03 października 2025

Jesiennie

 

Widok na zarośla nadwiślańskie z brzegu w Nasiłowie
Tyle planów miałam na wakacje, a wyszło po swojemu. Nie, żeby źle, ale podróże, które udało nam się odbyć, wiodły w kierunkach północnym i zachodnim, Lubelszczyzny zaś nie pozwiedzaliśmy. No, chyba żeby wliczyć wyprawę do Białej Podlaskiej w tamten weekend, ale nie była to bynajmniej wycieczka, cel był stricte zdrowotny: w tamtejszym szpitalu miałam operację haluksa. Ale pomijając okoliczności, widoki za oknem były śliczne, szczególnie że do Białej jechaliśmy w pięknym, jesiennym słońcu. Powrót był mniej urokliwy, padało, ale tym bardziej odczułam melancholię tamtych krajobrazów.

Natomiast w wakacje były Mazury (pod koniec czerwca), a nawet Warmia – pojechaliśmy jeszcze w okolicach majówki do znajomych, Marty i Łukasza, w okolice Iławy, w połowie czerwca pojechałam tam sama, przy czym wracając, zahaczyłyśmy z Martą o… Gdynię, gdzie miałam sesję zdjęciową! Taki pomysł na celebrację zbliżającego się jubileuszu moich urodzin mieliśmy z moim mężem. Przygoda to była niesamowita, a jej ciągiem dalszym była nasza wspólna sesja w sierpniu – pojechaliśmy oboje wraz z Martą do Gdyni do tego samego studia. Tydzień później pojechaliśmy w Lubuskie na cztery dni, a potem jeszcze na "nasze" Mazury. Niestety, pogoda się zbiesiła, padało, wiało i było zimno, tak że skróciliśmy nasz pobyt nad Nidzkim, na domiar wszystkiego dopadły nas kłopoty z samochodem (wysiadła klima…), więc przejazdów za komfortowe też uznać nijak się nie da. Nade mną wisiała wizja tej operacji, której ostatecznie poddałam się w ubiegły weekend, co swoją drogą jakoś mnie deranżowało. A teraz z tą nogą nie pochodzę, więc plany zwiedzania jakichkolwiek miejsc odłożyć trzeba na niedaleką, mam nadzieję, przyszłość.

Z krótkich wycieczek udało nam się w weekend poprzedzający tę operację pojechać w Świętokrzyskie nad Zalew Brodzki. Pogoda jak na wrzesień była wybitnie sierpniowa, prawie 30 stopni Celsjusza, widoki śliczne – i tę trasę, i to, co jest tam na miejscu, przyrodę, widoki – bardzo lubię.

Zalew Brodzki
Lato w sumie dziwne było, jeśli o pogodę chodzi – albo żar z nieba, albo od razu oberwanie chmury. W tamtym roku założyliśmy sobie maleńki ogródek obok domu moich rodziców. Mieliśmy i dynie, i kabaczki, i nawet pomidory i paprykę, wsiałam też sałatę. I nie wiem, czy to nie przez tę pogodę zbiory były gorzej niż marne, pomidory zżarła jakaś zaraza, kabaczki były może ze trzy, dyńki urosły wielkości tych ozdobnych, maluchy takie. A zapowiadało się świetnie…

Ogródkowy gąszcz przed zarazą

Nie ma jednak co narzekać, kilka swoich pomidorków udało nam się zjeść, leczo i zupa dyniowa też były, dyniowa jeszcze zresztą będzie, jest z czego zrobić. A w przyszłym roku odrobię lekcje i lepiej przygotuję się do sezonu zbiorów.

Teraz z racji rekonwalescencji czeka mnie taki slow czas, ale to dobrze. Postaram się go wykorzystać na tyle efektywnie, na ile się da. Jest genealogia, może uda mi się z poziomu komputera znaleźć jeszcze kogoś z rodziny, są szkolenia psychologiczne do powtórki, a te bardzo mi pomagają w budowaniu swojego wewnętrznego dobrostanu – dość powiedzieć, że ta ostatnia operacja, w sumie trzecia w ciągu ostatnich dwunastu lat (nie wliczam tu dwóch zabiegów mniejszego kalibru), była pierwszym tego typu zabiegiem, który przeszłam najbardziej świadomie i zniosłam najlepiej pod względem nerwów i stresu, a wszystko to dzięki pracy ze sobą, jestem o tym przekonana. Ale o tym może kiedyś szerzej napiszę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz