27 stycznia 2026

Pożegnania


Halinka,
arch. prywatne
Dwa tygodnie temu zmarła mama mojego męża. Teściowa. Świekra, gwoli ścisłości.

Znałyśmy się stosunkowo krótko, wszystkiego może jedenaście pełnych lat (za mąż za mojego męża wyszłam w 2017 roku). Ale dziewięć ostatnich lat to była bardzo, rzec by można, ścisła znajomość. Otóż mama męża miała zdiagnozowany zespół otępienny. I to jest na jakimś poziomie straszne obserwować, jak osoba sprawna intelektualnie, magister studiów lekarsko-stomatologicznych ze specjalizacją chirurgia szczękowa, kobieta, która wyleczyła setki tysięcy zębów, przeczytała masy książek, która umiała w interesujący sposób opowiadać historie ze swojego życia, czy to werbalnie, czy w listach (zachowało się kilka z okresu jej studiów) – jak taka osoba powoli, ale systematycznie osuwa się w mentalny niebyt. Jak nie rozumie już prostych rzeczy, umykają pojęcia "dzień" i "noc", co to znaczy "ubrać się" i jak się ścieli łóżko.

Przez sześć lat opiekowaliśmy się nią sami, mąż i ja, od jej pierwszego pobytu w szpitalu, gdy okazało się, że ma kiepskie wyniki badań (nawet bardzo kiepskie) i do tego musi przyjmować insulinę (na cukrzycę leczyła się od lat, ale lekarze ocenili, że tabletki to za mało), do kolejnego, kiedy to doktor prowadzący powiedział nam, że jest bardzo źle i żeby nastawić się na najgorsze. Organizm się jednak wybronił, ale do dalszego funkcjonowania potrzebne były koncentrator tlenu i opieka całodobowa. Wtedy zdecydowaliśmy się przeprowadzić mamę do domu opieki.

Te sześć lat samotnych starań o jej zdrowie, tylko z pomocą opiekunek, które przychodziły na parę godzin dziennie, ale nie codziennie, mocno nas już wypaliło. Do tego nie mieszkaliśmy z nią razem, przeprowadzenie mamy do nas czy na odwrót było logistycznie niewykonalne, toteż kilka razy dziennie chodziliśmy do niej podać leki i posiłki, przypilnować jej toalety (czasem trzeba było zrobić ją za nią), posłania łóżka, wstawania czy kładzenia się spać. Wożenie jej na wizyty lekarskie do specjalistów (neurolog, chirurg) było trudne nie tylko dla nas, mama przestawała rozumieć, po co ta wyprawa, i kosztowało ją to sporo stresów. Ośrodek to było najlepsze możliwe rozwiązanie: lekarz na miejscu, opieka całodobowa, regularnie wydawane posiłki, odpowiednia dieta, ludzie dookoła. Po niedługim czasie koncentrator tlenu okazał się zbędny, a po kolejnych dwóch miesiącach odstawiono mamie insulinę, na którą wydawała się być skazana do końca życia, dietą i tabletkami wyregulowano jej poziom cukru.

Bywaliśmy u niej przynajmniej raz w miesiącu, czasem przerwy były dłuższe, ale najczęściej spowodowane albo naszą niedyspozycją zdrowotną, albo tym, że panował okres grypowy i prowadząca dom opieki odradzała odwiedziny dla dobra ogółu. Mama do końca nas poznawała; na początku jej pobytu pojawiały się pytania, kiedy wróci do domu, co było dla nas trudne, bo mieliśmy świadomość, że ona sama sobie nie poradzi, z czego nie zdaje sobie sprawy. Później przywykła, cieszyła się z naszych odwiedzin (ta jej pogoda ducha i uśmiech pozostały z nią do końca), choć nie umiałaby pewnie powiedzieć, kiedy wcześniej się widzieliśmy, miesiąc czy dwa dni wcześniej…

W te święta Bożego Narodzenia zabraliśmy ją z ośrodka w odwiedziny do rodziny jej brata. Raz już tak ją woziliśmy, ale przedsięwzięcie to było niemałe, bo dom, w którym mieszkała, był za Grójcem, a rodzina – w okolicach Radomia. Mieliśmy trochę obaw, jak zniesie takie długie jeżdżenie. Poprzednio  jednak wszystko wypadło dobrze, mama była ożywiona, jadła za trzech (lubiła zjeść ;)). Tym razem było inaczej. Mama była jakaś odmieniona, niekontaktowa. Niby wiedziała, z kim rozmawia, ale miało się wrażenie, że schowała się gdzieś w siebie. A gdy widzieliśmy się z nią trzy tygodnie wcześniej, zachowywała się i rozmawiała z nami całkiem normalnie, jak zwykle. Teraz zastanawialiśmy się, czy w ogóle miała świadomość, że dokądś jeździła. Opiekunki nam potem opowiadały, że jednak coś zarejestrowała, mówiła, gdzie była i u kogo, z kim rozmawiała. Albo zmiany ciśnienia spowodowały jej niedyspozycję (zawsze bardziej na to reagowała niż na wahania poziomu cukru we krwi), albo był to już objaw późniejszych komplikacji.

Trzy dni przed śmiercią trafiła do szpitala. Badanie gastroskopowe wykazało, że pękł wrzód, który, jak się okazało, miała na dwunastnicy, co wywołało krwotok; wprawdzie udało się go zatamować, ale organizm tym razem przestał walczyć: nastąpiła niewydolność nerek i serca.

Dziś skończyłaby 81 lat…

PS. Ten wpis powstał z potrzeby domknięcia przeze mnie długiego okresu w moim życiu. Trudno mi było w roli opiekunki osoby z zespołem otępiennym, ale wiem też, że mnie mnie jednej przypadła w udziale ta rola. Może komuś przyda się moja opowieść.

04 stycznia 2026

O dawnych tradycjach

Strona z książki Rok dawnych tradycji oraz drewniane koraliki i obręcz z wierzbowej gałęzi,
elementy tworzonego przeze mnie pająka żyrandolowego, fot. własna

Już od dłuższego czasu interesuję się etnografią i folklorem, co ma związek z dziejami mojego wielokulturowego rodu, ale zaczęło się od obserwacji otoczenia, w którym dorastałam. Mieszkam na Lubelszczyźnie, z tym, że w tej części regionu urodziłam się jako pierwsze pokolenie. Do tego miasto, w którym Dziadek kupił dom, też jest na swój sposób specyficzne, taka trochę narośl na zakładach przemysłowych, bo mimo że to miasto było pierwsze, wraz z budową zakładów nastąpił szybki rozwój gospodarczy, co przełożyło się na nagły i masowy napływ ludności z całej Polski, więc i o jakichś charakterystycznych dla samego miasta cechach trudno coś powiedzieć. Oczywiście, ma ono swoją historię, ale – znów – niejednolitą, bo funkcjonowały tu obok siebie wieś rybacka i pałac magnacki, precyzyjnie przedzielone linią drogi Lublin – Radom, i mimo że księżna Izabela interesowała się losem "swoich" włościan (np. w księgach metrykalnych parafii we Włostowicach [kiedyś oddzielna wioska obok Puław, dziś ich część] w aktach chrztów często figuruje jako chrzestna włościańskiego dziecka), to jednak światy te były bardzo różne od siebie. I jakoś więcej znalezionych przeze mnie opracowań historyczno-naukowych dotyczyło tej magnackiej części, nie włościańskiej (może źle szukałam).

Sama pochodzę z rodziny o korzeniach chłopskich, ale przenosiny moich rodziców do miasta jakby skasowały łączność z dawnymi tradycjami, które jednak nagle pojawiały się przy okazji Wigilii, ale tylko w odniesieniu do samej kuchni. No i czasem to sianko pod obrusem, żeby wymienić takie nieco inne zjawisko niż choinka. Wiele lat temu zachodzili jeszcze do nas kolędnicy: grupka chłopaków, podrostków takich, z wyciętą z tektury szopką, chodziła od drzwi do drzwi w wielopiętrowym bloku i śpiewała kolędy. I talerz dla "zbłąkanego wędrowca". Kiedyś nawet przyszedł jeden i został ugoszczony; pamiętam go jak przez mgłę, to był jakiś daleki kuzyn mamy, akurat wtedy w kłopotach.

Ogólnie miałam z jednej strony wrażenie chaosu informacyjnego (ciotka Irka coś tam opowiadała, ale tak piąte przez dziesiąte), z drugiej – potrzebę uporządkowania tego, co wiem, i uzupełnienia tej wiedzy o wszystko to, czego nie wiem. I w tym roku kupiłam sobie na gwiazdkę książki w tym temacie: Słowiański przewodnik po świętowaniu Anny Stasiak oraz Rok dawnych tradycji Natalii Noszczyńskiej i Sebastiana Łuczywo.

Ta pierwsza pozycja to istna kopalnia wiedzy. Autorka prowadzi czytelnika przez cały cykl roczny, zaczynając od jesieni, i krok po kroku omawia każdy znany nam współcześnie obrzęd, czyli Dziady, potem wróżby andrzejkowe (a jak dowiadujemy się z książki, nie tylko na św. Andrzeja wróżono), okres Bożego Narodzenia, czyli Szczodrych Godów, itp., itd. Przypisy w tej książce są jednocześnie bibliografią i zajmują sporo miejsca na końcu książki. Nawiasem mówiąc, wyłuskałam z nich kolejną pozycję, którą też kupiłam: Kuchnia Słowian, czyli o poszukiwaniu dawnych smaków Hanny Lis i Pawła Lisa (czeka w kolejce do czytania). Książka Anny Stasiak to, mówiąc krótko, "samo mięcho", ale napisana tak dobrym językiem, że czyta się ją jednym tchem.

Pająk żyrandolowy produkcji własnej
Natomiast druga z wymienionych wyżej książek nosi podtytuł Zwyczaje, ozdoby i rytuały do odkrycia na nowo. To dzięki niej udało mi się samodzielnie zrobić pająka żyrandolowego! Książka ta, jak czytamy we Wstępie, jest zaproszeniem dla dzieci i ich rodziców do wspólnej lektury, rozmowy o tym, co było, i do wspólnego tworzenia poszczególnych ozdób związanych z danym momentem w roku. Bohaterowie to rodzeństwo, Jagna i Antek, na co dzień mieszkające w mieście. Mają oni dziadka i babcię żyjących gdzieś na wsi i to od nich dowiadują się o zwyczajach często dziś już zapomnianych. W przygodzie odkrywania tego, co było kiedyś, towarzyszy dzieciom szalenie sympatyczny, puchaty stworek (którego też można samodzielnie wykonać). Opowiada on o pająkach, które robiono m.in. ze słomy, bibuły i koralików, o maskach kolędniczych, wspólnie z dziećmi robi kukłę Marzanny i gaik, a także maluje pisanki. W książce jest nawet przepis na kołacz świąteczny. Całość jest przepięknie ilustrowana przez Natalię Noszczyńską, a przy każdej ozdobie, masce, wycinance itp. jest instrukcja wykonania krok po kroku wraz z rysunkami – po prostu cudo! Urok tej książki tkwi też i w tym, że można do niej wielokrotnie wracać, co osobiście szalenie lubię.

Obie te książki bardzo gorąco polecam: teraz zaczyna się czas kolędowania i zapustów, potem przyjdą kolejne miesiące, niosące ze sobą swoje tradycje i obrzędy, a myślę sobie, że warto je znać. Ostatecznie jest to spuścizna po Tych, którzy byli przed nami.