22 listopada 2024

Miejsce na ziemi (2)

Prawie rok temu pisałam o tym, że nie czuję czy przestaję czuć więź z miejscem, w którym się urodziłam i mieszkam. Miasto zmienia się coraz bardziej, niekoniecznie w kierunku, jaki mi się podoba. O tym, że jego mieszkańcy są specyficzni, dość obojętni na sprawy miasta czy nawet parku, który się ostał po żyjącej tu do lat 30. XIX wieku rodzinie magnackiej, rozmawiałam nawet ostatnio z przyjaciółką, zatem nie jest to moje odosobnione zdanie. Tyle że to miasto nie jest samotną wyspą – i właśnie to do mnie ostatnio dotarło.

Widok na tonącą we mgle starą zabudowę Puław, fot. własna

W poprzednim wpisie na samym końcu wspomniałam o Muzeum Zamoyskich w Kozłówce, które w ramach promocji swojej placówki w social mediach od dłuższego już czasu nagrywa tzw. rolki (króciutkie filmiki) o służącej Stefci i panu Antonim, by na tle ich historii przybliżyć odbiorcom realia życia służby pałacowej oraz mieszkańców wsi z początków XX wieku. Nawiązało też współpracę z Muzeum Państwowym w Lublinie –  realizatorom tego miniserialu udało się dostać zgodę na wykorzystanie wnętrz Dworku Wincentego Pola, znajdującego się na Kalinowszczyźnie w Lublinie, oraz z Muzeum Wsi Lubelskiej, gdzie kręcone były kolejne odcinki. Przy okazji tych wizyt powstały też rolki z Dworku Wincentego Pola i ze skansenu. I obrazy z tej drugiej rolki poruszyły coś we mnie.

Widok z dolnego parku przy pałacu Czartoryskich, fot. własna

Nagle poczułam się częścią tej ogromnej społeczności zamieszkującej Lubelszczyznę. Zaczęłam szukać artykułów o gwarze z tych terenów (bardzo ciekawy można przeczytać pod tym linkiem), znalazłam strój z moich rodzinnych okolic (tu i tu), a przy okazji natknęłam się na ciekawe blogi o folklorze (tenten i ten). Plan na wakacje jest taki, żeby w miarę możliwości zobaczyć jak najwięcej Lubelszczyzny, nie omijając także skansenu w Lublinie czy muzeów etnograficznych. Słowem, coś się we mnie przeobraziło.

Czuję się u-miejscowiona – wreszcie.

Takie poczucie bycia osadzonym w jakimś konkretnym miejscu jest czymś, czego mi brakowało. Bardzo. Był czas, kiedy silnie utożsamiałam się z samym miastem, ale w ostatnich latach zaczęło się to wypalać. Teraz odczuwam zupełnie inaczej. I bardzo mnie to cieszy, chociaż przecież zasadniczo nic się nie zmieniło.

To we mnie nastąpiła zmiana. Mam swoje miejsce na ziemi.

16 listopada 2024

Korzenie (2)

 

Przeczytałam ostatnio książkę Joanny Kuciel-Frydryszak Służące do wszystkiego. To kolejna po Chłopkach pozycja opisująca polskie społeczeństwo na przełomie XIX i XX wieku. Autorka w bardzo bezpośredni sposób pokazuje realia życia kobiet, które decydowały się opuścić – często na zawsze – rodzinę i dom pochodzenia i wyjechać do nieznanego miasta szukać pracy i lepszych perspektyw.

Z Chłopek wiemy, że dorastająca dziewczyna z biednej wiejskiej rodziny była dla niej ciężarem. Alternatywą dla niechcianego małżeństwa, do którego rodzice często zmuszali swoje dorosłe córki, był wyjazd "za chlebem" do miasta. Autorka opisuje, w jakich sytuacjach mogły się znaleźć te młode, niedoświadczone dziewczyny. Pisze o tym, jak ta grupa społeczna była wyzyskiwana przez pracodawców, którzy niechętni byli zmieniać swój stosunek do "służących do wszystkiego". O tym, że pracowały nawet po dwadzieścia godzin dziennie, a nie zapewniano im przyzwoitego kąta do spania, nie mówiąc o tym, że nie miały się gdzie myć czy przechowywać swoje rzeczy. Pokazana jest tu cała batalia, którą z "paniami" prowadziły społeczniczki, tłumacząc im, dlaczego higiena służących jest tak ważna. Kolejna sprawa to minimum intymności, jakie służąca powinna mieć zapewnione. Przywołana jest tu Gabriela Zapolska i jej Moralność pani Dulskiej jako obraz nie tylko mieszczańskiej kołtunerii, ale też podejścia do dziewcząt ze służby: często rodzice wiedzieli, że ich syn utrzymuje intymną relację ze służącą, ale przymykali na to oko, uważając to za mniejsze zło. Problem pojawiał się wraz z ciążą, która była powodem zwolnienia ze służby, ale też uniemożliwiała znalezienie innego domu, w którym taka dziewczyna mogłaby podjąć pracę. Jeżeli służąca decydowała się urodzić, dziecko – o ile przeżyło – oddawała komuś innemu na wychowanie, płacąc przy tym określoną kwotę.

I w świetle tej informacji rozumiem rodzinną opowieść o tym, jak to do ludzi, którzy wychowywali mojego dziadka Antoniego, przyjeżdżała bryczką elegancka pani i przywoziła pieniądze. Antoni był dzieckiem służącej, która nie mogła sobie pozwolić na to, by go zatrzymać i jednocześnie pracować. W rodzinie, tym razem od strony mojej mamy, jest też dziewczyna, niejaka Emilia, która urodziła troje nieślubnych dzieci, co do których nie mam pojęcia, co się z nimi działo do czasu, aż wyszła za mąż już w Warszawie i urodziła jeszcze jedno, tym razem ślubne. Wiem z relacji potomków najstarszego Emilii syna, że był w kontakcie z młodszą z dwóch nieślubnych sióstr – o starszej, Antoninie, nikt z nich nie wiedział, więc mogła być oddana do kogoś na wychowanie. Wyszła za mąż w jednej z podwarszawskich wsi (choć urodziła się w Lubartowie) i doczekała się dzieci i wnuków.

Wracając do książki – na zmianę relacji państwo-służba duży wpływ miał rodzący się na przełomie wieków socjalizm, potem odzyskanie niepodległości i wreszcie druga wojna światowa i kompletne przemeblowanie, jakie w jej efekcie nastąpiło w społeczeństwie. Czytając ostatni rozdział tej książki, który opisuje już lata powojenne, myślałam o tym, jak by się to zmieniło – i czy w ogóle – gdyby nie było wojny. W relacjach i pamiętnikach osób, dla których świat ze służącymi w tle był najnaturalniejszą rzeczą pod słońcem, a którzy w rzeczywistości powojennej musieli sobie życie organizować na nowo, nierzadko pobrzmiewa pewien dąs, gdy wspominają o tym, że "pomoc domowa" nie tylko domaga się swoich praw, ale nawet je ma, bo to już nie jest świat podzielony na "panów" i "służbę". Pewna epoka się skończyła.

W książce Joanny Chmielewskiej pt. Najstarsza prawnuczka pokazany jest wątek służącej, która siłą rozpędu i przyzwyczajenia pozostała przy swoim "państwie" już w czasach PRL-u. Ale i w Służących… jest też mowa o tym, że samym służącym trudno było się odnaleźć w nowej rzeczywistości.

Joanna Kuciel-Frydryszak swoją książką przywraca pamięć o tej niewidocznej warstwie społecznej, która niby tylko była tłem, ale w rzeczy samej była nierzadko bardzo istotnym trybem w machinie napędzającej wiele mieszczańskich domów.

Nawiasem mówiąc, Muzeum Zamoyskich w Kozłówce, zainspirowane opisywaną książką stworzyło na swoich social mediach fantastyczną serię filmików o niejakiej Stefci, służącej w pałacu u hrabiów Zamoyskich. Przyznaję, z dużym ukontentowaniem je oglądam, bo oprócz tego, że są świetnie zrealizowane, pokazują też piękne miejsca i piękno w ludziach i dają jakąś ulgę i wytchnienie w tym rozpędzonym do szaleństwa współczesnym świecie.