21 stycznia 2025

Pionierki


Ziemianki Marty Strzeleckiej to kolejna książka, która współczesnemu czytelnikowi przybliża czasy naszych babek i prababek. Opowieść osnuta jest na historii szkoły założonej w pierwszej dekadzie XX wieku w Nałęczowie przez tytułowe ziemianki, czyli (w tym przypadku) panie ze średniozamożnych dworów szlacheckich, żony, matki i – jakbyśmy to dziś mogli określić – przedsiębiorczynie.

Szkoła ziemianek w Nałęczowie działała od 1910 do 1936 roku. Tego typu placówek było na terenach dawnej Rzeczpospolitej więcej. Zakładane były i jako przejaw dobrze widzianej w środowisku pracy społecznikowskiej prowadzonej przez ziemianki, i z myślą o kształceniu włościanek, czyli kobiet pochodzących z terenów wiejskich. Dla wielu z nich taka edukacja okazywała się trampoliną w przyszłość, zmieniała ich podejście do pracy w gospodarstwie, uczyła samodzielności. Można by rzec, że poza oficjalnym programem nauczania, który obejmował kształcenie takich umiejętności, jak prowadzenie domu, ogrodu, robienie przetworów (w tamtym czasie niejaki John Weck wymyślił urządzenie umożliwiające pasteryzację przetworów z owoców w warunkach domowych), prowadzenie kurnika itp., dziewczęta zyskiwały też pewność siebie, a były to przecież czasy rodzącego się w świecie ruchu emancypacyjnego. Autorka świetnie pokazuje całą sieć powiązań i zależności, w jakich tkwiły kobiety tamtych czasów niezależnie od pochodzenia. Ziemianki obowiązywał pewien niepisany kodeks, który zakładał między innymi właśnie taką pracę społecznikowską, a ponadto wspieranie męża w jego działalności gospodarczej, odpowiedzialność za sprawy związane z funkcjonowaniem dworu i gospodarstwa, pobożność. Żeby móc prowadzić działalność społecznikowską, zależne były od finansowania przez darczyńców – mężczyzn z kapitałem, ale też od Kościoła, którego przedstawiciele mogli w czasie kazań dobrze nastrajać do tej idei chłopów. Z kolei dziewczyny ze wsi, żeby dostać się do szkoły wyższej niż elementarna, musiały mieć zgodę ojca, czasem męża, i ich wsparcie finansowe. Nie mówiąc o tym, że już wcześniej ktoś musiał zadbać, żeby taka dziewczyna skończyła szkołę elementarną, co przecież w tamtych czasach nie było oczywiste (np. w Galicji niby istniał obowiązek szkolnictwa, ale rodzice dzieci, szczególnie dziewczynek, bardzo często pisali podania do władz o zwolnienie ich z tegoż, bo przecież w domu były potrzebne ręce do pracy). Kobiety tamtych czasów były mocno ograniczane przez patriarchat i nawet uzyskanie praw wyborczych w 1918 roku nie zmieniło za bardzo ich sytuacji, zaś II wojna światowa spowodowała kompletne przemeblowanie znanego im świata.

W książce przytoczone są rozmowy Autorki z potomkiniami zarówno ziemianek, jak i włościanek, wychowanek szkoły nałęczowskiej. Mamy tu także wyimki z lisów absolwentek szkół ziemianek, dokumenty i zdjęcia. To pozwala czytelnikowi zobaczyć, jak wiele zmieniło się w ciągu ostatnich stu lat. Autorce udało się nakreślić portret zbiorowy kobiet, które codziennym staraniem i wysiłkiem torowały drogę nam, ich potomkiniom, do tego, byśmy miały możliwość samostanowienia, podejmowania pracy zawodowej, kształcenia. Byśmy mogły same wybierać, jak chcemy żyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz