22 grudnia 2025

Rozmyślania przy ubieraniu choinki, czyli skąd się wzięła genealogia w moim życiu i co mi dała?

Przed nami czas świętowania – jedni za kilka dni będą witać Dzieciątko Jezus, inni zaś wczoraj już powitali nowy cykl, zaczynający się od przesilenia zimowego, kiedy to światło wygrywa z ciemnością – a mnie się zebrało na swoiste podsumowanie: skąd ta genealogia i po co mi ona w ogóle?

Od tzw. "zawsze" słyszałam historię o moim dziadku Antku, nieślubnym dziecku niejakiej Urszuli, o której nikt niczego nie wiedział poza tym, jak się nazywała. No i powtarzano tę historię o eleganckiej pani, która przyjeżdżała bryczką do ludzi, którzy Dziadka wychowywali, i przywoziła im pieniądze. Spekulowano, że była z Warszawy. No i Dziadek miał się urodzić w Szpitalu Dzieciątka Jezus, w Warszawie właśnie.

Drugą opowieścią była ta o przeprowadzce dziadka Bronka i babci Walerii z dziećmi i dobytkiem na Ziemie Odzyskane. To, jak o tym opowiadano, żywcem przypominało sceny z filmu Sami swoi, kiedy to rodzina Pawlaków jedzie bydlęcym wagonem na zachód ziem polskich. Zgadzało się nawet to, że Babcia, tak jak filmowa Pawlakowa, była w ciąży, tyle że swojej Babcia przez trudy podróży jednak nie utrzymała. 

W tym wszystkim było jeszcze moje zainteresowanie historią jako taką, choć w pewnym momencie edukacji szkolnej doszłam do wniosku, że to jest zwyczajnie niemożliwe, żeby historia ludzkości zawierała się tylko w podbojach, wojnach i kryzysach gospodarczych. A że mieszkam w Puławach, mieście, o którym z zaskoczeniem przeczytałam w podręczniku do nauki języka polskiego dla I klasy liceum ogólnokształcącego, że w okresie około rozbiorowym było nazywane Atenami Północy, że prężnie działał tu wtedy ośrodek kulturalno-polityczny, konkurencyjny dla stolicy, z księstwem Czartoryskimi na czele, że księżna Izabela założyła w nim pierwsze muzea na ziemiach polskich – moje zainteresowania historyczne cokolwiek zmieniły kierunek. Zaczęłam czytać książki o historiach różnych rezydencji magnackich, o tym, w czyim były posiadaniu, kto i kiedy je dziedziczył: w pewnym momencie miałam naprawdę dobre rozeznanie w koligacjach i drzewach genealogicznych interesujących mnie rodzin arystokratycznych i szlacheckich. Przeplatało się to z czytaniem biografii literatów, artystów, osób, które w jakiś sposób zaistniały w pamięci ludzkiej. 

Cały czas jednak chodziła za mną historia dziadka Antka, której nijak nie mogłam ugryźć. Napisałam do człowieka, który opracowywał drzewo genealogiczne rodziny noszącej nazwisko mojego dziadka i jego matki, a który znalazł akt urodzenia innego dziecka Urszuli (w sumie nawet nie wiadomo, czy tej samej), niezamężnej służącej z Warszawy, ale powiązania między nią a tym rodem (który notabene zamieszkiwał okolice Łomży i nadal są tu jego potomkowie) nie znalazł, po czym kontakt się urwał. Potem pisałam do Archiwum Głównego Akt Dawnych w Warszawie, ale odpowiedziano mi, że nie mają żadnych danych na temat osoby Antoniego. W tzw. międzyczasie dołożył mi roboty wujek ze strony mojej matki. Na pogrzebie ich stryja, brata dziadka Bronka, poopowiadał mi i o rodzinie Dziadka i jego zmarłego brata, że przybyli spod Bydgoszczy, że z kolei rodzina babci Walerii wywodzi się spod Włocławka, że jej matka nosiła nazwisko Gładkiewicz i że urodziła się we wsi Kozy. I że po rodzinie "plątał się" jakiś Francuz.

A potem poznałam mojego męża, po czym okazało się, że jego siostra robiła drzewo genealogiczne ich rodziny i to ona powiedziała mi, z jakich narzędzi korzysta. I wtedy ruszyło. Wsiąkłam. Mogę powiedzieć, że jedyne, czego nie udało mi się jak dotąd zweryfikować, to ten Francuz ;-)

Najintensywniejsze poszukiwania robiłam akurat w okresie pandemii i może dzięki temu nie odczułam aż tak skutków izolacji. Ale też odnajdywanie kolejnych nitek pozwoliło mi zobaczyć, jak niesamowite są dzieje rodu, w którym się urodziłam, a przecież jeszcze na pewno wielu rzeczy nie odkryłam. Pamiętam, że przez długi czas miałam w sobie takie uczucie niedopasowania: każdy był "skądś", miał za sobą jakąś historię, korzenie w jakimś punkcie na ziemi, a mnie takiej bazy brakowało. Poszukiwania pokazały mi moje zasoby, ale i to, że życie można budować w każdym miejscu na Ziemi wielokrotnie od nowa: potrafię to robić, bo ci, co byli przede mną, wielokrotnie i właśnie od zera budowali swoje życia.

Toteż ta śliczna piosenka jest o i dla nich wszystkich, którzy byli przede mną.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz