17 września 2024

Powroty

Pomost nad Jeziorem Nidzkim, Stanica wodna CZAPLE, fot. własna

Wyjątkowe mieliśmy to lato, pod wieloma względami. Remont, o którym wspominałam w poprzednim wpisie, skutecznie uniemożliwił nam czynne korzystanie z wakacji, ale też sama pogoda była ciężka dla mnie do zniesienia: przez kilka tygodni z rzędu słupek rtęci w termometrach szybował powyżej 30 stopni Celsjusza, przez co czułam się wyczerpana fizycznie i psychicznie. Ale ostatecznie udało się nam wyjechać: najpierw do domu moich Dziadków, w ostatni weekend wakacji – na Mazury, a potem jeszcze raz w to samo miejsce – tym razem był to nasz wyjazd rocznicowy.

Dom Dziadków od strony ogrodu, fot. własna

Kościół parafialny w Deszcznie; droga przez las, fot. własna

W domu Dziadków mieliśmy sielsko-anielsko. Agnieszka, żona mojego wujecznego brata, która jest gospodynią genialną, karmiła nas delicjami i generalnie dbała o nasz komfort i wypoczynek. Sam dom ma takie wibracje, że czuję się w nim jak u siebie. Byliśmy tam pięć nocy, a wydawało się nam przy wyjeździe, że dopiero co przyjechaliśmy. Udało nam się obejrzeć trochę okolicy; byliśmy też w Deszcznie na cmentarzu zapalić świeczkę znajomemu Agnieszki oraz siostrze mojej babci Walerii. Drogą wiodącą z domu Dziadków przez las aż do wsi, w której urodziła się moja mama, doszliśmy do małego cmentarzyka. Mama mówiła mi, że jest tam pochowane jedno z tych wcześnie zmarłych dzieci Dziadków. W przyszłym roku wybiorę się do proboszcza, może uda mi się coś konkretnego ustalić.

Ale oprócz pobytu tam podoba nam się sama podróż, którą przecież odbyliśmy już trzeci raz. Jeździmy starą trasą, która w dobie ekspresówek właściwie świeci pustkami. Pozwala to obserwować widoki za oknem – moje ulubione zajęcie jako pasażerki :) Widać, jak wraz ze zbliżaniem się do wschodnich terenów Polski zmienia się architektura wiejska i małomiasteczkowa.

Widoki z Puszczy Piskiej, fot. własna

Wyjazd na Mazury to było jakieś szaleństwo: zdecydowaliśmy się właściwie w ciągu kilku dni pojechać na sam weekend (problemy z urlopem, życie), trochę nerwówki przy tym mieliśmy – ale ta cisza, którą zastaliśmy na miejscu, ta naprawdę czarna noc i niebo usiane gwiazdami… Zapomniałam, że tam tak to wygląda. Podczas tego pobytu księżyc był akurat w nowiu, niebo bezchmurne, więc gdy patrzyliśmy w górę, mieliśmy wrażenie, że gwiazdy i gwiazdeczki wręcz wirują nam nad głowami.

Natomiast w ciągu tego ostatniego, też weekendowego wypadu trafiliśmy na imprezę na pożegnanie lata – świetnie było. W ogóle to miejsce, w które jeździmy razem już od dziesięciu lat (mój mąż od czterdziestu: miał cztery lata, gdy znalazł się tam pierwszy raz), ma jakąś magiczną właściwość przyciągania bratnich dusz. Przyjeżdżając, masz wrażenie, że wracasz do swoich, bo chociaż ludzie tam na miejscu nie są ciągle ci sami, to jednak trafia się na tych już wcześniej poznanych, z którymi miło się przywitać i pogadać o przeróżnych rzeczach.

Jakbyśmy faktycznie wracali do siebie :)

28 lipca 2024

Wakacyjnie

Niby podtytuł tego bloga brzmi Notatki z codzienności, ale jakoś nie potrafię zamienić tego miejsca w pamiętnik. Albo nie umiem jeszcze określić, co z tego, co się wokół mnie dzieje, opisywać, a co zachować tylko dla siebie. Bo weźmy chociażby to, czym się zajmujemy teraz: remont. W sumie nie tylko my w okresie wakacyjnym znajdujemy sobie tak relaksujące zajęcie, warkot młota pneumatycznego rozlega się coraz to na innym piętrze naszego bloku. A my teraz robimy łazienkę, potem rzutem na taśmę pójdzie przedpokój i w planach mamy ponowny remont sypialni, bo poprzednio odpuściliśmy wymianę instalacji elektrycznej i to się już zemściło: gdy odcięliśmy prąd w łazience, okazało się, że zniknął też prąd w gniazdkach w sypialni… Ale mimo wszystko remont jako taki to żadne dziwo i nawet gdybym wrzuciła tu zdjęcia dokonywanych przeróbek (włącznie z przestawianiem ściany), nie uczyniłoby to z remontu jakiegoś wyjątkowo interesującego tematu.

Ale mogę napisać o tym, czego NIE robimy dlatego, że mamy ten remont, a co chciałabym wreszcie w tym roku zrobić: pojechać znowu na Mazury. Tęsknię już za tym widokiem:

Księżyc nad Jeziorem Nidzkim,
Stanica wodna CZAPLE, fot. własna

Mazury. Mazury dla mnie zaczynają się od momentu, gdy jeszcze pod domem zamykam drzwi samochodu i ruszamy. Mają w sobie swoistą magię… To jest takie miejsce na ziemi, w którym najlepiej nam się odpoczywa. Bywało, że w sezonie zjawialiśmy się tu nawet trzy razy. Nie przyjeżdżamy tutaj, żeby zobaczyć coś nowego, bo różne kąty zdążyliśmy już poznać, a główną atrakcją jest dla nas sama przyroda. Chociaż ostatnio, gdy wzięliśmy rowery, udało nam się dojechać w takie miejsca w Puszczy Piskiej, których wcześniej nie widzieliśmy, jak na przykład pozostałości starego cmentarza w dawnej osadzie, obecnie uroczysku, Sowiróg. 

Widok na Mikołajki, fot. własna

Mikołajki to osada leśna (tak przynajmniej podaje Wikipedia) oddalona od miejsca, w którym się zatrzymujemy, o 35 kilometrów. W sezonie jest tu tylu turystów, że aż ciężko przejść deptakiem, kramik z zabawkami i pamiątkami "Made in China" goni kolejny kramik, w porcie jacht stoi przy jachcie, a maszty żaglówek tworzą jedyny w swoim rodzaju aluminiowy las. Nad przybrzeżną zabudową góruje wieża ewangelickiego kościoła, w którym byliśmy tylko raz, ale atmosferę tego miejsca nadal pamiętam.

Plaża miejska w Nidzie, fot. własna

Dużo spokojniejszą miejscowością jest Ruciane-Nida (10 km w prostej linii od "naszej" Stanicy wodnej Czaple). Tutaj też bywa gęsto od turystów, ale to raczej w Rucianem, gdzie jest port, cumują żaglówki i jachty, a mieszkańcy tych mobilnych, wakacyjnych domów schodzą na brzeg zrobić zakupy w lokalnych sklepach albo zjeść coś w jednej z wielu tutejszych restauracji. Poza sezonem Ruciane przypomina miasteczko duchów – kiedyś nawet zdemontowano bankomat, przecież kto z niego miałby korzystać jesienią, zimą i wiosną? Nida natomiast to taka trochę sypialnia Rucianego: w niej w ślicznych domkach z ogródkami, ale też i w zwykłych blokach mieszkają ci, którzy pracują w usługach w Rucianem. Za to sklepów jest tu więcej, jest poczta, ośrodek zdrowia i apteka. I czas wydaje się płynąć leniwiej.

Pole namiotowe wokół Stanicy wodnej CZAPLE, fot. własna

Ale najfajniejszy jest nasz niebieski namiot, który rozbijamy na polu namiotowym przy stanicy wodnej. Przyznam, że nie sądziłam, że będę umiała się odnaleźć w takim obozowym życiu, bez bieżącej, ciepłej wody i prądu. To miejsce wydaje się odcięte od świata, ale właśnie dlatego przyjeżdżają tu ludzie, którzy cenią sobie ciszę i spokój. Akurat ta część Jeziora Nidzkiego objęta jest zakazem używania silników spalinowych, zatem to, co można usłyszeć od strony wody, to łopot żagli na wietrze. Za to z Puszczy dobiegają zgoła inne odgłosy: a to ryś po swojemu krzyknie, a to koziołek sarny szczeknie, a to puszczyk zahuczy. Czasem  wieczorami i nocą wśród gałęzi drzew słychać wysoki, jednostajny dźwięk – to komary grają na swoich skrzypeczkach. To tutaj, podczas naszego pierwszego wrześniowego pobytu, pierwszy raz w życiu usłyszałam, jak brzmi rykowisko. A na drugi dzień, w niedzielę, z kościoła w pobliskim Wiartlu, słychać było myśliwską pobudkę, graną na rogach.

Puszcza Piska, fot. własna

Puszcza Piska jest w jakiś swoisty sposób magiczna: świerki, sosny, a nawet brzozy wystrzelają wysoko w górę, a wśród pni drzew można czasem dojrzeć zwierzę, przemykające niczym duch. Szczególnie w okresie poza sezonem zwierzęta czują się tu swobodniej, łatwiej się na nie natknąć. Z kolei puszczańskie prawdziwki smakują jak żadne inne na świecie. No i jagody, zjadane przez nas ze smakiem ze śmietaną…

Odliczam dni, kiedy się znowu tam znajdziemy :)

01 lipca 2024

Babcia (2)

Dom dziadka Bronka i babci Walerii,
zdjęcie współczesne, arch. własne

Nie mam pojęcia, jak to się stało, że Dziadek dostał ten dom, który dostał, ale jest to piękny, rozłożysty, parterowy budynek, w którym mieszka obecnie mój wujeczny brat z rodziną. Wybudowany został w 1906 roku przez niemieckiego bauera, który zajmował się hodowlą drobiu. Mój Dziadek robił potem to samo, kontynuował to jego syn, a teraz para się tym jego wnuk, czyli wspomniany już mój brat wujeczny. Przy domu były ogród, sad i pole, dziadkowie trzymali krowy, świnie i kury, i były też ukochane konie Dziadka. Urodził się tu Piotr (maj/czerwiec 1948 r.), moja mama Bogumiła Bronisława (luty 1951 r.) i wreszcie – Teresa Katarzyna (listopad 1952 r.). Gdzieś między tymi dziećmi było znowu jeszcze jedno, które zmarło w niemowlęctwie. Opowieść rodzinna głosiła, że była to dziewczynka, która urodziła się i zmarła jeszcze przed narodzinami mojej mamy – i że dlatego moja mama ma na drugie Bronisława, ponieważ Dziadek strasznie się ucieszył na wieść o tym, że kolejne dziecko to znowu córka.

Jedna z mamy stryjecznych sióstr, ciotka Teresa, u której w Lublinie mieszkałam przez okres przygotowywania się do egzaminów wstępnych na studia, powiedziała mi, że jej matka mówiła, że Walercię Broniś strasznie kochał, bo "do pola nie chodziła". I to też wiem z opowiadań domowych: Babcia zajmowała się domem, dziećmi i ogrodem, a do pracy w polu chodził Dziadek ze starszymi dziećmi. A roboty przy domu było niemało, o czym można przeczytać choćby we wspominanej przeze mnie w jednym z wcześniejszych wpisów książce Chłopki. Ale dom był na swój sposób zamożny: zarówno mama, jak i ciocia Kasia wspominały, że dziadkowie jako pierwsi na wsi mieli telewizor. No, ale Dziadek miał duszę handlowca, zabierał na ten przykład wczesne nowalijki i jechał z nimi na rynek do Gorzowa. Sprzedawał warzywa i owoce. Uwielbiał handlować. Uwielbiał zajmować się gospodarstwem. Jak mówiła ciocia Kasia, ten dom i wszystko, co go otaczało, to było jego oczko w głowie.

Rodzinne zdjęcie, stoją od lewej: Staś, Lutka i Albin, w drugim rzędzie są (od lewej):
babcia Waleria, Kasia, ciocia Janka, moja mama, dziadek Bronek i Piotruś
(arch. rodzinne)
Gdy w końcu Dziadek zdecydował się opuścić swój ukochany dom i przenieść do Puław, był już w bardzo złym stanie zdrowia. Przywieźli go tu samochodem wujek Stacho i moja mama. Ze wspomnień wujka wynika, że Babcia już była w tym domu, który Dziadek kupił parę lat wcześniej, i pomagała ciotce Lutce przy dzieciach. Dziadek właściwie prosto z podróży trafił do szpitala i po kilku dniach, 14 sierpnia 1973 roku, zmarł – miał raka przełyku i perforację wrzodu żołądka. Jak to ujął wujek Stacho, "zgagę sodką leczył" (to znaczy, rozpuszczał jakąś ilość sody oczyszczonej w szklance wody i pił, co uśmierzało zgagę – zabójcza mieszanka dla żołądka).

Do końca swojego długiego życia Babcia mieszkała z nami. Nie była taką przytulaśną, ciepłą babcią, pamiętam ją jako zdystansowaną, trochę nawet wycofaną, nienarzucającą się ze swoją osobą, często za to zrzędzącą, że ktoś tam czegoś nie kupił czy nie zrobił. Dopóki miała więcej siły, robiła zakupy, gotowała, odprowadzała mnie do zerówki czy do szkoły, kiedy jeszcze byłam w pierwszej klasie. Pamiętam, pomyliłam kiedyś dni i poszłyśmy do szkoły godzinę wcześniej. Ładny to był dzień, ciepły i słoneczny – wrzesień może? – dość, że tę godzinę przesiedziała na ławeczce pod szkołą razem ze mną i jakimiś innymi paniami, które przychodziły ze swoimi podopiecznymi. Nauczyła mnie, jak wszywać pasek do fartucha, który miałyśmy uszyć na lekcję ZPT, i pokazała mi, jak się szyje ręcznie. Od niej też nauczyłam się ręcznie prać – pamiętam, że fascynowało mnie, jak w wannie płukała sztuki odzieży w taki sposób, w jaki kiedyś robiło się to w strumieniu. Kultywowała taką dawną obrzędowość religijną: po powrocie ze mszy w Święto Matki Boskiej Gromnicznej płomykiem zapalonej gromnicy robiła znak krzyża na futrynie drzwi, a w czasie Wielkiego Tygodnia zakrywała fioletową bibułką krzyże wiszące u nas w domu. 

Praktycznie do końca życia miała żelazne zdrowie. Prawdopodobnie przez kilka ostatnich lat cierpiała na demencję, ale, przyznaję, nie rzucało się to w oczy, po prostu bardziej się wycofała. Ostatnie trzy miesiące życia leżała i nie było z nią kontaktu. Zajmowałyśmy się nią razem z mamą; na miesiąc przyjechała ciocia Kasia zastąpić mnie w tej opiece.

Odeszła pewnego wrześniowego poranka. Poprzedniego wieczoru była cichsza niż zwykle, jakby nieobecna. I mimo tego, że spodziewaliśmy się, że kiedyś to nastąpi, ta śmierć – jak chyba każda – była w jakimś sensie zaskoczeniem. A przynajmniej ja się dziwnie czułam. W końcu Babcia była "od zawsze".

Babcia Waleria

Jak wspomniałam tu wcześniej, nie miałam z nią dobrej relacji, przy czym – jak chyba każda młoda i na swój sposób czupurna osoba – winę za tę sytuację przerzucałam na Babcię. Sporo wody w Wiśle musiało upłynąć, żebym zaczęła patrzeć na nią i jej niełatwe życie w inny sposób. Była jedną z tych "harowaczek", o których pisze Joanna Kuciel-Frydryszak w Chłopkach: tą, która pierwsza wstawała, a ostatnia kładła się spać, chodziła do obrządku, pieliła w ogrodzie, gotowała obiady, peklowała razem z Dziadkiem mięso z prosiaka, a wieczorami siedziała przy maszynie i szyła wszystkim ubrania. Ciocia Kasia wspominała, że jej mama smacznie gotowała i że w spiżarce zawsze było pełno słoików z różnymi dobrociami. Babcia była zamknięta w sobie i niewylewna, ale mogło to być pokłosie dwóch przeżytych wojen i traum z tym związanych; ciocia Kasia mówiła, że gdy chciała się do swojej mamy przytulić, po prostu szła i się do niej przytulała, nie czekała, aż ona zrobi pierwszy krok. Moja mama jest pod względem wylewności bardziej do swojej matki podobna niż jej młodsza siostra, ciocia Kasia, a i mnie trochę czasu zabrało, żeby się zdobyć na większą otwartość. Niestety, nie zdążyłam z tym przed śmiercią Babci i już nie zapytam jej o to wszystko, co bym chciała wiedzieć…

30 maja 2024

Babcia (1)

Babcia Waleria, arch. rodzinne

Z racji tego, że dziś jest rocznica ślubu Dziadków, uznałam, że to dobry moment, żeby zacząć opowieść o Babci Walerii.

Urodziła się we wrześniu 1911 roku w sosnowickiej parafii, we wsi Marianka, założonej w drugiej połowie XIX wieku przez kolonistów, czyli przybyszów z różnych części dawnych ziem polskich będących wówczas pod zaborami. Jej ojciec, Andrzej, był tym, o którym najmłodsza z rodzeństwa Babci, ciocia Janka, pisała mi w liście, że do Austrii po Kasię jeździł. Istotnie, Katarzyna Hładkiewiczówna mieszkała we wsi Kozy, znajdującej się o kwadrans drogi od Bielska-Białej, miasta leżącego na terenach ówczesnej Galicji. W tejże Białej, jak się wtedy nazywało to miasto, pracowała w fabryce włókienniczej. Jej ojciec, Adam, z wyznania grekokatolik, w 1890 roku sprzedał trochę ziemi i wraz z rodziną: żoną Febronią, synem Szymonem i pięcioletnią córeczką Kasią, uciekł z okolic Sosnowicy na tereny zaboru austriackiego, chroniąc w ten sposób siebie i rodzinę przed terrorem, jaki panował podczas likwidacji Cerkwi unickiej.

Andrzej urodził się także w Mariance, ale jego rodzice i starsze rodzeństwo przybyli w te strony spod Włocławka w pierwszej połowie lat 70. XIX wieku, był zatem dzieckiem kolonistów. Wyuczył się na młynarza – w swoim liście ciotka Janka ujęła to tak, że pracował u innych na młynach i zarabiał pieniądze – chociaż w akcie ślubu nie ma o tym ani słowa. Dopiero w akcie urodzenia Walerii, drugiego z kolei dziecka Andrzeja i Katarzyny, wymieniony jest zawód Andrzeja.

Waleria miała niespełna trzy lata, gdy wybuchła I wojna światowa. Ona sama nie opowiadała zbyt dużo o tych czasach. Wiem tylko tyle, że panował wtedy głód i choroby i że Babcia chorowała na tyfus. Miała silny organizm, bo wyszła z tego, w przeciwieństwie do swojej babki Julianny Matusiakowej i ciotki Konstancji Chudasiowej, których akty zgonów znalazłam dzięki poszukiwaniom genealogicznym. Obie zmarły w 1919 roku: Konstancja, mająca 42 lata, odeszła w kwietniu, a Julianna, siedemdziesięciodziewięcioletnia, w listopadzie.

Z opowieści najmłodszej córki Babci, Teresy Katarzyny, zwanej w rodzinie Kasią, wiem, że nastoletniej Walerii jej ojciec Andrzej opłacał lekcje kroju i szycia u miejscowej krawcowej. Zresztą, w wyprawie ślubnej dostała maszynę do szycia marki Singer – ta maszyna do dzisiaj jest w naszym domu. Szkołę elementarną też skończyła: pamiętam, jak dzieckiem będąc widziałam Babcię czytającą książki o zdrowym żywieniu, gazety czy modlitwy z książeczki do nabożeństwa. Listy i karty na święta też pisała własnoręcznie.

Zdjęcie ślubne Walerii i Bronisława,
arch. rodzinne

Za mąż wyszła 30 maja 1937 roku za Bronisława, chłopaka z tej samej parafii, urodzonego w Boże Narodzenie w 1911 roku. Początkowo mieszkali u teściów. Robota tam była ciężka, a teść był surowy i oszczędzał na wszystkim. Pierwszą ciążę poroniła właśnie przez tę robotę ponad siły. Bronek miał się wtedy pokłócić z ojcem, po czym oboje młodzi wynieśli się, jak to się mówiło, "na komorne", czyli do pracy u innego rolnika, który dawał pracownikom własną izbę do mieszkania. W sierpniu 1938 roku urodziła się Marianna Łucja, zwana w domu Lutką – a w kolejnym roku wybuchła wojna. Znowu był niepokój, głód, wszawica i choroby. W trakcie tej wojny Babcia drugi raz chorowała na tyfus. W roku 1941 (w marcu) i potem w 1943 (w maju) urodzili się chłopcy: Albin Dominik i Stanisław. I tutaj mam lukę, jeśli chodzi o narodziny dzieci, bo wiem z przekazów rodzinnych, że jakoś w tym czasie urodziło się jeszcze jedno dziecko, które albo zmarło zaraz po porodzie, albo żyło jakiś niedługi czas. Wujek Stacho, ten z maja 1943 roku, twierdzi, że to była dwumiesięczna dziewczynka, o której mówiło się w domu, że zmarła dlatego, że Babcia idąc boso po rosie, żeby przepalikować krowę (czyli wyciągnąć z ziemi palik, z którym krowa połączona była łańcuchem, przeprowadzić ją z miejsca, gdzie trawa była już wyjedzona, na inne i wbić palik ponownie), przeziębiła pokarm. 

Cała rodzina w komplecie, zdjęcie zrobione na ganku domu
na "zachodzie", arch. rodzinne

Po wojnie były niepokoje, trwała Akcja Wisła (przesiedlanie ludności zabużańskiej na tereny, zwane Ziemiami Odzyskanymi), nocami snuły się bandy i wypalały zboże. Mój Dziadek miał wtedy złożyć u ówczesnych władz dokument potwierdzający fakt, że nie da się spokojnie żyć na tych terenach, i dostał pozwolenie na wyjazd na zachód Polski. I też: mówiło się w domu, że to była taka wyprawa, jaką można obejrzeć w filmie Sami swoi, czyli bydlęcy wagon, a w nim podróżująca rodzina wraz z całym dobytkiem. Babcia wtedy też była w wysokiej ciąży, niestety nie miała tyle szczęścia, co jej filmowa odpowiedniczka: doszło do poronienia i krwotoku. Ciotka Lutka wspominała, że biegała po nieznanej sobie wsi w poszukiwaniu księdza, bo Dziadek się bał, że Babcia umrze. Jakoś się ten ksiądz znalazł i dał Walerii ostatnie namaszczenie. Na szczęście i tym razem jej organizm zwyciężył.

Cdn.

05 maja 2024

Rozważania

Fot. własna

 Czasem znajduję sobie taki temat, że słowa nie chcą płynąć. I to, że tak długo nic się tu nie pojawia, spowodowane jest właśnie taką sytuacją.

Lektura Chłopek uświadomiła mi, jak odważną i silną była jedna z moich przodkiń. Ale moja relacja z nią nie należała do łatwych. Potrzeba było czasu i mojej dojrzałości, żebym nauczyła się patrzeć na nią w taki sposób. Tyle, że pisanie o niej nie przychodzi mi łatwo. Być może we mnie coś jeszcze się musi do końca poukładać…

W każdym razie wpis jest długi i niewykluczone, że pojawi się w odcinkach.

A na razie jedziemy na wycieczkę – majówka dała nam w prezencie prześliczną pogodę i żal byłoby nie skorzystać :)