Zabawna rzecz, bo książkę tę kupiłam nie pamiętam kiedy i gdzie, stała sobie cichutko na półce, czekając na swój moment, aż została "wywołana do tablicy" przez Autorkę Stefci, Joannę Adamek. Zapytana przez jedną z obserwatorek konta Muzeum Zamoyskich na Instagramie, czy poleciłby jakieś książki, które byłyby związane z czasami, w których rozgrywa się akcja miniserialu o służącej Stefci, pani Joanna wymieniła m.in. właśnie tę. Zaskoczona i niepewna, czy mnie pamięć nie zawodzi, sprawdziłam na półce i okazało się, że mam! A że czasu (z racji rekonwalescencji) też mam teraz sporo, nie mieszkając zabrałam się do lektury.
W swojej Opowieści Elżbieta Kowecka przeprowadza czytelnika nie tylko przez kolejne pomieszczenia dawnego dworu czy pałacu, ale też pokazuje, jak to otoczenie zmieniało się w ciągu całego tego stulecia. Jak amfiladowy układ pomieszczeń (czyli z jednego pokoju przechodzimy do kolejnego, potem do następnego itd.), w którym ciężko było o niewielki choćby poziom intymności, zaczęto z czasem przekształcać tak, że powstały korytarze, małe buduarki, saloniki i sypialnie. Jak ogrzewano tak duże przestrzenie, jak je ozdabiano i czym, jakie były trendy i mody w sztuce dekoratorskiej. Jak zmieniało się pomieszczenie kuchenne i czy znajdowało się w budynku dworskim/pałacowym, czy może nie. Jak w ogóle wyglądała sama kuchnia. Na rycinie obok przedstawiono kuchnię z początku XIX wieku; kuchnie z fajerkami, które może ktoś jeszcze kojarzy z wakacji u babci na wsi, to wynalazek 2 poł. XIX w. Idźmy dalej: kto pracował w takiej kuchni i czym zajmował się np. kredencarz. Co wtedy jadano, jak przyrządzano potrawy, jak przystrajano stoły – kiedy już pokój jadalny pojawił się na planie dworu/pałacu, i gdzie w takim razie jadano wcześniej, skoro nie było takiego pokoju "od zawsze".Sporo uwagi poświęca Autorka temu, jak urządzano niegdyś przestrzeń mieszkalną, jakimi meblami się otaczano i skąd je pozyskiwano. Omawia różne trendy zarówno aranżacji przestrzeni, jak i w zdobnictwie czy ubiorze. Często sięga do zachowanych z tamtych czasów rejestrów wydatków, które dla historyka zajmującego się tematem kultury materialnej są kopalnią wiedzy na temat tego, na co i ile przeznaczano funduszy, jak w ogóle robiono zakupy dla tak ogromnej czasem rzeszy ludzi – mówimy tutaj i o mieszkańcach dworu czy pałacu, i o tych, którzy całą machinę dworską/pałacową wprawiali w ruch, począwszy od kawiarki, czyli kobiety, która zajmowała się przyrządzaniem kawy, poprzez służące, garderobiane, lokai, kucharzy i kuchcików, przez praczki, stangreta, aż po osobę, która parała się noszeniem wody potrzebnej w kuchni. Z niedużą przesadą rzec by można, że każdy taki dom był małym przedsiębiorstwem, działającym w sposób bardzo żywy i czasem wręcz spontaniczny, acz zorganizowany, gdy np. przyrządzano ogromne fety na cześć licznych gości, jubilatów czy innych osób mających jakieś swoje święto. Autorka cały rozdział poświęca temu, jak organizowano sobie czas wolny, jak się bawiono, z jakim niemal nabożeństwem traktowano gości, szczególnie w dworach czy pałacach leżących w dużych odległościach od miast, przytacza opisy źródłowe co głośniejszych wydarzeń towarzyskich. Wspomniane rejestry wydatków często zawierały też spis wyprawy ślubnej, jaką rodzice dawali wychodzącej za mąż córce – i tu poczułam się zaskoczona, bo poza spodziewanymi sukniami czy pantofelkami, które młodej mężatce miały starczyć na lata, a więc trzeba było utrafić z fasonem tak, żeby zbyt szybko nie wyszedł z mody, panna w wyprawie dostawała zastawę stołową, meble, a nawet… ściereczki.
Czytając tę książkę, można sobie także zrobić porównanie, jak inaczej wyglądają nasze dzisiejsze domy, o ile łatwiej mamy dzięki różnym udogodnieniom (światło elektryczne, bieżąca ciepła woda, gaz czy prąd w kuchni, środki czystości, kosmetyki), wynalezieniu sprzętów (pralki, lodówki, zmywarki, odkurzacza czy choćby tak opatrzonego wyposażenia łazienki i toalety), o ile prostsze są współczesne nam ubrania! O ile też łatwiej nam się komunikować, spotykać, chociaż nie wyobrażam sobie urządzenia takiej niespodzianki i dla tylu gości, jak to np. zrobiła Izabela ks. Czartoryska (a miała ona niewyczerpany zasób pomysłów; zaintrygowanych odsyłam do lektury ☺). Dużo łatwiej nam się przemieszczać, z jednej strony dlatego, że mamy inne środki lokomocji, ale też dlatego, że – najzwyczajniej w świecie – mamy nocą oświetlone ulice.
A jednak podczas tej lektury z lekką nutką nostalgii czytałam o tych wszystkich batikach, koronkach, jedwabiach, indyjskich szalach, tureckich namiotach, garnirowanych przybraniach do konsolek czy łóżek, atłasowych pantofelkach czy rękawiczkach. Jedno jest pewne: i wtedy, i teraz potrzebne były i są na wszystko pieniądze, czasem bardzo dużo pieniędzy. W przeciągu tych niemal dwóch setek lat zmieniły się nam potrzeby, ale ta jedna pozostaje wspólna. I sądząc po opisach tego, ile i jak jedli nasi poprzednicy, a szczególnie jakie ilości trunków spożywali, można dojść do wniosku, że dekoracje wprawdzie inne, ale ludzie ci sami. Niemniej do lektury tej Opowieści serdecznie zachęcam, bo napisana jest potoczystym językiem i wciąga niczym powieść, nie ma w niej nic z naukowego zadęcia, przez co w bardzo przyjemny sposób można poznać tę stronę historii, o której wcale (jaka szkoda!) nie mówi się na lekcjach w szkole.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz