26 listopada 2023

Słów kilka o poszukiwaniach genealogicznych (cz. 1)

Akt chrztu mojego praprapradziadka Pawła Kawczyńskiego

Poszukiwania genealogiczne idą jak po sznurku, wszystko ładnie się układa, księgi istnieją i są zeskanowane, a w aktach nie ma błędów. A teraz wróćmy na ziemię ;) 

W tym wpisie zebrałam różne spostrzeżenia, jakie poczyniłam, robiąc drzewo genealogiczne mojej rodziny. Bo o ile same poszukiwania są świetną zabawą, o tyle różne "kwiatki" potrafią szukającego nieźle zbić z tropu. 

Zacznijmy może od tego, że obowiązek prowadzenia ksiąg stanu cywilnego wprowadzono na mocy Kodeksu Napoleona w 1808 roku. Do tego czasu to, czy parafia będzie prowadzić rejestr urodzeń, ślubów i zgonów, czy nie, zależne było chyba od niej samej. Wiele starych parafii takie rejestry prowadziło. To, jakie informacje wpisywano w tych dokumentach, też zależało od lokalnej praktyki albo i innych czynników: inaczej formułowano informacje w dokumencie odnoszącym się do szlachcica (nobilites), a inaczej – do chłopa czy mieszczanina. Powyżej mamy akt chrztu z 1790 roku, spisany po łacinie, wystawiony w parafii pw. św. Anny w Grodzisku Mazowieckim. Czytamy w nim, co następuje:

Osowiec

Ja który jak wyżej w roku jak wyżej [1790] 17 stycznia ochrzciłem dziecię imieniem Paweł [urodzone] z nieprawego łoża pracowitej matki Elżbiety Kawczesionki. Chrzestnymi byli pracowici Wiktor Kaczmarczyk i Agata Kwiatkowska.

Tyle. Jak widać, najważniejszą informacją była chyba ta o pochodzeniu dziecka – illegitimi thori znaczy tyle, co "z nieprawego łoża". Zastanowić też może forma nazwiska matki dziecka: bardziej nie dało się już podkreślić, że to niezamężna panna. Skoro "pracowita" to najpewniej z tzw. gminu. Ale poza tym nic – ani informacji o jej wieku, ani o tym, czym się zajmowała. Szukałam tej Elżbiety – w końcu to moja 4xprababka, ale nigdzie jej nie ma, kamień w wodę. W ogóle znaleźć przodka pochodzenia chłopskiego graniczy czasem z cudem. Chociażby kwestia nazwisk. Jak można przeczytać w tym artykule, nazwisko to dość młody wynalazek. Tendencja do zachowywania nazwiska dziedzicznego pojawia się dopiero około XVII wieku, ale obejmuje ona grupę możnych, szlachty, bogatych mieszczan i kupców. Natomiast wśród chłopstwa długo jeszcze utrzymuje się zwyczaj używania przezwisk związanych z zajęciem, które było właściwe dla danej osoby, miejscem pochodzenia czy było pochodną imienia ojca.

Mam w swoim drzewie rodzinę Walentego Sołtysa – to mój 6xpradziadek. W jego akcie zgonu odnotowano, że "na swoim Sołtystwie umarł" (pisownia oryginalna). Prawdopodobnie z faktu piastowania przez niego tak dostojnej funkcji wynikło to, że i on sam, i żona, i dzieci – wszyscy oni zapisywani byli w dokumentach jako Sołtys, Sołtysik, Sołtysiak, a nawet Wójcicki czy Wójtowicz. I prawdę mówiąc, nie wiem, czy posługiwał się jakimś innym nazwaniem (chyba że Wójcicki/Wójtowicz było tym właściwym nazwiskiem), bowiem w jego akcie zgonu ani słowa nie ma o rodzicach – spisujący akt nie zapytał o nich świadków, a szkoda, bo byłby to jakiś ślad. Jeden z synów Walentego, Franciszek, doczekał się dziesięciorga dzieci, z których sześcioro zostało zapisanych w księgach stanu cywilnego pod nazwiskiem Wójcicki/-cka, a czworo jako Wójtowicz. Sam Franciszek, gdy się żenił, figurował pod nazwiskiem Sołtysiak – i w sumie słusznie, był w końcu synem sołtysa. Ale z tego zamieszania z nazwiskami wynikła jeszcze jedna kwestia: otóż najstarszą córkę Franciszka zapisano w aktach stanu cywilnego jako Katarzynę Wójcicką, a po czternastu latach kolejną, ostatnią, jak się potem okazało, pociechę jako… Katarzynę Wójtowicz. Obie dożyły dorosłości i każda wyszła za mąż. Ale takich zbieżności mam w drzewie więcej. Tenże Paweł Kawczyński, którego akt urodzenia widnieje powyżej, poślubił Antoninę z Tarnasów, wdowę po Marcinie Sobczaku, z którym miała troje dzieci, a czwarte urodziła już po śmierci męża. Temu dziecku, dziewczynce, dano imię Marianna. Gdy Antonina wyszła za mąż za Pawła, pierwszej urodzonej z tego związku dziewczynce dano na imię… Marianna. Różnica wieku między dziewczynkami wynosiła trzy lata, ta druga jest moją praprababką. Mój pradziadek Andrzej Matusiak miał dwóch braci o tym samym imieniu: jednego ojciec Stanisław Matuszewski vel Matusiak zapisał jako Jana Nepomucena Matusiaka, a drugiego jako Jana Matuszewskiego. Ponadto dosyć częstą praktyką było nadawanie nowonarodzonemu dziecku imienia po tym, które wcześniej zmarło, co też prowadzić może do pewnej konsternacji u prowadzącego poszukiwania początkującego genealoga.

Z nazwiskami kobiet jest jeszcze gorzej, bo nazywane były często od imienia ojca albo nawet męża – o ile w ogóle wymienione były z nazwiska. Przeglądając kiedyś księgi małżeństw ze wspomnianej parafii pw. św. Anny w Grodzisku Mazowieckim (szukałam mojej 4xprababki Elżbiety), natrafiłam na kilka wpisów, w których z imienia i nazwiska zapisany był tylko mężczyzna, kobietę natomiast w wielu przypadkach określono tylko imieniem. Dotyczyło to jednak tylko "pracowitych" chłopów – najwyraźniej nikomu nie przyszło do głowy, że w trzysta lat po sporządzeniu wpisu w księdze parafialnej znajdzie się ktoś, kto będzie szukał swoich przodków pochodzących z tej warstwy społecznej.

Wracając do nazwisk kobiet tworzonych od imion ojców czy mężów: moja 3xprababka Marianna Wieczorkowa w różnych dokumentach figuruje albo jako właśnie Wieczorkowa, albo Antczak lub Janczak. W akcie ślubu jednego z jej synów wpisano Mańszewska jako jej nazwisko, a w akcie zgonu jej męża – Maciejewska. I to nadal jest ta sama osoba, co można stwierdzić na podstawie innych danych z tych dokumentów (np. miejsce urodzenia, wymienione dzieci czy nawet nazwiska świadków, przy których zaznaczony jest stopień pokrewieństwa). Z kolei nazwanie od imienia męża zyskała prawdopodobna (bo pewności nie mam, więc w drzewie jej nie umieściłam, ale w notatkach figuruje) siostra mojego 4xpradziadka Aleksego Matuszewskiego vel Matusiaka. Otóż Jadwiga Matusiakówna poślubiła w 1809 roku Jędrzeja Błaszczaka. Owdowiała i w jakiś czas potem wyszła za mąż za Wojciecha Chojnackiego. W akcie spisanym przy okazji tego ślubu widnieje jednak nie jako Jadwiga Błaszczakowa, tylko Jadwiga… Jędrzejka. Przyznaję, to jedyny taki przypadek w rodzinie, ale nazwiska takie jak Agnieszka Kazimierzówna, Katarzyna Piotrówna, Agnieszka Michałowa czy Franciszka Wojtkówna w początkach XIX wieku nie były niczym wyjątkowym. W książce Chłopki, o której tu pisałam, dobrze jest zobrazowana pozycja kobiet w ówczesnym społeczeństwie. Pomijanie nazwisk kobiet czy nadawanie przydomków odojcowskich/odmężowskich świetnie to obrazuje.

24 listopada 2023

Na poprawę humoru

Widok z mojego okna,
zdjęcie własne
Ponuro się ostatnio za oknem zrobiło i stąd ciężej mi formułować myśli – taka pogoda powoduje u mnie migreny. I dlatego poprawiam sobie humor, oglądając m.in. vloga dziewczyny ze Szwecji. To Jonna Jinton – wielu słów by trzeba użyć, żeby o niej opowiedzieć, dlatego zapraszam do tego jej filmu. Muzyka, którą tworzy, i obrazy, które rejestruje kamerą, niezmiennie przynoszą mi ukojenie. A jeszcze w kontekście moich poszukiwań genealogicznych, to usłyszałam od niej coś, co w naszym kraju, szarpanym wojnami, powstaniami i częstymi wędrówkami za chlebem, jest zwyczajnie niemożliwe do realizacji: otóż ona mieszka teraz w tym miejscu, w którym jej rodzina, czy może raczej ród, zamieszkuje od czterystu lat! W porównaniu z tym my jesteśmy narodem nomadów…


20 listopada 2023

List od wielkiej ciotki (cd.)

 

Ciocia Janka z mężem Konstantym,
zdjęcie zrobione koło domu moich
dziadków w Gliniku (archiwum prywatne).
Janina Romanowska, najmłodsza siostra mojej babci Walerii, zwana przez wszystkich ciocią Janką, urodziła się w Holi na Polesiu w marcu 1929 roku. Ze swoją matką, Katarzyną z Hładkiewiczów Matusiakową, mieszkała aż do jej śmierci, która nastąpiła we wrześniu 1962 roku. Janka miała wtedy 33 lata, była niezamężna i bez jakichkolwiek zobowiązań, wyprowadziła się więc do siostry Walerii i szwagra Bronisława na Ziemie Odzyskane, gdzie ci podówczas mieszkali. Tam poznała swojego przyszłego męża, wdowca z piątką dzieci. Pobrali się na początku 1968 roku. Najmłodszy z jej pasierbów miał jakiś problem zdrowotny: wieść rodzinna głosi, że duży stopień niedosłuchu. W chwili, gdy jego ojciec powtórnie się żenił, miał około pięciu lat i przywiązał się do macochy jak do matki. Janka swoich dzieci nie urodziła.

W tym liście, który dostałam od niej jakoś na dwa lata przed jej odejściem, spisała historie, które niewątpliwie usłyszała od matki. Opisała w nim wspomnianą przeze mnie w poprzednim wpisie ucieczkę Adama i Bronisławy (Febroni) z Holi na Lubelszczyźnie do wsi Kozy w ówczesnej Galicji, ale też dzięki kilku jej uwagom zaczęłam szukać informacji o tym, co właściwie zmusiło moich prapradziadków do ucieczki. Otóż w latach 70. XIX w. carat ostatecznie zlikwidował Cerkiew unicką, która swoim zasięgiem obejmowała wschodnie tereny dawnej Rzeczpospolitej. Grekokatolicy byli zmuszani do wstępowania do Cerkwi prawosławnej, co Polakom kojarzyło się z rusyfikacją. Konflikt narastał, o czym można przeczytać tutaj. Najstarsza siostra Katarzyny, o czym ciocia Janka nie wspomina (może nie wiedziała), ślub brała w styczniu 1889 roku w parafii rzymskokatolickiej w Rozwadowie (dziś część Stalowej Woli), czyli w dawnym Królestwie Kongresowym. Pisze ciocia natomiast o tym, że owej Marii dzieci "wszystkie [były] niechrzczone". Jak było w tym przypadku, nie wiem, ale znalazłam informacje (jak chociażby w podlinkowanym artykule), że ludzie potajemnie chrzcili dzieci w obrządku greckokatolickim, wiele przy tym ryzykując, bo władze carskie bardzo brutalnie walczyły z Cerkwią unicką. Dopiero w kwietniu 1905 roku nastąpiło coś w rodzaju odwilży: uprawomocnił się ukaz carski, wedle którego wierni zlikwidowanej Cerkwi unickiej mogli wstępować do takiego kościoła, jaki sami wybrali. Toteż dnia 23 sierpnia 1905 roku Artem Danilczuk, szwagier Katarzyny, wraz z żoną Marią z Gładkiewiczów zapisał w parafii rzymskokatolickiej w Sosnowicy całą szóstkę swoich dzieci, z których najstarsza Paulina miała w owym czasie 13 lat, a najmłodsza Kasia – rok.

Maria bywała w kościele na różańcu, jak pisze ciocia Janka, i spotykała tam Julię, drugą babcię Janki. Owa Julia to właściwie Julianna z Mańkowskich Matusiakowa, w tamtym czasie już wdowa po zmarłym jeszcze w kwietniu 1879 roku mężu Stanisławie. Oboje pochodzili spod Włocławka, gdzie urodziło się im pięcioro dzieci. W pierwszej połowie lat 70. XIX wieku przenieśli się na Polesie, gdzie niedługo potem najstarsza córka Marianna zmarła na gruźlicę. Tu urodziło się jeszcze dwoje dzieci, między innymi mój pradziadek Andrzej. Długo ten Jędruś pozostawał w kawalerskim stanie (gdy się żenił, miał 33 lata), aż któregoś razu, właśnie po różańcu, gdy jego matka spotkała Marię Danilczukową, a ta nie omieszkała się pochwalić sąsiadce zdjęciem swojej młodszej siostry Kasi (swoją drogą, nie mam pojęcia, czy u kogokolwiek z rodziny w ogóle są jakieś stare zdjęcia prababki…), Julia zaczęła namawiać syna, żeby po nią pojechał – bo "ta Kasia taka ładna dziewucha", jak to zapisała w liście ciocia Janka. Katarzyna pracowała wtedy w fabryce włókienniczej w Bielsku-Białej. Gdy jej szwagier Artem dowiedział się o tym, posprzeczał się z Andrzejem "pod kościołem", bo chodziło o majątek, na co Jędruś miał powiedzieć "i tak pojadę po nią" – i pojechał. Z łatwością przekroczył ówczesną granicę rosyjsko-austriacką, zabrał Kasię i przywiózł do Marianki. Ich ślub odbył się 26 sierpnia 1908 roku w kościele parafialnym w Sosnowicy.

Pradziadkowie Matusiakowie
(archiwum prywatne)
Andrzej był młynarzem i, jak to ujęła ciocia Janka – "pracował u ludzi na wiatrakach i zarabiał pieniądze". Gdy się ożenił, zamieszkali z Kasią u jego siostry w Mariance i tam postawił wiatrak, zaś po czterech latach, gdy siostra Kasi z rodziną się wyprowadziła, zamieszkali na gospodarstwie w Holi. W 1909 roku urodziła się ich najstarsza córka, Aleksandra, zwana Olesią, potem moja babcia Waleria (1911 r.) i kolejne dzieci. W 1914 roku wybuchła wojna. Ciocia pisze, że jak Niemcy weszli, zabrali Andrzejowi konia i nową uprząż, został tylko roczny źrebak i ślepa krowa. Gdy z kolei front przemieszczał się w drugą stronę, Andrzej zabrał dzieci i mieli wyjechać do lasu. Spotkał ich rosyjski oficer, zrobił rewizję, znalazł 30 rubli w złocie i je zabrał, a Andrzejowi dał papierowe, które po wojnie były nic nie warte.
Ciocia Janka
(archiwum prywatne)

Po wojnie szalał tyfus. Ciocia pisze, że wtedy zmarła między innymi jej babka Julia, ale akt zgonu Julianny znalazłam z datą 19 listopada 1919 roku (ona sama zmarła dwa dni wcześniej, przyczyny zgonu niestety nie podano). Dodaje też, że "była bardzo wielka bieda, ludzie głodowali, bo nie było czym obrobić ziemi".

Swój list ciocia zamyka zdaniem, że na tym skończy swą opowieść, bo drugą wojnę to już dobrze pamięta. A ja nie zapytałam jej o to, co pamięta – i już nie zapytam…

PS. W poprzednim wpisie pomyliłam się co do wieku cioci. Janina z Matusiaków Romanowska zmarła, mając 85 lat, zatem gdy pisała swój list do mnie, miała nieco ponad osiemdziesiąt lat. Jest pochowana na Cmentarzu Komunalnym w Gorzowie Wielkopolskim.

18 listopada 2023

List od wielkiej ciotki

(archiwum prywatne)


Na początku był list.

Pisany niewprawną, starczą ręką.

Autorką była najmłodsza siostra mojej babki ze strony matki, Janina z Matusiaków Romanowska, w tamtym czasie ponaddziewięćdziesiącioletnia. Zaadresowany był do mnie, ale nagłówek zaczynał się od słów „Kochana Bogusiu”, jakby list kierowany był do mojej mamy. W nim dość chaotycznie, co można tłumaczyć wiekiem Autorki, przedstawiona była między innymi historia jej, Janiny, dziadków, Adama i Bronisławy Gładkiewiczów i ich ucieczki ze wschodu, gdzie carat nasilił politykę przeciwko kościołowi unickiemu. A „dziadek był unijatem”, jak napisała ciotka-babka. Więc sprzedał kawał ziemi i zabrawszy żonę, syna Szymona i małą córeczkę Kasię uciekł do Galicji, do wsi Kozy koło Białej (obecnie Bielsko-Biała). Po drodze miał ochrzcić Kasię, podówczas pięcioletnią, w Staromieściu pod Rzeszowem…

Historie rodzinne mają to do siebie, że z czasem zmieniają się w legendy, bo pamięć zaciera pewne fakty.

Długo nie mogłam wpaść na trop ani Katarzyny, ani tym bardziej jej rodziców. Jedynie na jednej ze stron genealogicznych znalazłam indeks z danymi z aktu ślubu Kasi Hładkiewiczówny z Andrzejem Matuszakiem, którego pewnie bym nie znalazła, gdybym przeszukiwała zasoby po nazwisku babki (Matusiak) – tutaj nazwisko pradziadka wpisano przez "sz". W rubryce "uwagi" widniała krótka notatka indeksującego o imionach rodziców młodych, ich wieku, miejscu urodzenia i zamieszkania. O Kasi napisano: lat 23, córka Adama i FEWROMY (podkr. moje) Ilczuk, urodzona: Kozy, zam. Marianka. 

Dokument to dokument, najwyraźniej ciotka-babka coś pomyliła. Nurtowało mnie imię matki Kasi, poszukiwania i konsultacja z emerytowaną nauczycielką rosyjskiego pozwoliły stwierdzić, że chodzi o imię Февроня, po polsku Febronia, zdrobniale Bronia – i mamy Bronisławę. Szczególnie, że w znalezionym nieco później oryginalnym akcie małżeństwa Kasi ksiądz, który wpisał imię matki „Bronisława”, na marginesie poprawił je i wpisał „Febronia”. Niestety, do niczego więcej ponad to, co znalazłam w tym akcie ślubu, nie udało mi się wtedy dotrzeć. Wprawdzie, idąc tropem opowieści ciotki-babki Janki, przeszukałam zasoby księgi parafialnej ze Staromieścia, ale też mi to nic nie dało. Przepadła Kasia jak kamień w wodę i tyle.

Aż po dłuższym czasie ruszyło! Najpierw dotarłam do człowieka, który miał w swoim drzewie Hładkiewiczów. Grupy genealogiczne na Facebooku działają prężnie, ich członkowie służą pomocą i radą i dużo można się dzięki nim dowiedzieć. W trakcie wymiany wiadomości z rzeczonym panem okazało się, że nie jest on z moimi Hładkiewiczami w żaden sposób spokrewniony, ale indeksował parafię Kozy i może z całą pewnością stwierdzić, że Katarzyna się tam nie urodziła. Przysłał mi za to skan aktu zgonu jej matki z 1914 roku, zapisanej tu jako „Havronia”, wdowa po Adamie, w chwili śmierci lat 72, oraz skan aktu ślubu Szymona z 1902 roku, w którym znów podano imię matki – „Bronisława”. W tej sytuacji postanowiłam ponownie sprawdzić wersję ciotki-babki. Znalazłam księgę urodzeń w Staromieściu, przy czym okazało się, że miejscowości o tej nazwie były co najmniej dwie i tamte akta, które przeglądałam kilka lat wcześniej, były ze Staromieścia koło Częstochowy… Cóż, nie myli się ten, kto nic nie robi. Zatem znalazłam właściwą miejscowość, znalazłam akta z tamtejszej parafii i idąc od roku 1885 (który był przypuszczalnym rokiem urodzenia Kasi) kolejno, wpis po wpisie, pod datą 20 maja 1891 roku znalazłam, co następuje:

Catharina, [pater] Adam Chładkiewicz (e Polonia, Russica, Szmukotówka) agr. fls. Pauli et Catharinae Maniak, [mater] Bronislava fla. Ignatii Ilczyny et Evae (czyli: Katarzyna [ojciec] Adam Chładkiewicz {z Polski, Rosja, Szmukotówka} rolnik, syn Pawła i Katarzyny Maniak, [matka] Bronisława, córka Ignacego Ilczyny i Ewy).

Kasia urodziła się 25 listopada 1885 roku we wspomnianej Szmokotówce, wsi znajdującej się w obrębie ówczesnej parafii grekokatolickiej w Holi, podobnie zresztą jak jej brat, Szymon (ur. w sierpniu 1872 roku). Natomiast co do zmienionego imienia matki Katarzyny, można przyjąć, że Febronia wykorzystała naturalny bieg zdarzeń – skoro wszyscy wołają na nią Bronka, co za różnica, od jakiego imienia się to zdrobnienie wywodzi? A za imieniem mogła się ukryć wraz z religią, w której się urodziła. Teraz pozostało znaleźć Ignacego Ilczynę/Ilczuka wraz z Ewą oraz Pawła Hładkiewicza i Katarzynę Maniak, co – z tego, co już udało mi się ustalić, graniczy z cudem, bo najprawdopodobniej dokumenty z Holi uległy zniszczeniu.

Od wspomnianego wyżej człowieka wiem też, że Adam nie zmarł w Kozach. Znaczy się, prababka z podrostkiem i niedużą dziewczynką sama musiała tu przyjechać. Ale gdzie szukać Adama…?

W akcie chrztu Katarzyny widnieją też nazwiska jej rodziców chrzestnych. Są to Ludovicus Mromliński i Anna unox (żona) Filemonis Taratyka. Filemona Taratykę znalazłam przypadkiem w akcie chrztu z 10 października 1889 roku z Opola, jeszcze na Lubelszczyźnie. Zatem rodzina mogła wyjechać na początku 1890 roku. Czy wspominałam już, że to taka trochę robota detektywistyczna?

Oczywiście ciotka-babka, czy jak się to w genealogii określa – wielka ciotka Janka nie skupiła się li i jedynie na samej ucieczce. Ale to sobie zostawię na kolejną opowieść.

17 listopada 2023

Pierogi

(fot. własna)

Skoro notatki z codzienności – to konsekwentnie: dziś na obiad zrobiłam pierogi ruskie. I nie, ruskie to nie to samo co rosyjskie, jakby kto nie wiedział. Można poszukać w necie i poczytać. Dziś mam, wbrew mojej (wydawałoby się) intensywnej działalności w kuchni, Dzień Lenia, stąd odsyłacz do internetowych zasobów wiedzy. A i o samych pierogach będzie krótko.

U nas w domu Mama robiła zawsze pierogi ruskie z majerankiem, więc i ja tak robię, bo lubię. Do farszu z ziemniaków i sera białego (proporcje – jak kto lubi: albo pół na pół, albo któregoś składnika więcej, ale większa ilość sera sprawi, że wyjdą kwaśniejsze) można dodać cebulkę podsmażoną na oleju, ale też można zrobić skwarki ze słoniny bądź boczku z tąż cebulką. Osobiście wolę samą cebulkę. Przyprawy to sól, pieprz i rzeczony majeranek. Kiedyś zrobiłam też farsz z czosnkiem – bardzo ciekawy efekt mi wyszedł.

(fot. własna)

Co do ciasta, zaparzam mąkę niemal wrzącą wodą, w której wcześniej rozpuszczam ociupinkę masła. Ciasto wtedy wychodzi bardziej elastyczne i pierogi się nie rozpadają, nawet jeśli zdarzy im się jakaś niewielka dziurka. A i wyrabia się je szybko i sprawnie. Całość dzielę na mniejsze porcje, kolejno je rozwałkowuję, szklanką wycinam kółka, nakładam farsz i zaklejam. I tak do wyczerpania któregoś ze składników.

Jeśli zostanie porcja ciasta, bez problemu można ją zamrozić, o ile nie chce się człowiekowi zbytnio kombinować i wymyślać jakiejś drugiej potrawy. W zasadzie farsz też można zamrozić, ale raczej dorabiam w takiej sytuacji ciasto i robię, aż skończy mi się farsz.
(fot. własna)

Zrobione pierogi wrzucam partiami (czyli nie za dużo na raz, żeby się nie posklejały) na osolony wrzątek. Pilnuję, żeby nie przywarły do dna, mieszając od czasu do czasu, aż wypłyną. Gotuję je ok. 2-3 minuty na zmniejszonym gazie.

(fot. własna)
Podawać je można albo pogrzane na oleju na patelni, albo z wody okraszone np. smażoną cebulką i skwarkami, do tego surówka: marchewka z chrzanem albo kiszona kapusta. Bon appétit!

PS. Wprawdzie wcześniej nie uprzedzałam, ale na końcu też można to napisać – przepisy, jeśli się tu będą pojawiać, będę podawała w takiej formie, jak w Książce (poniekąd) kucharskiej zrobiła to jej Autorka, Joanna Chmielewska, czyli wszystko ze wszystkim i coś na pewno wyjdzie. Bo jeżeli gotuję coś z cudzego przepisu, trzymam się go bez robienia odstępstw, ale wszelkie kluski i farsze do nich robię na tzw. oko i tyle.