 |
Dom dziadka Bronka i babci Walerii,
zdjęcie współczesne, arch. własne |
Nie mam pojęcia, jak to się stało, że Dziadek dostał ten dom, który dostał, ale jest to piękny, rozłożysty, parterowy budynek, w którym mieszka obecnie mój wujeczny brat z rodziną. Wybudowany został w 1906 roku przez niemieckiego
bauera, który zajmował się hodowlą drobiu. Mój Dziadek robił potem to samo, kontynuował to jego syn, a teraz para się tym jego wnuk, czyli wspomniany już mój brat wujeczny. Przy domu były ogród, sad i pole, dziadkowie trzymali krowy, świnie i kury, i były też ukochane konie Dziadka. Urodził się tu Piotr (maj/czerwiec 1948 r.), moja mama Bogumiła Bronisława (luty 1951 r.) i wreszcie – Teresa Katarzyna (listopad 1952 r.). Gdzieś między tymi dziećmi było znowu jeszcze jedno, które zmarło w niemowlęctwie. Opowieść rodzinna głosiła, że była to dziewczynka, która urodziła się i zmarła jeszcze przed narodzinami mojej mamy – i że dlatego moja mama ma na drugie Bronisława, ponieważ Dziadek strasznie się ucieszył na wieść o tym, że kolejne dziecko to znowu córka.
Jedna z mamy stryjecznych sióstr, ciotka Teresa, u której w Lublinie mieszkałam przez okres przygotowywania się do egzaminów wstępnych na studia, powiedziała mi, że jej matka mówiła, że Walercię Broniś strasznie kochał, bo "do pola nie chodziła". I to też wiem z opowiadań domowych: Babcia zajmowała się domem, dziećmi i ogrodem, a do pracy w polu chodził Dziadek ze starszymi dziećmi. A roboty przy domu było niemało, o czym można przeczytać choćby we wspominanej przeze mnie w jednym z wcześniejszych wpisów książce Chłopki. Ale dom był na swój sposób zamożny: zarówno mama, jak i ciocia Kasia wspominały, że dziadkowie jako pierwsi na wsi mieli telewizor. No, ale Dziadek miał duszę handlowca, zabierał na ten przykład wczesne nowalijki i jechał z nimi na rynek do Gorzowa. Sprzedawał warzywa i owoce. Uwielbiał handlować. Uwielbiał zajmować się gospodarstwem. Jak mówiła ciocia Kasia, ten dom i wszystko, co go otaczało, to było jego oczko w głowie.
 |
Rodzinne zdjęcie, stoją od lewej: Staś, Lutka i Albin, w drugim rzędzie są (od lewej): babcia Waleria, Kasia, ciocia Janka, moja mama, dziadek Bronek i Piotruś (arch. rodzinne) |
Gdy w końcu Dziadek zdecydował się opuścić swój ukochany dom i przenieść do Puław, był już w bardzo złym stanie zdrowia. Przywieźli go tu samochodem wujek Stacho i moja mama. Ze wspomnień wujka wynika, że Babcia już była w tym domu, który Dziadek kupił parę lat wcześniej, i pomagała ciotce Lutce przy dzieciach. Dziadek właściwie prosto z podróży trafił do szpitala i po kilku dniach, 14 sierpnia 1973 roku, zmarł – miał raka przełyku i perforację wrzodu żołądka. Jak to ujął wujek Stacho, "zgagę sodką leczył" (to znaczy, rozpuszczał jakąś ilość sody oczyszczonej w szklance wody i pił, co uśmierzało zgagę – zabójcza mieszanka dla żołądka).
Do końca swojego długiego życia Babcia mieszkała z nami. Nie była taką przytulaśną, ciepłą babcią, pamiętam ją jako zdystansowaną, trochę nawet wycofaną, nienarzucającą się ze swoją osobą, często za to zrzędzącą, że ktoś tam czegoś nie kupił czy nie zrobił. Dopóki miała więcej siły, robiła zakupy, gotowała, odprowadzała mnie do zerówki czy do szkoły, kiedy jeszcze byłam w pierwszej klasie. Pamiętam, pomyliłam kiedyś dni i poszłyśmy do szkoły godzinę wcześniej. Ładny to był dzień, ciepły i słoneczny – wrzesień może? – dość, że tę godzinę przesiedziała na ławeczce pod szkołą razem ze mną i jakimiś innymi paniami, które przychodziły ze swoimi podopiecznymi. Nauczyła mnie, jak wszywać pasek do fartucha, który miałyśmy uszyć na lekcję ZPT, i pokazała mi, jak się szyje ręcznie. Od niej też nauczyłam się ręcznie prać – pamiętam, że fascynowało mnie, jak w wannie płukała sztuki odzieży w taki sposób, w jaki kiedyś robiło się to w strumieniu. Kultywowała taką dawną obrzędowość religijną: po powrocie ze mszy w Święto Matki Boskiej Gromnicznej płomykiem zapalonej gromnicy robiła znak krzyża na futrynie drzwi, a w czasie Wielkiego Tygodnia zakrywała fioletową bibułką krzyże wiszące u nas w domu.
Praktycznie do końca życia miała żelazne zdrowie. Prawdopodobnie przez kilka ostatnich lat cierpiała na demencję, ale, przyznaję, nie rzucało się to w oczy, po prostu bardziej się wycofała. Ostatnie trzy miesiące życia leżała i nie było z nią kontaktu. Zajmowałyśmy się nią razem z mamą; na miesiąc przyjechała ciocia Kasia zastąpić mnie w tej opiece.
Odeszła pewnego wrześniowego poranka. Poprzedniego wieczoru była cichsza niż zwykle, jakby nieobecna. I mimo tego, że spodziewaliśmy się, że kiedyś to nastąpi, ta śmierć – jak chyba każda – była w jakimś sensie zaskoczeniem. A przynajmniej ja się dziwnie czułam. W końcu Babcia była "od zawsze".
 |
| Babcia Waleria |
Jak wspomniałam tu wcześniej, nie miałam z nią dobrej relacji, przy czym – jak chyba każda młoda i na swój sposób czupurna osoba – winę za tę sytuację przerzucałam na Babcię. Sporo wody w Wiśle musiało upłynąć, żebym zaczęła patrzeć na nią i jej niełatwe życie w inny sposób. Była jedną z tych "harowaczek", o których pisze Joanna Kuciel-Frydryszak w Chłopkach: tą, która pierwsza wstawała, a ostatnia kładła się spać, chodziła do obrządku, pieliła w ogrodzie, gotowała obiady, peklowała razem z Dziadkiem mięso z prosiaka, a wieczorami siedziała przy maszynie i szyła wszystkim ubrania. Ciocia Kasia wspominała, że jej mama smacznie gotowała i że w spiżarce zawsze było pełno słoików z różnymi dobrociami. Babcia była zamknięta w sobie i niewylewna, ale mogło to być pokłosie dwóch przeżytych wojen i traum z tym związanych; ciocia Kasia mówiła, że gdy chciała się do swojej mamy przytulić, po prostu szła i się do niej przytulała, nie czekała, aż ona zrobi pierwszy krok. Moja mama jest pod względem wylewności bardziej do swojej matki podobna niż jej młodsza siostra, ciocia Kasia, a i mnie trochę czasu zabrało, żeby się zdobyć na większą otwartość. Niestety, nie zdążyłam z tym przed śmiercią Babci i już nie zapytam jej o to wszystko, co bym chciała wiedzieć…