![]() |
| Strona z książki Rok dawnych tradycji oraz drewniane koraliki i obręcz z wierzbowej gałęzi, elementy tworzonego przeze mnie pająka żyrandolowego, fot. własna |
Już od dłuższego czasu interesuję się etnografią i folklorem, co ma związek z dziejami mojego wielokulturowego rodu, ale zaczęło się od obserwacji otoczenia, w którym dorastałam. Mieszkam na Lubelszczyźnie, z tym, że w tej części regionu urodziłam się jako pierwsze pokolenie. Do tego miasto, w którym Dziadek kupił dom, też jest na swój sposób specyficzne, taka trochę narośl na zakładach przemysłowych, bo mimo że to miasto było pierwsze, wraz z budową zakładów nastąpił szybki rozwój gospodarczy, co przełożyło się na nagły i masowy napływ ludności z całej Polski, więc i o jakichś charakterystycznych dla samego miasta cechach trudno coś powiedzieć. Oczywiście, ma ono swoją historię, ale – znów – niejednolitą, bo funkcjonowały tu obok siebie wieś rybacka i pałac magnacki, precyzyjnie przedzielone linią drogi Lublin – Radom, i mimo że księżna Izabela interesowała się losem "swoich" włościan (np. w księgach metrykalnych parafii we Włostowicach [kiedyś oddzielna wioska obok Puław, dziś ich część] w aktach chrztów często figuruje jako chrzestna włościańskiego dziecka), to jednak światy te były bardzo różne od siebie. I jakoś więcej znalezionych przeze mnie opracowań historyczno-naukowych dotyczyło tej magnackiej części, nie włościańskiej (może źle szukałam).
Sama pochodzę z rodziny o korzeniach chłopskich, ale przenosiny moich rodziców do miasta jakby skasowały łączność z dawnymi tradycjami, które jednak nagle pojawiały się przy okazji Wigilii, ale tylko w odniesieniu do samej kuchni. No i czasem to sianko pod obrusem, żeby wymienić takie nieco inne zjawisko niż choinka. Wiele lat temu zachodzili jeszcze do nas kolędnicy: grupka chłopaków, podrostków takich, z wyciętą z tektury szopką, chodziła od drzwi do drzwi w wielopiętrowym bloku i śpiewała kolędy. I talerz dla "zbłąkanego wędrowca". Kiedyś nawet przyszedł jeden i został ugoszczony; pamiętam go jak przez mgłę, to był jakiś daleki kuzyn mamy, akurat wtedy w kłopotach.
Ogólnie miałam z jednej strony wrażenie chaosu informacyjnego (ciotka Irka coś tam opowiadała, ale tak piąte przez dziesiąte), z drugiej – potrzebę uporządkowania tego, co wiem, i uzupełnienia tej wiedzy o wszystko to, czego nie wiem. I w tym roku kupiłam sobie na gwiazdkę książki w tym temacie: Słowiański przewodnik po świętowaniu Anny Stasiak oraz Rok dawnych tradycji Natalii Noszczyńskiej i Sebastiana Łuczywo.
Ta pierwsza pozycja to istna kopalnia wiedzy. Autorka prowadzi czytelnika przez cały cykl roczny, zaczynając od jesieni, i krok po kroku omawia każdy znany nam współcześnie obrzęd, czyli Dziady, potem wróżby andrzejkowe (a jak dowiadujemy się z książki, nie tylko na św. Andrzeja wróżono), okres Bożego Narodzenia, czyli Szczodrych Godów, itp., itd. Przypisy w tej książce są jednocześnie bibliografią i zajmują sporo miejsca na końcu książki. Nawiasem mówiąc, wyłuskałam z nich kolejną pozycję, którą też kupiłam: Kuchnia Słowian, czyli o poszukiwaniu dawnych smaków Hanny Lis i Pawła Lisa (czeka w kolejce do czytania). Książka Anny Stasiak to, mówiąc krótko, "samo mięcho", ale napisana tak dobrym językiem, że czyta się ją jednym tchem.
![]() |
| Pająk żyrandolowy produkcji własnej |
Obie te książki bardzo gorąco polecam: teraz zaczyna się czas kolędowania i zapustów, potem przyjdą kolejne miesiące, niosące ze sobą swoje tradycje i obrzędy, a myślę sobie, że warto je znać. Ostatecznie jest to spuścizna po Tych, którzy byli przed nami.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz