28 lipca 2024

Wakacyjnie

Niby podtytuł tego bloga brzmi Notatki z codzienności, ale jakoś nie potrafię zamienić tego miejsca w pamiętnik. Albo nie umiem jeszcze określić, co z tego, co się wokół mnie dzieje, opisywać, a co zachować tylko dla siebie. Bo weźmy chociażby to, czym się zajmujemy teraz: remont. W sumie nie tylko my w okresie wakacyjnym znajdujemy sobie tak relaksujące zajęcie, warkot młota pneumatycznego rozlega się coraz to na innym piętrze naszego bloku. A my teraz robimy łazienkę, potem rzutem na taśmę pójdzie przedpokój i w planach mamy ponowny remont sypialni, bo poprzednio odpuściliśmy wymianę instalacji elektrycznej i to się już zemściło: gdy odcięliśmy prąd w łazience, okazało się, że zniknął też prąd w gniazdkach w sypialni… Ale mimo wszystko remont jako taki to żadne dziwo i nawet gdybym wrzuciła tu zdjęcia dokonywanych przeróbek (włącznie z przestawianiem ściany), nie uczyniłoby to z remontu jakiegoś wyjątkowo interesującego tematu.

Ale mogę napisać o tym, czego NIE robimy dlatego, że mamy ten remont, a co chciałabym wreszcie w tym roku zrobić: pojechać znowu na Mazury. Tęsknię już za tym widokiem:

Księżyc nad Jeziorem Nidzkim,
Stanica wodna CZAPLE, fot. własna

Mazury. Mazury dla mnie zaczynają się od momentu, gdy jeszcze pod domem zamykam drzwi samochodu i ruszamy. Mają w sobie swoistą magię… To jest takie miejsce na ziemi, w którym najlepiej nam się odpoczywa. Bywało, że w sezonie zjawialiśmy się tu nawet trzy razy. Nie przyjeżdżamy tutaj, żeby zobaczyć coś nowego, bo różne kąty zdążyliśmy już poznać, a główną atrakcją jest dla nas sama przyroda. Chociaż ostatnio, gdy wzięliśmy rowery, udało nam się dojechać w takie miejsca w Puszczy Piskiej, których wcześniej nie widzieliśmy, jak na przykład pozostałości starego cmentarza w dawnej osadzie, obecnie uroczysku, Sowiróg. 

Widok na Mikołajki, fot. własna

Mikołajki to osada leśna (tak przynajmniej podaje Wikipedia) oddalona od miejsca, w którym się zatrzymujemy, o 35 kilometrów. W sezonie jest tu tylu turystów, że aż ciężko przejść deptakiem, kramik z zabawkami i pamiątkami "Made in China" goni kolejny kramik, w porcie jacht stoi przy jachcie, a maszty żaglówek tworzą jedyny w swoim rodzaju aluminiowy las. Nad przybrzeżną zabudową góruje wieża ewangelickiego kościoła, w którym byliśmy tylko raz, ale atmosferę tego miejsca nadal pamiętam.

Plaża miejska w Nidzie, fot. własna

Dużo spokojniejszą miejscowością jest Ruciane-Nida (10 km w prostej linii od "naszej" Stanicy wodnej Czaple). Tutaj też bywa gęsto od turystów, ale to raczej w Rucianem, gdzie jest port, cumują żaglówki i jachty, a mieszkańcy tych mobilnych, wakacyjnych domów schodzą na brzeg zrobić zakupy w lokalnych sklepach albo zjeść coś w jednej z wielu tutejszych restauracji. Poza sezonem Ruciane przypomina miasteczko duchów – kiedyś nawet zdemontowano bankomat, przecież kto z niego miałby korzystać jesienią, zimą i wiosną? Nida natomiast to taka trochę sypialnia Rucianego: w niej w ślicznych domkach z ogródkami, ale też i w zwykłych blokach mieszkają ci, którzy pracują w usługach w Rucianem. Za to sklepów jest tu więcej, jest poczta, ośrodek zdrowia i apteka. I czas wydaje się płynąć leniwiej.

Pole namiotowe wokół Stanicy wodnej CZAPLE, fot. własna

Ale najfajniejszy jest nasz niebieski namiot, który rozbijamy na polu namiotowym przy stanicy wodnej. Przyznam, że nie sądziłam, że będę umiała się odnaleźć w takim obozowym życiu, bez bieżącej, ciepłej wody i prądu. To miejsce wydaje się odcięte od świata, ale właśnie dlatego przyjeżdżają tu ludzie, którzy cenią sobie ciszę i spokój. Akurat ta część Jeziora Nidzkiego objęta jest zakazem używania silników spalinowych, zatem to, co można usłyszeć od strony wody, to łopot żagli na wietrze. Za to z Puszczy dobiegają zgoła inne odgłosy: a to ryś po swojemu krzyknie, a to koziołek sarny szczeknie, a to puszczyk zahuczy. Czasem  wieczorami i nocą wśród gałęzi drzew słychać wysoki, jednostajny dźwięk – to komary grają na swoich skrzypeczkach. To tutaj, podczas naszego pierwszego wrześniowego pobytu, pierwszy raz w życiu usłyszałam, jak brzmi rykowisko. A na drugi dzień, w niedzielę, z kościoła w pobliskim Wiartlu, słychać było myśliwską pobudkę, graną na rogach.

Puszcza Piska, fot. własna

Puszcza Piska jest w jakiś swoisty sposób magiczna: świerki, sosny, a nawet brzozy wystrzelają wysoko w górę, a wśród pni drzew można czasem dojrzeć zwierzę, przemykające niczym duch. Szczególnie w okresie poza sezonem zwierzęta czują się tu swobodniej, łatwiej się na nie natknąć. Z kolei puszczańskie prawdziwki smakują jak żadne inne na świecie. No i jagody, zjadane przez nas ze smakiem ze śmietaną…

Odliczam dni, kiedy się znowu tam znajdziemy :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz