na wychowanie. Wyszła za mąż w jednej z podwarszawskich wsi (choć urodziła się w Lubartowie) i doczekała się dzieci i wnuków.

Wracając do książki – na zmianę relacji państwo-służba duży wpływ miał rodzący się na przełomie wieków socjalizm, potem odzyskanie niepodległości i wreszcie druga wojna światowa i kompletne przemeblowanie, jakie w jej efekcie nastąpiło w społeczeństwie. Czytając ostatni rozdział tej książki, który opisuje już lata powojenne, myślałam o tym, jak by się to zmieniło – i czy w ogóle – gdyby nie było wojny. W relacjach i pamiętnikach osób, dla których świat ze służącymi w tle był najnaturalniejszą rzeczą pod słońcem, a którzy w rzeczywistości powojennej musieli sobie życie organizować na nowo, nierzadko pobrzmiewa pewien dąs, gdy wspominają o tym, że "pomoc domowa" nie tylko domaga się swoich praw, ale nawet je ma, bo to już nie jest świat podzielony na "panów" i "służbę". Pewna epoka się skończyła.

W książce Joanny Chmielewskiej pt. Najstarsza prawnuczka pokazany jest wątek służącej, która siłą rozpędu i przyzwyczajenia pozostała przy swoim "państwie" już w czasach PRL-u. Ale i w Służących… jest też mowa o tym, że samym służącym trudno było się odnaleźć w nowej rzeczywistości.

Joanna Kuciel-Frydryszak swoją książką przywraca pamięć o tej niewidocznej warstwie społecznej, która niby tylko była tłem, ale w rzeczy samej była nierzadko bardzo istotnym trybem w machinie napędzającej wiele mieszczańskich domów.

Nawiasem mówiąc, Muzeum Zamoyskich w Kozłówce, zainspirowane opisywaną książką stworzyło na swoich social mediach fantastyczną serię filmików o niejakiej Stefci, służącej w pałacu u hrabiów Zamoyskich. Przyznaję, z dużym ukontentowaniem je oglądam, bo oprócz tego, że są świetnie zrealizowane, pokazują też piękne miejsca i piękno w ludziach i dają jakąś ulgę i wytchnienie w tym rozpędzonym do szaleństwa współczesnym świecie.

17 września 2024

Powroty

Pomost nad Jeziorem Nidzkim, Stanica wodna CZAPLE, fot. własna

Wyjątkowe mieliśmy to lato, pod wieloma względami. Remont, o którym wspominałam w poprzednim wpisie, skutecznie uniemożliwił nam czynne korzystanie z wakacji, ale też sama pogoda była ciężka dla mnie do zniesienia: przez kilka tygodni z rzędu słupek rtęci w termometrach szybował powyżej 30 stopni Celsjusza, przez co czułam się wyczerpana fizycznie i psychicznie. Ale ostatecznie udało się nam wyjechać: najpierw do domu moich Dziadków, w ostatni weekend wakacji – na Mazury, a potem jeszcze raz w to samo miejsce – tym razem był to nasz wyjazd rocznicowy.

Dom Dziadków od strony ogrodu, fot. własna

Kościół parafialny w Deszcznie; droga przez las, fot. własna

W domu Dziadków mieliśmy sielsko-anielsko. Agnieszka, żona mojego wujecznego brata, która jest gospodynią genialną, karmiła nas delicjami i generalnie dbała o nasz komfort i wypoczynek. Sam dom ma takie wibracje, że czuję się w nim jak u siebie. Byliśmy tam pięć nocy, a wydawało się nam przy wyjeździe, że dopiero co przyjechaliśmy. Udało nam się obejrzeć trochę okolicy; byliśmy też w Deszcznie na cmentarzu zapalić świeczkę znajomemu Agnieszki oraz siostrze mojej babci Walerii. Drogą wiodącą z domu Dziadków przez las aż do wsi, w której urodziła się moja mama, doszliśmy do małego cmentarzyka. Mama mówiła mi, że jest tam pochowane jedno z tych wcześnie zmarłych dzieci Dziadków. W przyszłym roku wybiorę się do proboszcza, może uda mi się coś konkretnego ustalić.

Ale oprócz pobytu tam podoba nam się sama podróż, którą przecież odbyliśmy już trzeci raz. Jeździmy starą trasą, która w dobie ekspresówek właściwie świeci pustkami. Pozwala to obserwować widoki za oknem – moje ulubione zajęcie jako pasażerki :) Widać, jak wraz ze zbliżaniem się do wschodnich terenów Polski zmienia się architektura wiejska i małomiasteczkowa.

Widoki z Puszczy Piskiej, fot. własna

Wyjazd na Mazury to było jakieś szaleństwo: zdecydowaliśmy się właściwie w ciągu kilku dni pojechać na sam weekend (problemy z urlopem, życie), trochę nerwówki przy tym mieliśmy – ale ta cisza, którą zastaliśmy na miejscu, ta naprawdę czarna noc i niebo usiane gwiazdami… Zapomniałam, że tam tak to wygląda. Podczas tego pobytu księżyc był akurat w nowiu, niebo bezchmurne, więc gdy patrzyliśmy w górę, mieliśmy wrażenie, że gwiazdy i gwiazdeczki wręcz wirują nam nad głowami.

Natomiast w ciągu tego ostatniego, też weekendowego wypadu trafiliśmy na imprezę na pożegnanie lata – świetnie było. W ogóle to miejsce, w które jeździmy razem już od dziesięciu lat (mój mąż od czterdziestu: miał cztery lata, gdy znalazł się tam pierwszy raz), ma jakąś magiczną właściwość przyciągania bratnich dusz. Przyjeżdżając, masz wrażenie, że wracasz do swoich, bo chociaż ludzie tam na miejscu nie są ciągle ci sami, to jednak trafia się na tych już wcześniej poznanych, z którymi miło się przywitać i pogadać o przeróżnych rzeczach.

Jakbyśmy faktycznie wracali do siebie :)

28 lipca 2024

Wakacyjnie

Niby podtytuł tego bloga brzmi Notatki z codzienności, ale jakoś nie potrafię zamienić tego miejsca w pamiętnik. Albo nie umiem jeszcze określić, co z tego, co się wokół mnie dzieje, opisywać, a co zachować tylko dla siebie. Bo weźmy chociażby to, czym się zajmujemy teraz: remont. W sumie nie tylko my w okresie wakacyjnym znajdujemy sobie tak relaksujące zajęcie, warkot młota pneumatycznego rozlega się coraz to na innym piętrze naszego bloku. A my teraz robimy łazienkę, potem rzutem na taśmę pójdzie przedpokój i w planach mamy ponowny remont sypialni, bo poprzednio odpuściliśmy wymianę instalacji elektrycznej i to się już zemściło: gdy odcięliśmy prąd w łazience, okazało się, że zniknął też prąd w gniazdkach w sypialni… Ale mimo wszystko remont jako taki to żadne dziwo i nawet gdybym wrzuciła tu zdjęcia dokonywanych przeróbek (włącznie z przestawianiem ściany), nie uczyniłoby to z remontu jakiegoś wyjątkowo interesującego tematu.

Ale mogę napisać o tym, czego NIE robimy dlatego, że mamy ten remont, a co chciałabym wreszcie w tym roku zrobić: pojechać znowu na Mazury. Tęsknię już za tym widokiem:

Księżyc nad Jeziorem Nidzkim,
Stanica wodna CZAPLE, fot. własna

Mazury. Mazury dla mnie zaczynają się od momentu, gdy jeszcze pod domem zamykam drzwi samochodu i ruszamy. Mają w sobie swoistą magię… To jest takie miejsce na ziemi, w którym najlepiej nam się odpoczywa. Bywało, że w sezonie zjawialiśmy się tu nawet trzy razy. Nie przyjeżdżamy tutaj, żeby zobaczyć coś nowego, bo różne kąty zdążyliśmy już poznać, a główną atrakcją jest dla nas sama przyroda. Chociaż ostatnio, gdy wzięliśmy rowery, udało nam się dojechać w takie miejsca w Puszczy Piskiej, których wcześniej nie widzieliśmy, jak na przykład pozostałości starego cmentarza w dawnej osadzie, obecnie uroczysku, Sowiróg. 

Widok na Mikołajki, fot. własna

Mikołajki to osada leśna (tak przynajmniej podaje Wikipedia) oddalona od miejsca, w którym się zatrzymujemy, o 35 kilometrów. W sezonie jest tu tylu turystów, że aż ciężko przejść deptakiem, kramik z zabawkami i pamiątkami "Made in China" goni kolejny kramik, w porcie jacht stoi przy jachcie, a maszty żaglówek tworzą jedyny w swoim rodzaju aluminiowy las. Nad przybrzeżną zabudową góruje wieża ewangelickiego kościoła, w którym byliśmy tylko raz, ale atmosferę tego miejsca nadal pamiętam.

Plaża miejska w Nidzie, fot. własna

Dużo spokojniejszą miejscowością jest Ruciane-Nida (10 km w prostej linii od "naszej" Stanicy wodnej Czaple). Tutaj też bywa gęsto od turystów, ale to raczej w Rucianem, gdzie jest port, cumują żaglówki i jachty, a mieszkańcy tych mobilnych, wakacyjnych domów schodzą na brzeg zrobić zakupy w lokalnych sklepach albo zjeść coś w jednej z wielu tutejszych restauracji. Poza sezonem Ruciane przypomina miasteczko duchów – kiedyś nawet zdemontowano bankomat, przecież kto z niego miałby korzystać jesienią, zimą i wiosną? Nida natomiast to taka trochę sypialnia Rucianego: w niej w ślicznych domkach z ogródkami, ale też i w zwykłych blokach mieszkają ci, którzy pracują w usługach w Rucianem. Za to sklepów jest tu więcej, jest poczta, ośrodek zdrowia i apteka. I czas wydaje się płynąć leniwiej.

Pole namiotowe wokół Stanicy wodnej CZAPLE, fot. własna

Ale najfajniejszy jest nasz niebieski namiot, który rozbijamy na polu namiotowym przy stanicy wodnej. Przyznam, że nie sądziłam, że będę umiała się odnaleźć w takim obozowym życiu, bez bieżącej, ciepłej wody i prądu. To miejsce wydaje się odcięte od świata, ale właśnie dlatego przyjeżdżają tu ludzie, którzy cenią sobie ciszę i spokój. Akurat ta część Jeziora Nidzkiego objęta jest zakazem używania silników spalinowych, zatem to, co można usłyszeć od strony wody, to łopot żagli na wietrze. Za to z Puszczy dobiegają zgoła inne odgłosy: a to ryś po swojemu krzyknie, a to koziołek sarny szczeknie, a to puszczyk zahuczy. Czasem  wieczorami i nocą wśród gałęzi drzew słychać wysoki, jednostajny dźwięk – to komary grają na swoich skrzypeczkach. To tutaj, podczas naszego pierwszego wrześniowego pobytu, pierwszy raz w życiu usłyszałam, jak brzmi rykowisko. A na drugi dzień, w niedzielę, z kościoła w pobliskim Wiartlu, słychać było myśliwską pobudkę, graną na rogach.

Puszcza Piska, fot. własna

Puszcza Piska jest w jakiś swoisty sposób magiczna: świerki, sosny, a nawet brzozy wystrzelają wysoko w górę, a wśród pni drzew można czasem dojrzeć zwierzę, przemykające niczym duch. Szczególnie w okresie poza sezonem zwierzęta czują się tu swobodniej, łatwiej się na nie natknąć. Z kolei puszczańskie prawdziwki smakują jak żadne inne na świecie. No i jagody, zjadane przez nas ze smakiem ze śmietaną…

Odliczam dni, kiedy się znowu tam znajdziemy :)

01 lipca 2024

Babcia (2)

Dom dziadka Bronka i babci Walerii,
zdjęcie współczesne, arch. własne

Nie mam pojęcia, jak to się stało, że Dziadek dostał ten dom, który dostał, ale jest to piękny, rozłożysty, parterowy budynek, w którym mieszka obecnie mój wujeczny brat z rodziną. Wybudowany został w 1906 roku przez niemieckiego bauera, który zajmował się hodowlą drobiu. Mój Dziadek robił potem to samo, kontynuował to jego syn, a teraz para się tym jego wnuk, czyli wspomniany już mój brat wujeczny. Przy domu były ogród, sad i pole, dziadkowie trzymali krowy, świnie i kury, i były też ukochane konie Dziadka. Urodził się tu Piotr (maj/czerwiec 1948 r.), moja mama Bogumiła Bronisława (luty 1951 r.) i wreszcie – Teresa Katarzyna (listopad 1952 r.). Gdzieś między tymi dziećmi było znowu jeszcze jedno, które zmarło w niemowlęctwie. Opowieść rodzinna głosiła, że była to dziewczynka, która urodziła się i zmarła jeszcze przed narodzinami mojej mamy – i że dlatego moja mama ma na drugie Bronisława, ponieważ Dziadek strasznie się ucieszył na wieść o tym, że kolejne dziecko to znowu córka.

Jedna z mamy stryjecznych sióstr, ciotka Teresa, u której w Lublinie mieszkałam przez okres przygotowywania się do egzaminów wstępnych na studia, powiedziała mi, że jej matka mówiła, że Walercię Broniś strasznie kochał, bo "do pola nie chodziła". I to też wiem z opowiadań domowych: Babcia zajmowała się domem, dziećmi i ogrodem, a do pracy w polu chodził Dziadek ze starszymi dziećmi. A roboty przy domu było niemało, o czym można przeczytać choćby we wspominanej przeze mnie w jednym z wcześniejszych wpisów książce Chłopki. Ale dom był na swój sposób zamożny: zarówno mama, jak i ciocia Kasia wspominały, że dziadkowie jako pierwsi na wsi mieli telewizor. No, ale Dziadek miał duszę handlowca, zabierał na ten przykład wczesne nowalijki i jechał z nimi na rynek do Gorzowa. Sprzedawał warzywa i owoce. Uwielbiał handlować. Uwielbiał zajmować się gospodarstwem. Jak mówiła ciocia Kasia, ten dom i wszystko, co go otaczało, to było jego oczko w głowie.

Rodzinne zdjęcie, stoją od lewej: Staś, Lutka i Albin, w drugim rzędzie są (od lewej):
babcia Waleria, Kasia, ciocia Janka, moja mama, dziadek Bronek i Piotruś
(arch. rodzinne)
Gdy w końcu Dziadek zdecydował się opuścić swój ukochany dom i przenieść do Puław, był już w bardzo złym stanie zdrowia. Przywieźli go tu samochodem wujek Stacho i moja mama. Ze wspomnień wujka wynika, że Babcia już była w tym domu, który Dziadek kupił parę lat wcześniej, i pomagała ciotce Lutce przy dzieciach. Dziadek właściwie prosto z podróży trafił do szpitala i po kilku dniach, 14 sierpnia 1973 roku, zmarł – miał raka przełyku i perforację wrzodu żołądka. Jak to ujął wujek Stacho, "zgagę sodką leczył" (to znaczy, rozpuszczał jakąś ilość sody oczyszczonej w szklance wody i pił, co uśmierzało zgagę – zabójcza mieszanka dla żołądka).

Do końca swojego długiego życia Babcia mieszkała z nami. Nie była taką przytulaśną, ciepłą babcią, pamiętam ją jako zdystansowaną, trochę nawet wycofaną, nienarzucającą się ze swoją osobą, często za to zrzędzącą, że ktoś tam czegoś nie kupił czy nie zrobił. Dopóki miała więcej siły, robiła zakupy, gotowała, odprowadzała mnie do zerówki czy do szkoły, kiedy jeszcze byłam w pierwszej klasie. Pamiętam, pomyliłam kiedyś dni i poszłyśmy do szkoły godzinę wcześniej. Ładny to był dzień, ciepły i słoneczny – wrzesień może? – dość, że tę godzinę przesiedziała na ławeczce pod szkołą razem ze mną i jakimiś innymi paniami, które przychodziły ze swoimi podopiecznymi. Nauczyła mnie, jak wszywać pasek do fartucha, który miałyśmy uszyć na lekcję ZPT, i pokazała mi, jak się szyje ręcznie. Od niej też nauczyłam się ręcznie prać – pamiętam, że fascynowało mnie, jak w wannie płukała sztuki odzieży w taki sposób, w jaki kiedyś robiło się to w strumieniu. Kultywowała taką dawną obrzędowość religijną: po powrocie ze mszy w Święto Matki Boskiej Gromnicznej płomykiem zapalonej gromnicy robiła znak krzyża na futrynie drzwi, a w czasie Wielkiego Tygodnia zakrywała fioletową bibułką krzyże wiszące u nas w domu. 

Praktycznie do końca życia miała żelazne zdrowie. Prawdopodobnie przez kilka ostatnich lat cierpiała na demencję, ale, przyznaję, nie rzucało się to w oczy, po prostu bardziej się wycofała. Ostatnie trzy miesiące życia leżała i nie było z nią kontaktu. Zajmowałyśmy się nią razem z mamą; na miesiąc przyjechała ciocia Kasia zastąpić mnie w tej opiece.

Odeszła pewnego wrześniowego poranka. Poprzedniego wieczoru była cichsza niż zwykle, jakby nieobecna. I mimo tego, że spodziewaliśmy się, że kiedyś to nastąpi, ta śmierć – jak chyba każda – była w jakimś sensie zaskoczeniem. A przynajmniej ja się dziwnie czułam. W końcu Babcia była "od zawsze".

Babcia Waleria

Jak wspomniałam tu wcześniej, nie miałam z nią dobrej relacji, przy czym – jak chyba każda młoda i na swój sposób czupurna osoba – winę za tę sytuację przerzucałam na Babcię. Sporo wody w Wiśle musiało upłynąć, żebym zaczęła patrzeć na nią i jej niełatwe życie w inny sposób. Była jedną z tych "harowaczek", o których pisze Joanna Kuciel-Frydryszak w Chłopkach: tą, która pierwsza wstawała, a ostatnia kładła się spać, chodziła do obrządku, pieliła w ogrodzie, gotowała obiady, peklowała razem z Dziadkiem mięso z prosiaka, a wieczorami siedziała przy maszynie i szyła wszystkim ubrania. Ciocia Kasia wspominała, że jej mama smacznie gotowała i że w spiżarce zawsze było pełno słoików z różnymi dobrociami. Babcia była zamknięta w sobie i niewylewna, ale mogło to być pokłosie dwóch przeżytych wojen i traum z tym związanych; ciocia Kasia mówiła, że gdy chciała się do swojej mamy przytulić, po prostu szła i się do niej przytulała, nie czekała, aż ona zrobi pierwszy krok. Moja mama jest pod względem wylewności bardziej do swojej matki podobna niż jej młodsza siostra, ciocia Kasia, a i mnie trochę czasu zabrało, żeby się zdobyć na większą otwartość. Niestety, nie zdążyłam z tym przed śmiercią Babci i już nie zapytam jej o to wszystko, co bym chciała wiedzieć…

30 maja 2024

Babcia (1)

Babcia Waleria, arch. rodzinne

Z racji tego, że dziś jest rocznica ślubu Dziadków, uznałam, że to dobry moment, żeby zacząć opowieść o Babci Walerii.

Urodziła się we wrześniu 1911 roku w sosnowickiej parafii, we wsi Marianka, założonej w drugiej połowie XIX wieku przez kolonistów, czyli przybyszów z różnych części dawnych ziem polskich będących wówczas pod zaborami. Jej ojciec, Andrzej, był tym, o którym najmłodsza z rodzeństwa Babci, ciocia Janka, pisała mi w liście, że do Austrii po Kasię jeździł. Istotnie, Katarzyna Hładkiewiczówna mieszkała we wsi Kozy, znajdującej się o kwadrans drogi od Bielska-Białej, miasta leżącego na terenach ówczesnej Galicji. W tejże Białej, jak się wtedy nazywało to miasto, pracowała w fabryce włókienniczej. Jej ojciec, Adam, z wyznania grekokatolik, w 1890 roku sprzedał trochę ziemi i wraz z rodziną: żoną Febronią, synem Szymonem i pięcioletnią córeczką Kasią, uciekł z okolic Sosnowicy na tereny zaboru austriackiego, chroniąc w ten sposób siebie i rodzinę przed terrorem, jaki panował podczas likwidacji Cerkwi unickiej.

Andrzej urodził się także w Mariance, ale jego rodzice i starsze rodzeństwo przybyli w te strony spod Włocławka w pierwszej połowie lat 70. XIX wieku, był zatem dzieckiem kolonistów. Wyuczył się na młynarza – w swoim liście ciotka Janka ujęła to tak, że pracował u innych na młynach i zarabiał pieniądze – chociaż w akcie ślubu nie ma o tym ani słowa. Dopiero w akcie urodzenia Walerii, drugiego z kolei dziecka Andrzeja i Katarzyny, wymieniony jest zawód Andrzeja.

Waleria miała niespełna trzy lata, gdy wybuchła I wojna światowa. Ona sama nie opowiadała zbyt dużo o tych czasach. Wiem tylko tyle, że panował wtedy głód i choroby i że Babcia chorowała na tyfus. Miała silny organizm, bo wyszła z tego, w przeciwieństwie do swojej babki Julianny Matusiakowej i ciotki Konstancji Chudasiowej, których akty zgonów znalazłam dzięki poszukiwaniom genealogicznym. Obie zmarły w 1919 roku: Konstancja, mająca 42 lata, odeszła w kwietniu, a Julianna, siedemdziesięciodziewięcioletnia, w listopadzie.

Z opowieści najmłodszej córki Babci, Teresy Katarzyny, zwanej w rodzinie Kasią, wiem, że nastoletniej Walerii jej ojciec Andrzej opłacał lekcje kroju i szycia u miejscowej krawcowej. Zresztą, w wyprawie ślubnej dostała maszynę do szycia marki Singer – ta maszyna do dzisiaj jest w naszym domu. Szkołę elementarną też skończyła: pamiętam, jak dzieckiem będąc widziałam Babcię czytającą książki o zdrowym żywieniu, gazety czy modlitwy z książeczki do nabożeństwa. Listy i karty na święta też pisała własnoręcznie.

Zdjęcie ślubne Walerii i Bronisława,
arch. rodzinne

Za mąż wyszła 30 maja 1937 roku za Bronisława, chłopaka z tej samej parafii, urodzonego w Boże Narodzenie w 1911 roku. Początkowo mieszkali u teściów. Robota tam była ciężka, a teść był surowy i oszczędzał na wszystkim. Pierwszą ciążę poroniła właśnie przez tę robotę ponad siły. Bronek miał się wtedy pokłócić z ojcem, po czym oboje młodzi wynieśli się, jak to się mówiło, "na komorne", czyli do pracy u innego rolnika, który dawał pracownikom własną izbę do mieszkania. W sierpniu 1938 roku urodziła się Marianna Łucja, zwana w domu Lutką – a w kolejnym roku wybuchła wojna. Znowu był niepokój, głód, wszawica i choroby. W trakcie tej wojny Babcia drugi raz chorowała na tyfus. W roku 1941 (w marcu) i potem w 1943 (w maju) urodzili się chłopcy: Albin Dominik i Stanisław. I tutaj mam lukę, jeśli chodzi o narodziny dzieci, bo wiem z przekazów rodzinnych, że jakoś w tym czasie urodziło się jeszcze jedno dziecko, które albo zmarło zaraz po porodzie, albo żyło jakiś niedługi czas. Wujek Stacho, ten z maja 1943 roku, twierdzi, że to była dwumiesięczna dziewczynka, o której mówiło się w domu, że zmarła dlatego, że Babcia idąc boso po rosie, żeby przepalikować krowę (czyli wyciągnąć z ziemi palik, z którym krowa połączona była łańcuchem, przeprowadzić ją z miejsca, gdzie trawa była już wyjedzona, na inne i wbić palik ponownie), przeziębiła pokarm. 

Cała rodzina w komplecie, zdjęcie zrobione na ganku domu
na "zachodzie", arch. rodzinne

Po wojnie były niepokoje, trwała Akcja Wisła (przesiedlanie ludności zabużańskiej na tereny, zwane Ziemiami Odzyskanymi), nocami snuły się bandy i wypalały zboże. Mój Dziadek miał wtedy złożyć u ówczesnych władz dokument potwierdzający fakt, że nie da się spokojnie żyć na tych terenach, i dostał pozwolenie na wyjazd na zachód Polski. I też: mówiło się w domu, że to była taka wyprawa, jaką można obejrzeć w filmie Sami swoi, czyli bydlęcy wagon, a w nim podróżująca rodzina wraz z całym dobytkiem. Babcia wtedy też była w wysokiej ciąży, niestety nie miała tyle szczęścia, co jej filmowa odpowiedniczka: doszło do poronienia i krwotoku. Ciotka Lutka wspominała, że biegała po nieznanej sobie wsi w poszukiwaniu księdza, bo Dziadek się bał, że Babcia umrze. Jakoś się ten ksiądz znalazł i dał Walerii ostatnie namaszczenie. Na szczęście i tym razem jej organizm zwyciężył.

Cdn.

05 maja 2024

Rozważania

Fot. własna

 Czasem znajduję sobie taki temat, że słowa nie chcą płynąć. I to, że tak długo nic się tu nie pojawia, spowodowane jest właśnie taką sytuacją.

Lektura Chłopek uświadomiła mi, jak odważną i silną była jedna z moich przodkiń. Ale moja relacja z nią nie należała do łatwych. Potrzeba było czasu i mojej dojrzałości, żebym nauczyła się patrzeć na nią w taki sposób. Tyle, że pisanie o niej nie przychodzi mi łatwo. Być może we mnie coś jeszcze się musi do końca poukładać…

W każdym razie wpis jest długi i niewykluczone, że pojawi się w odcinkach.

A na razie jedziemy na wycieczkę – majówka dała nam w prezencie prześliczną pogodę i żal byłoby nie skorzystać :)

02 kwietnia 2024

Wycieczkowo i wiosennie

 

Skałki w Krynkach, woj. świętokrzyskie (fot. własna)
Na czas wypadającej w tym roku Wielkanocy Natura zrobiła ludziom prezent (chociaż klimatolodzy są zapewne innego zdania) i na cztery dni wybuchła nagle wiosna. Ale z jaką siłą! Temperatury sięgały miejscami nawet 26 st.C. W wiadomościach czytam, że miało to związek z burzą piaskową nad Saharą i tym, że ciepłe masy powietrza przyniosły ten piasek nad Polskę. Tutaj o tym piszą.

Starorzecze w Sadłowicach, woj. lubelskie (fot. własna)
I to naprawdę było przyjemne, tak móc pójść już w nocy na spacer przy temperaturze sięgającej 20 st.C.

Pola za Sadłowicami (fot. własna)

Co nie zmienia faktu, że skowronek dzwoniący nad polami na przełomie marca i kwietnia to dla mnie dość osobliwe zjawisko. Spacerując po polach, na których już intensywnie kiełkuje zboże, i słuchając głosów ptasich, które charakterystyczne są raczej dla późnej wiosny, czułam się cokolwiek dziwnie. Choć z drugiej strony przyszła też i jakaś ulga, że już nie jest zimno i ponuro i że świat się coraz bardziej zazielenia. A i dzień jest dłuższy, bo nie zarzucono jak na razie praktyki zmieniania czasu w ostatni weekend/dwudzionek marca.

A kuku! (fot. własna)

Ciepło sprawiło, że wszystko, co teraz kwitnie, pachniało oszałamiająco. 

Zawilce w lesie puławskim (fot. własna)

Pachniały ziemia i woda, a te dwa zapachy żywo kojarzą mi się z wiosną.

Zalew Brodzki na rzece Kamiennej,
woj. świętokrzyskie (fot. własna)
Dziś już kwiecień wygląda jak kwiecień, zrobiło się dużo chłodniej i pada deszcz. Ale nic to, pierwszy promyk wiosny sprawił, że ani ta plucha, ani ponurość nie są tak szare jak zwykle :)

10 marca 2024

Słów kilka o poszukiwaniach genealogicznych. Tajemnica znikających przodków

Wielokrotnie podczas poszukiwań przodków zdarzają się sytuacje, że fakt czyjegoś istnienia potwierdzają tylko akty urodzeń albo nawet same akty ślubów dzieci danej osoby. Trudno znaleźć coś innego. Wygląda to tak, jakby ta osoba się nie urodziła, nie zawarła związku małżeńskiego, a czasem nawet nie umarła.

Fragment aktu ślubu mojej 4xprababki Urszuli z Andrysów primo voto Góreckiej,
secundo voto Lewandowskiej (domena publiczna).

O akta metrykalne sprzed 1810 roku jest niezwykle trudno. Jak pisałam wcześniej, Kodeks Napoleona regulował kwestie związane z działaniem urzędów stanu cywilnego, jednak w latach poprzedzających wprowadzenie nowego prawa było z tym różnie. Jedne parafie prowadziły takie rejestry, inne nie. Z powodu braku źródeł, najstarszych znalezionych przeze mnie przodków, jak choćby wspomnianą powyżej w opisie zdjęcia 4xprababkę Urszulę, początkowo umieściłam w drzewie genealogicznym rodziny jako matkę dziecka, którego akt urodzenia udało mi się znaleźć: tejże Urszuli córka Barbara, będąca babką mojego pradziadka Andrzeja, urodziła się w 1814 roku i jej akt urodzenia został zapisany w księdze parafialnej, która na dodatek parę lat temu została zindeksowana i zeskanowana i jest dostępna w sieci. Ale już aktu ślubu Urszuli, a tym bardziej jej aktu urodzenia nie mam i nie wiem, czy kiedykolwiek zdobędę. Na razie rok jej urodzenia oszacowałam na podstawie aktu zgonu. Ale żeby go znaleźć, przyszło mi pobawić się w detektywa, bo zarówno Urszula z Andrysów Górecka, jak i jej córka Barbara z Góreckich Matuszewska/Matusiakowa, gdzieś mi się zapodziały. Aż w końcu wpadłam na to, żeby ponownie przejrzeć zindeksowane akty ślubów, ale konkretnie w kontekście tych dwóch nazwisk – i bingo! Urszula, owdowiawszy, wyszła ponownie za mąż i zmarła jako Urszula Lewandowska; podobnie zrobiła jej córka: po śmierci męża Ignacego wyszła za mąż za Feliksa Paczkowskiego i akt zgonu ma wystawiony na to nazwisko.

Z Matuszewskimi/Matusiakami mam robotę swoją drogą. Wspomniany Ignacy, syn Aleksego i Rozyny, w różnych dokumentach figuruje pod oboma nazwiskami, podobnie, jak jego ojciec i syn. Nawiasem mówiąc, jego matka w metryce własnego ślubu została wpisana jako Wielgosiak (i nie wiem, czy to przypadkiem nie jest jakieś przezwisko, bo tego nazwiska nigdzie indziej nie mogę znaleźć), ale już w akcie ślubu syna ma wpisane – Kubicka. Matusiakowie/Matuszewscy oba te nazwiska stosowali zamiennie, więc znalezienie Barbary, wdowy po Ignacym, nie było takie proste. Ostatecznie okazało się, że ślub z Paczkowskim brała jako Matusiakowa, nie Matuszewska, mimo że poślubiając Ignacego, stała się żoną Matuszewskiego, nie Matusiaka.

Nie ze wszystkimi jednak miałam tyle szczęścia. Przede wszystkim dlatego, że ludzie migrowali, i to od zawsze. Pomijam już wędrówki dużego kalibru, takie z jednego końca ziem polskich na drugi, ale też niedalekie, z jednego folwarku do drugiego (jak np. przenosił się chociażby mój prapradziadek Antoni, służący), które wprowadzały zamieszanie, bo skutkowały tym, że jedno dziecko zapisane było w jednej parafii, drugie w kolejnej, a trzecie w jeszcze innej, przez co poszukiwania członków rodziny trwają dłużej i są dość skomplikowane. Podobnie każde inne wydarzenie – ślub czy zgon – rejestrowano w parafii, na terenie której aktualnie przebywała rodzina. Z tego to powodu do dziś nie znalazłam aktu ślubu 3xpradziadków Szczepana i Julianny, bo nie mam pojęcia, gdzie mogli wtedy mieszkać; jeśli w parafii Szczepana, to ten kościół spłonął… Nie mam także aktów urodzeń ich dzieci, mimo że w innych dokumentach dotyczących niektórych z nich podane są miejsca ich urodzenia. Tutaj jednak albo dokumenty parafialne zaginęły, albo informacje, które znalazłam, mijają się z prawdą. Nie mam aktu zgonu Szczepana – jego śmierć wypadła albo tuż przed, albo w trakcie I wojny światowej i nie wiem, czy w ogóle ten dokument istnieje. Podobnie straciłam nadzieję na znalezienie jakichkolwiek metryk z greckokatolickiej parafii w Holi, skąd pochodzili rodzice prababki Katarzyny Matusiakowej. Cerkiew w Holi spłonęła w czasach walki Rosji carskiej z kościołem unickim, a wraz z nią cała dokumentacja.

Biorąc zatem pod uwagę położenie geopolityczne naszego kraju i ciągłe zawieruchy wojenne, jak też i fakt, że o drzewa genealogiczne dbali głównie przedstawiciele szlachty, jestem dumna, że tylu moich chłopskich przodków jednak udało mi się wydobyć z niepamięci.

21 lutego 2024

Rodzinne wędrówki – kuchnia i język (2)

Ponieważ nie wyczerpałam ostatnio tematu tradycji kulinarnych, które przeniknęły do mojego domu rodzinnego wskutek wszelkich wędrówek, jakie podejmowali moi przodkowie, dziś ciąg dalszy opowieści.

Pisanki wielkanocne, arch. własne

Takimi najbardziej egzotycznymi z potraw świątecznych, związanych z kulturą wschodnich regionów kraju, wydają się kutia i pascha przyrządzane odpowiednio na Wigilię i na Wielkanoc. Ale w naszym domu ich nie było, mimo tego, że niektóre moje prababki wzrastały w tradycji greckokatolickiej. Były za to kluski z makiem i bakaliami, o których czytam, że pochodzą z Zagłębia, okolic Poznania i Łodzi. Kapustę wigilijną przyrządzało się zawsze z fasolą, co z kolei wiąże ją z Mazowszem, skąd pochodzi rodzina mojego ojca. Wygląda więc na to, że do naszego domu smaki ze Wschodu się nie przeniosły.

Nie mogę przy okazji pominąć kwestii językowych. W domu używało się wielu wyrażeń z Mazowsza: czytając ostatnio Chłopów, znalazłam znane z dzieciństwa powiedzonko galanto. Z kolei babcia Waleria, wnuczka kujawskich osadników na Polesiu, ze Wschodu przyniosła takie określenie jak nadojedli w sensie: dogryźlizaszli za skórę. No i po domu chodzimy na zmianę: albo w ciapach (wschód), albo w kapciach (Mazowsze). Ale z kolei moja mama, gorzowianka, która kończyła szkoły tamże, odmienia zdrobniałe formy imion męskich typu GrześKrzyś w sposób charakterystyczny dla zachodnich regionów kraju, czyli Grzesiu przyszedłKrzysiu powiedział

Czy wspominałam już, że mam zwichnięcie filologiczne? :D

Stół wielkanocny po śniadaniu ;)
zdjęcie modyfikowane, arch. własne

Ale wracając do kulinariów: we wspomnianych Chłopach, których akcja dzieje się niecałą godzinę drogi od miejsca urodzenia mojego ojca, znalazłam potrawy, z których kilka przyrządzało się u nas na Wigilię. W pierwszej kolejności wymienione są tam kluski z makiem, potem kwas czyli barszcz czerwony, ale w naszym domu był podawany z pierogami z grzybami i kapustą. Z kolei śledzie mama robiła w śmietanie lub w oleju i jedliśmy je z gotowanymi ziemniakami, co jest nabytkiem z kuchni kujawskiej, natomiast racuchy były chyba tylko raz. Śledzia smażonego jadłam po raz pierwszy dopiero w tym roku na spotkaniu świątecznym u jednej z ciotek męża, pochodzącej spod Pionek.

Co zaś się tyczy Wielkanocy, w naszym domu nie było jakichś porywających pomysłów na jedzenie, ot, jajko z majonezem, czasem z chrzanem, sałatka jarzynowa, pieczona szynka, biała kiełbasa i żurek albo barszcz biały podawany z jajkiem i kiełbasą. Baby wielkanocne zaczęłam sama piec już jako dorosła kobieta, z dzieciństwa zaś zapamiętałam głównie sernik po wiedeńsku z nielubianymi wtedy przeze mnie rodzynkami w środku. Dopiero z czasem, gdy poczytałam o zwyczajach świątecznych w szlacheckiej Polsce, doszłam do wniosku, że Wielkanoc to były święta typowo mięsne – po ponadmiesięcznym okresie jadania żuru na zmianę ze śledziami, nasi przodkowie najwyraźniej odczuwali palącą potrzebę radykalnej zmiany menu.

To, co jeszcze odnalazłam w Chłopach, to opis zwyczaju związanego ze święceniem pokarmów – dokładnie taki, jak mi o nim opowiadała ciotka Irena, siostra ojca. Otóż do domu najbogatszego we wsi chłopa: w powieści był to Boryna, w opowiadaniu ciotki – mój pradziadek Józef, cieśla i stolarz, porównywany przez ciotkę do Boryny właśnie, schodziły się gospodynie, przynosząc w koszach pokarmy na święcone. Stawiały te kosze na wielkim stole, wystawionym specjalnie w tym celu w ogromnej sieni pradziadkowego domu. Przyjeżdżał bryczką proboszcz, któremu miejscowe chłopaki płatały figle, np. płosząc konie strzelaniem z kalichlorku. Oczywiście było mnóstwo huku, dymu, kwiku przestraszonych koni i ogólnego zamieszania, ale gdy już udało się opanować sytuację, następował rytuał święcenia pokarmów.

Co do świętowania kolejnych dni Wielkanocy to wiem tyle, że chłopcy chodzili po wsi "po dyngusie", czyli od drzwi domu jednych gospodarzy do następnych, śpiewając przyśpiewki i zbierając od gospodyń różne różności – a to jakieś ciasto, a to jajka, a to kilka złotych. O chodzeniu z kogutkiem, który to zwyczaj opisuje Reymont, nie słyszałam, ale zapytam jeszcze. Natomiast o świętowaniu Wielkanocy na Wschodzie nie wiem kompletnie nic – na razie. Prawdę mówiąc, opowieści z domu rodzinnego mojej mamy nie znam żadnych. I ona, i jej młodsza siostra urodziły się już na Ziemiach Zachodnich. Po informacje z domu dziadków trzeba by się udać do najstarszej z sióstr, ciotki Lutki, chociaż nie wiem, ile ona jeszcze pamięta z dzieciństwa…

10 lutego 2024

Wycieczka

Widok na Małopolski Przełom Wisły ze zbocza kamieniołomu
w Piotrawinie (fot. własna)
Wybraliśmy się dziś na wycieczkę do kamieniołomu w Piotrawinie. Zbyszek, mój mąż, amatorsko interesuje się geologią, ale sądząc po ogromie wiedzy, jaką dysponuje, jest to zdecydowanie jedna z jego pasji. Przyjeżdżali tu z kolegami (często na rowerach) jeszcze w czasach licealnych i szukali amonitów, gąbek i innych cennych znalezisk.

Widok jw. I mało widoczny klucz dzikich gęsi (fot. własna)

Ale nie o geologii chciałam pisać. Bo w tej dzisiejszej wycieczce najlepsze było to, że wystarczyło niecałe 50 kilometrów, by spod szarej i ponurej warstwy chmur wydostać się na słoneczko. Kompletnie nie spodziewaliśmy się tak zasadniczej zmiany kolorytu otoczenia. Ostatnio mocno mi doskwiera zimowa aura (szczególnie w tym wydaniu ni to listopadowym, ni marcowym, takim zgniłym i wilgotnym) i zarówno sam wypad, jak i niespodziewanie zastane na miejscu słonko bardzo dobrze wpłynęły na mój nastrój. A widoki z góry – niesamowite. Niedawno wracaliśmy skądś tędy – droga wiedzie wzdłuż korony kamieniołomu; było już ciemno i w oddali widać było te wszystkie światełka błyskające po drugiej stronie rzeki. No cudo!

Widok jw. U stóp zbocza widoczna radosna twórczość zakochanych
(usypane z kamieni serce, a w środku napis: "wyjdziesz za mnie?"; fot. własna)

Czasem wcale nie trzeba nie wiadomo jak daleko jechać, żeby zobaczyć niewielkie cuda. A ja od dłuższego czasu mam potrzebę przestrzeni. Może podświadomie łączę ją z wolnością, co zupełnie przypadkowo uświadomiła mi Jonna Jinton w jednym z ostatnich swoich filmów…

27 stycznia 2024

Rodzinne wędrówki


Screen z Instagrama z profilu
@duchyprzodków Marty Maćkowiak

Znalazłam ostatnio polecajkę książki Anny Komsty Opowieści Stołu. Ze Wschodu na Zachód. I skłoniło mnie to do refleksji nie tylko o tym, co się u nas jadało/jada przy okazji różnych świąt, ale też i o tym, skąd są moi przodkowie, czy w ogóle jest możliwe, żeby to jakoś skonkretyzować. 

Pradziadkowie dziadka Bronka, ojca mamy, pochodzą z terenów zamkniętych w trójkącie między miastami Bydgoszcz-Gniezno-Piła – przynajmniej ci, do których udało mi się dotrzeć. Nazwisko Winkler sugeruje w ogóle jakieś niemieckie korzenie, ale jak dotąd nie znalazłam na to żadnego potwierdzenia. Z kolei dziadkowie babci Walerii, matki mojej mamy, pochodzili spod Włocławka, czyli z Kujaw. Pierwszy z tej linii znaleziony przeze mnie antenat, Alexy Matuszewski, urodził się w parafii Strzelce znajdującej się w obecnym powiecie kutnowskim, a Kutno leży na pograniczu czterech krain geograficznych: Wielkopolski, Ziemi Łęczyckiej, Mazowsza i Kujaw właśnie.

Obie te gałęzie rodziny przywędrowały ze swoich miejsc pochodzenia na Polesie, gdzie po Powstaniu Styczniowym i wprowadzeniu ustawy uwłaszczeniowej z 1864 roku można było tanio nabyć ziemię. Przybywszy na te tereny, nie ulegli natychmiastowej asymilacji z ludnością tubylczą. Myślę, że sporo ich musiało różnić: język, kościół (na terenach wschodnich przeważali wierni Cerkwi greckokatolickiej/prawosławnej), tradycje (w tym kuchnia), a nawet strój. Osiedlali się na pustkowiach, zakładając istniejące do dziś wioski. No i przybywali tu całymi grupami, po kilka rodzin. Pierwsze zawierane tutaj śluby były pomiędzy przybyłymi z zachodu dziećmi osadników. Dopiero ich młodsze dzieci, urodzone już tu, na Polesiu, wchodziły w związki małżeńskie z dziećmi ludności autochtonicznej. Obaj moi pradziadkowie ze strony mamy, jeden urodzony w poleskiej wsi Marianka z rodziców-osadników spod Włocławka, drugi – w poleskiej wsi Dębina z rodziców-osadników spod Bydgoszczy, ożenili się z dziewczynami z rodzin unickich: pierwszy z córką Adama i Febroni, a drugi z córką Bazylego i Marianny. Dzieci tej pary, moi dziadkowie, już w okresie powojennym, w drugiej połowie lat 40., wynieśli się wraz z trójką dzieci (nie doszłam jeszcze, na jakiej zasadzie) na Ziemie Odzyskane w okolice Gorzowa Wielkopolskiego. Babcia Waleria mówiła, że uciekli, bo na wschodzie nadal szalały bandy, które wypalały zboża i trudno było żyć.

Dom dziadka Bronka i babci Walerii,
w którym urodziła się moja mama,
obecnie zamieszkany przez rodzinę mojego wujecznego brata
Na zachodzie urodziła się dalsza trójka dzieci, w tym moja mama, która w Gorzowie Wielkopolskim skończyła szkołę pielęgniarską, oraz moja chrzestna, która za ówczesnym narzeczonym, potem mężem, wyjechała na Śląsk i mieszka tam do dziś. Natomiast najstarszy z tej młodszej trójki syn, wujek Piotr, namówił rodziców, by ponownie przenieśli się na Lubelszczyznę, konkretnie do Puław, gdzie już mieszkał starszy brat dziadka Bronka, i rzeczywiście jakoś w latach 60. XX w. dziadek najpierw wziął w dzierżawę, a potem kupił dom z parcelą znajdujący się praktycznie tuż nad Wisłą. Jednak wyprowadzać się z domu na zachodzie nie bardzo miał chyba ochotę, bo w tym puławskim domu najpierw pomieszkiwał wujek Piotr z wówczas nastoletnimi siostrami, moją mamą i ciocią Kasią. Ta ostatnia dostała się tu do szkoły ponadpodstawowej, mama zaś została przeniesiona do drugiej klasy szkoły pielęgniarskiej bodajże w Łukowie, skąd po mniej więcej miesiącu zwiała, bo jej się nie podobało (ponoć dziadek się wściekł i powiedział, że nie wynajmie dla niej stancji w Gorzowie, więc przez resztę semestru dojeżdżała do szkoły: najpierw z domu rowerem przez las na stację kolejową w Deszcznie, a dalej pociągiem, ale skoro pierwszy semestr nadgoniła, to dziadek zmiękł i stancję wynajął). W tym czasie wujek Piotr poszedł odbywać zasadniczą służbę wojskową, a ciocia Kasia z jakichś powodów zrezygnowała ze swojej szkoły i w kolejnym roku poszła do innej, w Gnieźnie. Dom znowu opustoszał. W latach pomiędzy rokiem 1967 a 1969 przeprowadziła się do Puław najstarsza córka dziadków, ciocia Lutka (Marianna Łucja zwana w rodzinie Lucyną) z mężem i dwiema starszymi córkami, ale oni dostali mieszkanie w jednym z nowo wybudowanych wysokościowców. Po skończeniu szkoły pielęgniarskiej do Puław ponownie sprowadziła się moja mama, która pracowała tu jako pielęgniarka w różnych placówkach. Jednak po jakimś czasie stwierdziła, że nie do końca chce to właśnie robić i dostała się do Wrocławia do studium nauczycielskiego dla absolwentek szkół pielęgniarskich. To we Wrocławiu poznała mojego ojca. W międzyczasie dziadek Bronek, już wtedy w kiepskim stanie zdrowia, sprzedał jednemu z synów, którzy zostali na zachodzie, całe gospodarstwo i przeniósł się do Puław. Działo się to w czasie wakacji pomiędzy jednym a drugim rokiem nauki mamy. Wraz z bratem, wujkiem Stachem, nabywcą domu dziadka, przywieźli swojego ojca do Puław, ale ten od razu trafił do szpitala. Powiedział jeszcze mojej mamie, żeby się nie martwiła i spokojnie jechała na wykupioną wycieczkę na Węgry; niestety, na stacji Kraków Główny z głośników nadano komunikat wzywający ją do pilnego kontaktu z rodziną, co sprawiło, że natychmiast wsiadła w pociąg powrotny do Puław. Pogrzeb dziadka Bronka odbył się 14 sierpnia 1973 roku. W kolejnym roku moi rodzice wzięli ślub i zamieszkali razem z babcią Walerią w Puławach.

Dom pradziadka Józefa Wieczorka, wnuka Stanisława
i Marianny (autor obrazu nieustalony)
Rodzina matki mojego ojca aż tak nie wędrowała po kraju. Pierwszych dwóch synów Stanisława i Marianny Wieczorków urodziło się we wsi Stoczki, parafia Smogorzów, powiat przysuski. Następne dziecko, córka, zapisana została już we wsi Piekary należącej do parafii w Osuchowie, natomiast pozostałe dzieci moich praprapradziadków rodziły się w kolejnej parafii, w Chojnacie (dawniej Chojnata Księża). I mimo, że 3xpradziadek Stanisław w aktach tej ostatniej parafii zapisywany był jako kolonista, czyli – jak czytamy w słowniku – osoba, która osiedliła się na terenach kolonizowanych, to jednak nie sposób nie robić porównań z obiema gałęziami przodków mojej mamy, też kolonistami. Ród wywodzący się od Stanisława i Marianny Wieczorków przemieszczał się w obrębie Mazowsza, mimo że miejscowości, w których mieszkali, należą współcześnie do dwóch województw: łódzkiego i mazowieckiego. Toteż integracja z ludnością, wśród której przyszło im żyć, raczej nie nastręczała większych trudności. Natomiast nie wiem nic o rodzinie ojca mojego ojca, o dziadku Antku. Dziecko nieślubne, akt urodzenia wystawiony miał w Warszawie, oddany był potem na wychowanie do ludzi mieszkających w tej samej wsi, w której urodziła się i wychowała się moja babcia Janka. Tyle. I bardzo jest prawdopodobne, że niczego więcej nie uda mi się ustalić…

Rozgadałam się. O tradycjach stołu, a nawet o języku, będzie w kolejnym wpisie.

06 stycznia 2024

Boże Narodzenie, Gody czy Szczodre Gody?

 

Podłaźniczka (wykonanie i fotografia własne)
Święta to taki czas, gdy z jednej strony człowiek jest w biegu między zakupami, porządkami i kuchnią, a z drugiej – rozleniwia się w innych obszarach. Jestem tego doskonałym przykładem.

Ale po raz pierwszy w życiu zrobiłam podłaźniczkę! To taka ozdoba świąteczna, o której można powiedzieć, że jest starszą siostrą znanej nam wszystkim choinki. Podwieszało się pod powałą, czyli sufitem, gałąź jedliny, sosny czy świerku i przyozdabiało ją jabłuszkami i orzechami, a także ozdobami zrobionymi ze słomy. Artykuł o tym można przeczytać tutaj. U mnie nie było jabłuszek ani orzechów, ale to w tym roku! Zobaczę, dokąd kreatywność zaprowadzi mnie w czasie kolejnych Godów. I czy pod sufitem w kuchni, gdzie są belki*, powieszę podłaźniczkę, czy może skuszę się i zrobię pająka.

'
(fot. własna)

Choinkę też mamy, jeszcze stoi ubrana w bombki, szydełkowe gwiazdki, aniołki ze słomy, ale i takie z bibuły przeze mnie zrobione. Są też na niej, już bardzo nieliczne, ozdoby z rodzinnego domu mojej mamy.

(fot. własna)

I jak teraz o tym piszę, zastanawiam się, jak mogła wyglądać Wigilia u dziadków? W tamtych czasach w dzień Wigilii obowiązywał post i u nas w domu na obiad jadło się gotowane kartofle podawane ze śledziami w oleju – mogę więc przypuszczać, że była to kontynuacja dawnego zwyczaju. Na stole podczas wieczerzy, oprócz wspomnianych śledzi i kartofli, były też smażony karp, uszka z barszczem czerwonym, kluski z makiem na słodko, kapusta postna z grzybami i fasolą (sic!) i pierogi z kapustą i grzybami. I kompot z suszu. I makowiec, z którym mama najczęściej nie wyrabiała się przed wieczerzą. I sałatka jarzynowa. Raz, pamiętam, były też racuchy drożdżowe, które ponoć jadało się w domu rodzinnym mojego taty. Gdy nabyłam nieco wiedzy o zwyczajach wigilijnych pochodzących z różnych regionów kraju, byłam nieco zaskoczona, że u nas w rodzinie nie robiło się kutii, co nie byłoby niczym niezwykłym, biorąc pod uwagę miejsce urodzenia zarówno dziadka Bronka, jak i babci Walerii. Wprawdzie ojcowie obojga pochodzili z rodzin, które na Polesie przybyły z okolic Bydgoszczy i Włocławka, ale weszli oni w związki z kobietami, których korzenie były z tegoż Polesia, leżącego na pograniczu kultur, i taka kutia na stole wigilijnym jest tam elementem tradycji.

Nie wiem też, jakie tradycje towarzyszyły przystrajaniu domów na Wigilię. Tata opowiadał, że w jego domu (na Mazowszu) choinkę przynosiło się z lasu w dzień wigilijny i wtedy ją stroiło, ale nie znam opowieści z domu mamy. Nie wiem więc, czy moje poleskie przodkinie robiły pająki ze słomy lub czy ustawiały Diducha w kącie izby. O światach z opłatków i pająkach opowiadała natomiast ciotka Irka, siostra taty. I o stawianym w rogu izby snopie siana także. Sianko pod obrusem, którym nakrywano stół wigilijny, czasem bywało u nas w domu. Ale ogólnie odnoszę wrażenie takiego chaosu informacyjnego, jakby fakt przeniesienia się ze wsi do miasta automatycznie odłączał potomków tamtych ludzi od źródła tradycji. Stąd też taki tytuł niniejszego wpisu. Wychowałam się w tradycji Bożego Narodzenia, z książki Zygmunta Glogera Rok polski dowiedziałam się, że jemu współcześni ten okres nazywali Godami, a dopiero od niedawna wiem, że w tym czasie Słowianie świętowali odradzanie się Słońca. Wiele obrzędów (jeśli nie wszystkie) celebrowanych w okresie Bożego Narodzenia swój początek ma w słowiańszczyźnie. Przechowały się one głównie w tradycji pielęgnowanej na dawnej wsi. Ale pojawia się coraz więcej literatury na ten temat, powstają stowarzyszenia i fundacje, które rozpowszechniają wiedzę o tym, co działo się na naszych ziemiach w czasach przedchrześcijańskich. Osobiście bardzo mnie to cieszy, bo zawsze miałam wrażenie jakiegoś braku w naszej historii i ten temat rozpalał moją wyobraźnię – ostatecznie wszyscy: Grecy, Rzymianie czy Celtowie mieli swój panteon bogów, a Słowianie co? No więc teraz mam możliwość zaspokoić swój głód wiedzy w tym zakresie.

* Sufitowe belki w kuchni mamy zupełnym przypadkiem. Mieszkamy z mężem w kilkunastopiętrowym bloku z żelbetonu (oddany do użytku w 1979 roku), płyta żerańska, jak się to mówi, "pracuje" i na suficie powstają pęknięcia. Ponieważ nie chcieliśmy w kuchni robić sufitu podwieszanego, dzięki któremu nasz problem natury estetycznej niewątpliwie zostałby rozwiązany – zainspirowaliśmy się architekturą rodem z chałupy moich mazowieckich dziadków i dzięki temu mamy i zamaskowane rysy na suficie, i powałę w kuchni, pod którą teraz możemy powiesić chociażby podłaźniczkę.