Panny z "Wesela" to książka po prostu piękna.
Napisana niczym pamiętnik z życia trzech dziewczyn wychowanych na podkrakowskiej wsi, prowadzi czytelnika od dzieciństwa aż do śmierci bohaterek i dalej, opowiadając krótko o losach ich dzieci. Widzimy więc najpierw Bronowice i zamieszkujących je ludzi, relacje między nimi, codzienne zajęcia, to, jak chodzili na targ do Krakowa czy na niedzielne msze do kościoła Mariackiego i cały rytuał z tym związany, włącznie ze strojami, jakie w tamtym czasie nosili mieszkańcy Bronowic. Autorka prowadzi nas też po samym Krakowie, przedstawia środowisko bohemy artystycznej, pojawiają się takie nazwiska jak Tetmajerowie, Żeleńscy, Rydlowie, Kotarbińscy czy Wyspiański. Czytamy listy, które pisali wszyscy do wszystkich (po naszych SMS-ach nie zostanie śladu ni popiołu…), z których dowiadujemy się o ich postawach wobec życia, pragnieniach, marzeniach i zamierzeniach. Razem z Włodzimierzem Tetmajerem poznajemy Annę Mikołajczykównę, z Ludwikiem de Laveaux przeżywamy zauroczenie jej młodszą siostrą Marysią, a Lucjan Rydel pokazuje, jak miłość do najmłodszej z sióstr, Jadwisi, zmieniła jego zaniedbaną i zszarganą w nałogach ale uczciwą duszę (1). Jesteśmy uczestnikami wesela Rydlów i śledzimy wydarzenia towarzyszące powstawaniu i w końcu wystawieniu dramatu Wyspiańskiego. Ale też, co wydaje mi się najpiękniejsze, widzimy, jak cicha i wspierająca obecność Anny i Jadwigi wpływała na rozwój dwóch artystów. Tetmajer dał się poznać nie tylko jako malarz, ale też poeta i działacz społeczny, patriota, Rydel zaś był uosobieniem pracowitości i przedsiębiorczości. Nie znaczy to wcale, że każda z tych kobiet była niewidzialnym elementem układanki małżeńskiej, wręcz przeciwnie: każda z nich na swój sposób inspirowała męża, ale też otaczała dyskretną opieką i jego, i całą rodzinę. Podziwiam szczególnie hart ducha, jaki cechował Annę Tetmajerową, i to właściwie do końca jej dni.
Z kolei ja sama uświadomiłam sobie, jak mocno, jak źle wpływa na mnie czytanie o losach ludzi w czasie drugiej wojny światowej. Część bohaterów tej opowieści wir historii wciągnął w wydarzenia z lat 1939-1945 i dalej, a ja – naprawdę – czytając, cierpiałam i przeżywałam je razem z nimi.
Z tej książki płynie jednak tak pozytywny przekaz, tyle dobrych odczuć się ma w czasie jej lektury, że doprawdy trudno wszystko to zamknąć w jednym krótkim opisie. Monika Śliwińska dała nam piękną książkę, którą szczerze polecam.
(1) Z listu L. Rydla do matki.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz