20 listopada 2025

Dlaczego praprababka nie wyszła za mąż, czyli czysto teoretyczne rozważania etnograficzno-genealogiczne

Akt zgonu prapradziadka Stanisława Matuszewskiego (skan z szukajwarchiwach.gov.pl)

Jakiś czas temu zastanawiałam się nad tym, czemu moja praprababka Julianna z Mańkowskich Matuszewska, która owdowiała w wieku 39 lat, nie wyszła ponownie za mąż, co było częstą praktyką, zważywszy, że owdowiała kobieta nierzadko zostawała sama z gospodarstwem i małymi dziećmi. Tak było w przypadku praprababki: prapradziadek Stanisław był rolnikiem, jak napisano w akcie zgonu wystawionym dnia 24 kwietnia 1879 roku, co oznacza, że kawałek swojej ziemi posiadał. W chwili jego śmierci najstarszy syn miał niespełna 14 lat, a najmłodsza córka – dwa. Nawiasem mówiąc, nie udało mi się ustalić, czy ten syn, Jan Nepomucen, wszedł w związek małżeński. Na cmentarzu w Sosnowicy leży w pojedynczym grobie, co oczywiście nie musi niczego oznaczać, ale nie mam też żadnych aktów małżeństw osób, dla których był ojcem. Może zmarł bezdzietnie? Ale wracając do głównego wątku: poza Janem Nepomucenem i tym najmłodszym dzieckiem, córką Konstancją, było jeszcze czworo dzieci: Józef (12 lat), Wiktoria (10 lat), Jan (7 lat) i Andrzej, mój pradziadek (4 lata). I tak, to nie błąd, w jednej rodzinie było dwóch synów o imieniu Jan, co wcale nie ułatwia genealogowi sprawy, ale imiona na ogół nadawał dzieciom ksiądz na podstawie kalendarza liturgicznego, a z tym się najwyraźniej nie dyskutowało.

Zatem praprababka była w trudnej sytuacji. Nie mam pojęcia, jaki odziedziczyła majątek, czy było ją stać, żeby po śmierci męża nająć jakiegoś parobka. Czternastolatek w tamtych czasach był już nawykły do roboty w polu, ale czy sam dawał radę wszystkiego doglądać? Matuszewscy, którzy przyjechali pod Sosnowicę z okolic Lubienia Kujawskiego w połowie lat 70. XIX wieku, nie przybyli tu sami. Z Julianną przeniósł się tu też jej starszy brat Maciej Mańkowski z dziećmi, który owdowiał (nie wiem kiedy, nie dotarłam jeszcze do aktu zgonu jego żony Katarzyny) i ponownie ożenił się już w Kąkolewnicy w 1876 roku, a w 1878 r. w Górkach, w sosnowickiej parafii, urodziło mu się pierwsze dziecko z drugiego małżeństwa. Z Maciejem przyjechało w te strony na pewno pięcioro dzieci (nie udało mi się ustalić, co się stało z najstarszą córką), które tu dorosły i pozakładały rodziny. Najstarszy z tej piątki, Józef, był od kuzyna Jana Nepomucena starszy o dwa lata. Może on pomagał ciotce w gospodarstwie?

Odpowiedź na pytanie, czemu Julianna ponownie nie wyszła za mąż, kryć się może gdzie indziej. Trafiłam ostatnio na Dzieła wszystkie Oskara Kolberga, przy czym lekturę zaczęłam od tomu Lubelskie, bo przecież administracyjnie Sosnowica i okolice należą do tego właśnie województwa. Ale po rozmowie z kuzynką, mieszkającą w Kodeńcu (dowiedziałyśmy się o sobie w dość niecodzienny, jak dla mnie, sposób: otóż w pierwszym roku pandemii napisała do mnie obca osoba z pytaniem, czy administruję drzewem rodziny o takim to a takim nazwisku, po czym okazało się, że mamy wspólnych praprapradziadków i w sumie jesteśmy skuzynowane), zaczęłam czytać tom Chełmskie, ponieważ w okolicach od Włodawy na wschodzie do Ostrowa Lubelskiego na zachodzie oraz od Horodyszcza i Rozwadówki na północy do Cycowa i Sawina na południu noszony był strój podlaski z okolic Włodawy (można o nim poczytać tutaj). Sosnowica i wsie, w których rodzili się członkowie mojego rodu, leżą centralnie w środeczku tego obszaru.

Oskar Kolberg, Dzieła wszystkie, tom 33, Chełmskie cz. I, źródło: www.polona.pl

A potem, już z własnej inicjatywy, sięgnęłam po Kujawy. I wywnioskowałam, co następuje: Kujawy to był bogaty region, i gospodarczo, i kulturowo – i bardzo odmienny od Podlasia.

Oskar Kolberg, Dzieła wszystkie,
t. 3, Kujawy cz. I, źródło:
www.polona.pl
Stanisław i Julianna, którzy z nieznanych mi na razie (i pewnie w ogóle) powodów przyjechali na wschód, wychowali się w innej kulturze pracy, mówili inną polszczyzną, byli katolikami, mieli kujawskie korzenie i tradycje. Natomiast jak wynika z zapisanych przez Kolberga obserwacji na temat mieszkańców terenów niedaleko Włodawy, była to w większości ludność ruska, posługująca się tzw. chachłacką mową (tu można o niej poczytać), należąca do Cerkwi unickiej lub prawosławnej, nieprzemęczająca się w pracy, różniąca się strojami – co świetnie obrazują ryciny przedstawiające mieszkańców obu tych regionów – i zapewne tradycjami stołu, nie wspominając o tzw. kulturze picia alkoholu. Oskar Kolberg mocno ubolewa w swoich tekstach nad tym, że alkohol, tak powszechnie używany przez wszystkich, bo i kobiety od niego nie stroniły, ale był też ważnym elementem niektórych obyczajów, m.in. zrękowin, swatowie mieli konkretne przyśpiewki o wódce – otóż że przez tę wszechobecność alkoholu tak duża jest skala pijaństwa na wsi. Szczególnie dawało się ono zaobserwować na wschodnich i południowo-wschodnich terenach ziem polskich, a właśnie Kujawiacy zrobili na Kolbergu dobre wrażenie, bo ten alkohol, chociaż obecny, nie był przez nich nadużywany.

Doszłam więc do wniosku, że Kujawiacy na ziemi włodawskiej przeżyć musieli niezły szok kulturowy (koloniści w ogóle woleli trzymać się razem) i być może praprababka Julianna zwyczajnie nie miała ochoty na powtórne zamążpójście, bo zwyczajnie nie widziała dla siebie kandydata. Zmarła 17 listopada 1919 roku, po wielkiej wojnie, po której szalał tyfus i zabrał wielu ludzi, m.in. ją samą i jej córkę, Konstancję, podówczas czterdziestodwuletnią, a wiele osób go przechorowało, jak choćby Julianny wnuczka Waleria, czyli moja późniejsza babcia.

Ciekawe, czy to możliwe, że Julianna sama chciała, żeby ten wpis powstał? Zaczęłam go pisać w 106 rocznicę jej śmierci…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz