08 lutego 2026

Zatrzymanie

Zahibernowałam się tej zimy. Mrozy w styczniu były solidne, śnieg jak spadł w okolicach Bożego Narodzenia, tak już ponad miesiąc leży, co się rzadko zdarzało w ostatnich latach. Na jakimś poziomie do tego stanu hibernacji dokłada się żałoba, choć nie tak dojmująca, może dzięki temu, że teściowa przez prawie trzy lata była w domu opieki, na tyle daleko, że mogliśmy przywyknąć do oddalenia. No i jeszcze jestem w procesie autoterapii. Zabiera mi to sporo energii na inne aktywności, jak choćby regularne pisanie. Daję sobie na to przyzwolenie i czas.

Zamarznięta Wisła
Wisła na razie też stoi. Może gdy ona zacznie rozmarzać, rozmarznę i ja.

27 stycznia 2026

Pożegnania


Halinka,
arch. prywatne
Dwa tygodnie temu zmarła mama mojego męża. Teściowa. Świekra, gwoli ścisłości.

Znałyśmy się stosunkowo krótko, wszystkiego może jedenaście pełnych lat (za mąż za mojego męża wyszłam w 2017 roku). Ale dziewięć ostatnich lat to była bardzo, rzec by można, ścisła znajomość. Otóż mama męża miała zdiagnozowany zespół otępienny. I to jest na jakimś poziomie straszne obserwować, jak osoba sprawna intelektualnie, magister studiów lekarsko-stomatologicznych ze specjalizacją chirurgia szczękowa, kobieta, która wyleczyła setki tysięcy zębów, przeczytała masy książek, która umiała w interesujący sposób opowiadać historie ze swojego życia, czy to werbalnie, czy w listach (zachowało się kilka z okresu jej studiów) – jak taka osoba powoli, ale systematycznie osuwa się w mentalny niebyt. Jak nie rozumie już prostych rzeczy, umykają pojęcia "dzień" i "noc", co to znaczy "ubrać się" i jak się ścieli łóżko.

Przez sześć lat opiekowaliśmy się nią sami, mąż i ja, od jej pierwszego pobytu w szpitalu, gdy okazało się, że ma kiepskie wyniki badań (nawet bardzo kiepskie) i do tego musi przyjmować insulinę (na cukrzycę leczyła się od lat, ale lekarze ocenili, że tabletki to za mało), do kolejnego, kiedy to doktor prowadzący powiedział nam, że jest bardzo źle i żeby nastawić się na najgorsze. Organizm się jednak wybronił, ale do dalszego funkcjonowania potrzebne były koncentrator tlenu i opieka całodobowa. Wtedy zdecydowaliśmy się przeprowadzić mamę do domu opieki.

Te sześć lat samotnych starań o jej zdrowie, tylko z pomocą opiekunek, które przychodziły na parę godzin dziennie, ale nie codziennie, mocno nas już wypaliło. Do tego nie mieszkaliśmy z nią razem, przeprowadzenie mamy do nas czy na odwrót było logistycznie niewykonalne, toteż kilka razy dziennie chodziliśmy do niej podać leki i posiłki, przypilnować jej toalety (czasem trzeba było zrobić ją za nią), posłania łóżka, wstawania czy kładzenia się spać. Wożenie jej na wizyty lekarskie do specjalistów (neurolog, chirurg) było trudne nie tylko dla nas, mama przestawała rozumieć, po co ta wyprawa, i kosztowało ją to sporo stresów. Ośrodek to było najlepsze możliwe rozwiązanie: lekarz na miejscu, opieka całodobowa, regularnie wydawane posiłki, odpowiednia dieta, ludzie dookoła. Po niedługim czasie koncentrator tlenu okazał się zbędny, a po kolejnych dwóch miesiącach odstawiono mamie insulinę, na którą wydawała się być skazana do końca życia, dietą i tabletkami wyregulowano jej poziom cukru.

Bywaliśmy u niej przynajmniej raz w miesiącu, czasem przerwy były dłuższe, ale najczęściej spowodowane albo naszą niedyspozycją zdrowotną, albo tym, że panował okres grypowy i prowadząca dom opieki odradzała odwiedziny dla dobra ogółu. Mama do końca nas poznawała; na początku jej pobytu pojawiały się pytania, kiedy wróci do domu, co było dla nas trudne, bo mieliśmy świadomość, że ona sama sobie nie poradzi, z czego nie zdaje sobie sprawy. Później przywykła, cieszyła się z naszych odwiedzin (ta jej pogoda ducha i uśmiech pozostały z nią do końca), choć nie umiałaby pewnie powiedzieć, kiedy wcześniej się widzieliśmy, miesiąc czy dwa dni wcześniej…

W te święta Bożego Narodzenia zabraliśmy ją z ośrodka w odwiedziny do rodziny jej brata. Raz już tak ją woziliśmy, ale przedsięwzięcie to było niemałe, bo dom, w którym mieszkała, był za Grójcem, a rodzina – w okolicach Radomia. Mieliśmy trochę obaw, jak zniesie takie długie jeżdżenie. Poprzednio  jednak wszystko wypadło dobrze, mama była ożywiona, jadła za trzech (lubiła zjeść ;)). Tym razem było inaczej. Mama była jakaś odmieniona, niekontaktowa. Niby wiedziała, z kim rozmawia, ale miało się wrażenie, że schowała się gdzieś w siebie. A gdy widzieliśmy się z nią trzy tygodnie wcześniej, zachowywała się i rozmawiała z nami całkiem normalnie, jak zwykle. Teraz zastanawialiśmy się, czy w ogóle miała świadomość, że dokądś jeździła. Opiekunki nam potem opowiadały, że jednak coś zarejestrowała, mówiła, gdzie była i u kogo, z kim rozmawiała. Albo zmiany ciśnienia spowodowały jej niedyspozycję (zawsze bardziej na to reagowała niż na wahania poziomu cukru we krwi), albo był to już objaw późniejszych komplikacji.

Trzy dni przed śmiercią trafiła do szpitala. Badanie gastroskopowe wykazało, że pękł wrzód, który, jak się okazało, miała na dwunastnicy, co wywołało krwotok; wprawdzie udało się go zatamować, ale organizm tym razem przestał walczyć: nastąpiła niewydolność nerek i serca.

Dziś skończyłaby 81 lat…

PS. Ten wpis powstał z potrzeby domknięcia przeze mnie długiego okresu w moim życiu. Trudno mi było w roli opiekunki osoby z zespołem otępiennym, ale wiem też, że mnie mnie jednej przypadła w udziale ta rola. Może komuś przyda się moja opowieść.

04 stycznia 2026

O dawnych tradycjach

Strona z książki Rok dawnych tradycji oraz drewniane koraliki i obręcz z wierzbowej gałęzi,
elementy tworzonego przeze mnie pająka żyrandolowego, fot. własna

Już od dłuższego czasu interesuję się etnografią i folklorem, co ma związek z dziejami mojego wielokulturowego rodu, ale zaczęło się od obserwacji otoczenia, w którym dorastałam. Mieszkam na Lubelszczyźnie, z tym, że w tej części regionu urodziłam się jako pierwsze pokolenie. Do tego miasto, w którym Dziadek kupił dom, też jest na swój sposób specyficzne, taka trochę narośl na zakładach przemysłowych, bo mimo że to miasto było pierwsze, wraz z budową zakładów nastąpił szybki rozwój gospodarczy, co przełożyło się na nagły i masowy napływ ludności z całej Polski, więc i o jakichś charakterystycznych dla samego miasta cechach trudno coś powiedzieć. Oczywiście, ma ono swoją historię, ale – znów – niejednolitą, bo funkcjonowały tu obok siebie wieś rybacka i pałac magnacki, precyzyjnie przedzielone linią drogi Lublin – Radom, i mimo że księżna Izabela interesowała się losem "swoich" włościan (np. w księgach metrykalnych parafii we Włostowicach [kiedyś oddzielna wioska obok Puław, dziś ich część] w aktach chrztów często figuruje jako chrzestna włościańskiego dziecka), to jednak światy te były bardzo różne od siebie. I jakoś więcej znalezionych przeze mnie opracowań historyczno-naukowych dotyczyło tej magnackiej części, nie włościańskiej (może źle szukałam).

Sama pochodzę z rodziny o korzeniach chłopskich, ale przenosiny moich rodziców do miasta jakby skasowały łączność z dawnymi tradycjami, które jednak nagle pojawiały się przy okazji Wigilii, ale tylko w odniesieniu do samej kuchni. No i czasem to sianko pod obrusem, żeby wymienić takie nieco inne zjawisko niż choinka. Wiele lat temu zachodzili jeszcze do nas kolędnicy: grupka chłopaków, podrostków takich, z wyciętą z tektury szopką, chodziła od drzwi do drzwi w wielopiętrowym bloku i śpiewała kolędy. I talerz dla "zbłąkanego wędrowca". Kiedyś nawet przyszedł jeden i został ugoszczony; pamiętam go jak przez mgłę, to był jakiś daleki kuzyn mamy, akurat wtedy w kłopotach.

Ogólnie miałam z jednej strony wrażenie chaosu informacyjnego (ciotka Irka coś tam opowiadała, ale tak piąte przez dziesiąte), z drugiej – potrzebę uporządkowania tego, co wiem, i uzupełnienia tej wiedzy o wszystko to, czego nie wiem. I w tym roku kupiłam sobie na gwiazdkę książki w tym temacie: Słowiański przewodnik po świętowaniu Anny Stasiak oraz Rok dawnych tradycji Natalii Noszczyńskiej i Sebastiana Łuczywo.

Ta pierwsza pozycja to istna kopalnia wiedzy. Autorka prowadzi czytelnika przez cały cykl roczny, zaczynając od jesieni, i krok po kroku omawia każdy znany nam współcześnie obrzęd, czyli Dziady, potem wróżby andrzejkowe (a jak dowiadujemy się z książki, nie tylko na św. Andrzeja wróżono), okres Bożego Narodzenia, czyli Szczodrych Godów, itp., itd. Przypisy w tej książce są jednocześnie bibliografią i zajmują sporo miejsca na końcu książki. Nawiasem mówiąc, wyłuskałam z nich kolejną pozycję, którą też kupiłam: Kuchnia Słowian, czyli o poszukiwaniu dawnych smaków Hanny Lis i Pawła Lisa (czeka w kolejce do czytania). Książka Anny Stasiak to, mówiąc krótko, "samo mięcho", ale napisana tak dobrym językiem, że czyta się ją jednym tchem.

Pająk żyrandolowy produkcji własnej
Natomiast druga z wymienionych wyżej książek nosi podtytuł Zwyczaje, ozdoby i rytuały do odkrycia na nowo. To dzięki niej udało mi się samodzielnie zrobić pająka żyrandolowego! Książka ta, jak czytamy we Wstępie, jest zaproszeniem dla dzieci i ich rodziców do wspólnej lektury, rozmowy o tym, co było, i do wspólnego tworzenia poszczególnych ozdób związanych z danym momentem w roku. Bohaterowie to rodzeństwo, Jagna i Antek, na co dzień mieszkające w mieście. Mają oni dziadka i babcię żyjących gdzieś na wsi i to od nich dowiadują się o zwyczajach często dziś już zapomnianych. W przygodzie odkrywania tego, co było kiedyś, towarzyszy dzieciom szalenie sympatyczny, puchaty stworek (którego też można samodzielnie wykonać). Opowiada on o pająkach, które robiono m.in. ze słomy, bibuły i koralików, o maskach kolędniczych, wspólnie z dziećmi robi kukłę Marzanny i gaik, a także maluje pisanki. W książce jest nawet przepis na kołacz świąteczny. Całość jest przepięknie ilustrowana przez Natalię Noszczyńską, a przy każdej ozdobie, masce, wycinance itp. jest instrukcja wykonania krok po kroku wraz z rysunkami – po prostu cudo! Urok tej książki tkwi też i w tym, że można do niej wielokrotnie wracać, co osobiście szalenie lubię.

Obie te książki bardzo gorąco polecam: teraz zaczyna się czas kolędowania i zapustów, potem przyjdą kolejne miesiące, niosące ze sobą swoje tradycje i obrzędy, a myślę sobie, że warto je znać. Ostatecznie jest to spuścizna po Tych, którzy byli przed nami.

22 grudnia 2025

Rozmyślania przy ubieraniu choinki, czyli skąd się wzięła genealogia w moim życiu i co mi dała?

Przed nami czas świętowania – jedni za kilka dni będą witać Dzieciątko Jezus, inni zaś wczoraj już powitali nowy cykl, zaczynający się od przesilenia zimowego, kiedy to światło wygrywa z ciemnością – a mnie się zebrało na swoiste podsumowanie: skąd ta genealogia i po co mi ona w ogóle?

Od tzw. "zawsze" słyszałam historię o moim dziadku Antku, nieślubnym dziecku niejakiej Urszuli, o której nikt niczego nie wiedział poza tym, jak się nazywała. No i powtarzano tę historię o eleganckiej pani, która przyjeżdżała bryczką do ludzi, którzy Dziadka wychowywali, i przywoziła im pieniądze. Spekulowano, że była z Warszawy. No i Dziadek miał się urodzić w Szpitalu Dzieciątka Jezus, w Warszawie właśnie.

Drugą opowieścią była ta o przeprowadzce dziadka Bronka i babci Walerii z dziećmi i dobytkiem na Ziemie Odzyskane. To, jak o tym opowiadano, żywcem przypominało sceny z filmu Sami swoi, kiedy to rodzina Pawlaków jedzie bydlęcym wagonem na zachód ziem polskich. Zgadzało się nawet to, że Babcia, tak jak filmowa Pawlakowa, była w ciąży, tyle że swojej Babcia przez trudy podróży jednak nie utrzymała. 

W tym wszystkim było jeszcze moje zainteresowanie historią jako taką, choć w pewnym momencie edukacji szkolnej doszłam do wniosku, że to jest zwyczajnie niemożliwe, żeby historia ludzkości zawierała się tylko w podbojach, wojnach i kryzysach gospodarczych. A że mieszkam w Puławach, mieście, o którym z zaskoczeniem przeczytałam w podręczniku do nauki języka polskiego dla I klasy liceum ogólnokształcącego, że w okresie około rozbiorowym było nazywane Atenami Północy, że prężnie działał tu wtedy ośrodek kulturalno-polityczny, konkurencyjny dla stolicy, z księstwem Czartoryskimi na czele, że księżna Izabela założyła w nim pierwsze muzea na ziemiach polskich – moje zainteresowania historyczne cokolwiek zmieniły kierunek. Zaczęłam czytać książki o historiach różnych rezydencji magnackich, o tym, w czyim były posiadaniu, kto i kiedy je dziedziczył: w pewnym momencie miałam naprawdę dobre rozeznanie w koligacjach i drzewach genealogicznych interesujących mnie rodzin arystokratycznych i szlacheckich. Przeplatało się to z czytaniem biografii literatów, artystów, osób, które w jakiś sposób zaistniały w pamięci ludzkiej. 

Cały czas jednak chodziła za mną historia dziadka Antka, której nijak nie mogłam ugryźć. Napisałam do człowieka, który opracowywał drzewo genealogiczne rodziny noszącej nazwisko mojego dziadka i jego matki, a który znalazł akt urodzenia innego dziecka Urszuli (w sumie nawet nie wiadomo, czy tej samej), niezamężnej służącej z Warszawy, ale powiązania między nią a tym rodem (który notabene zamieszkiwał okolice Łomży i nadal są tu jego potomkowie) nie znalazł, po czym kontakt się urwał. Potem pisałam do Archiwum Głównego Akt Dawnych w Warszawie, ale odpowiedziano mi, że nie mają żadnych danych na temat osoby Antoniego. W tzw. międzyczasie dołożył mi roboty wujek ze strony mojej matki. Na pogrzebie ich stryja, brata dziadka Bronka, poopowiadał mi i o rodzinie Dziadka i jego zmarłego brata, że przybyli spod Bydgoszczy, że z kolei rodzina babci Walerii wywodzi się spod Włocławka, że jej matka nosiła nazwisko Gładkiewicz i że urodziła się we wsi Kozy. I że po rodzinie "plątał się" jakiś Francuz.

A potem poznałam mojego męża, po czym okazało się, że jego siostra robiła drzewo genealogiczne ich rodziny i to ona powiedziała mi, z jakich narzędzi korzysta. I wtedy ruszyło. Wsiąkłam. Mogę powiedzieć, że jedyne, czego nie udało mi się jak dotąd zweryfikować, to ten Francuz ;-)

Najintensywniejsze poszukiwania robiłam akurat w okresie pandemii i może dzięki temu nie odczułam aż tak skutków izolacji. Ale też odnajdywanie kolejnych nitek pozwoliło mi zobaczyć, jak niesamowite są dzieje rodu, w którym się urodziłam, a przecież jeszcze na pewno wielu rzeczy nie odkryłam. Pamiętam, że przez długi czas miałam w sobie takie uczucie niedopasowania: każdy był "skądś", miał za sobą jakąś historię, korzenie w jakimś punkcie na ziemi, a mnie takiej bazy brakowało. Poszukiwania pokazały mi moje zasoby, ale i to, że życie można budować w każdym miejscu na Ziemi wielokrotnie od nowa: potrafię to robić, bo ci, co byli przede mną, wielokrotnie i właśnie od zera budowali swoje życia.

Toteż ta śliczna piosenka jest o i dla nich wszystkich, którzy byli przede mną.




13 grudnia 2025

Rodzinne migracje

Kiedy dowiedziałam się o tym, że przodkowie mojego dziadka Bronka przybyli na Polesie aż zza Bydgoszczy na przełomie lat 60. i 70. XIX wieku, wyobraziłam sobie, że przyjechali tutaj sami. Ale gdy zaczęłam znajdować coraz więcej dokumentów dotyczących osób nie tylko z rodziny, ale też krewnych i powinowatych, doszłam do wniosku, że była to migracja na szerszą skalę.

Długo nie mogłam pojąć, co ich wszystkich skłoniło, żeby przyjechać akurat w te okolice. Kuzynka Marta, ta odnaleziona dzięki wspólnym przodkom, która mieszka w okolicach Parczewa, utyskuje, że ziemia tam marna, kamienie rodzi – jedna z wsi nosi nawet nazwę Kamień. A przecież prapradziadek Stanisław Matuszewski vel Matusiak, pochodzący spod Włocławka, był jedynym synem swojego ojca, więc można by sądzić, że jemu jednemu przypadała ojcowizna na żyznej kujawskiej ziemi. Z kolei praprapradziadek Szczepan Pilarski, ten zza Bydgoszczy, był szewcem, inni, którzy przyjechali na wschód z tamtych okolic, byli m.in. owczarzami, kowalami, teoretycznie każdy z nich mógł pracować w swoim zawodzie.

Z odpowiedzią przychodzi historia i polityka państw zaborczych dotycząca kwestii uwłaszczenia chłopów. W szczegóły tutaj wdawać się nie będę, ale pokrótce można powiedzieć, że pruskie rozwiązania kosztami uwłaszczenia obciążały chłopstwo, natomiast rosyjska polityka w tym zakresie nie była aż tak dla włościan uciążliwa. Ponadto po upadku Powstania Styczniowego, gdy kibitki ruszyły masowo na Sybir, wywożąc tych, którzy podnieśli rękę na władzę, "nagle" znalazło się mnóstwo niedrogiej w cenie ziemi do kupienia z rozparcelowywanych majątków byłych powstańców. Chętni do kupna przybywali zaś i z Wielkiego Księstwa Poznańskiego, i z Prus Wschodnich, a nawet z Galicji.

Akt zgonu Franciszki z Pilarskich Capikowej
źródło: szukajwarchiwach.gov.pl

Dokładnego roku przenosin Szczepana i jego żony Julianny z Winklerów nie znam, nie wiem, czy zachowały się jakiekolwiek dokumenty mówiące o tym fakcie. Jedyne, po czym mogę wnosić, to miejsca urodzeń ich kolejnych dzieci. Dwaj najstarsi synowie, Antoni i Stanisław, urodzili się (czego dowiaduję się z aktu zgonu tego pierwszego i aktu ślubu drugiego) we wsiach z parafii Szczepanowo powiatu mogileńskiego w dawnym Księstwie Poznańskim. Ale już ich młodsza siostra najprawdopodobniej przyszła na świat w Dębinie w parafii Sosnowickiej, przynajmniej tak jest napisane w jej akcie zgonu. Stanisław urodził się około 1865 roku, natomiast Franciszka – około 1868. Piszę "około", bo pewność zyskam, gdy znajdę odnośne akty urodzenia. Zatem można przyjąć, że Szczepan z Julianną i synami przenieśli się na Polesie między 1865 a 1868 rokiem. Ze Szczepanem przyjechał też jego starszy brat, Bartłomiej, nie ustaliłam, sam czy z rodziną. W Sosnowicy w 1889 roku wziął ślub z panną Konstancją Armacińską, urodzoną w 1868 roku w parafii Janowiec Wielkopolski, której rodzina i liczni krewni o tym samym nazwisku (aczkolwiek w różnych odmianach: Charmacińki, Harmaciński, a nawet Harmata) pojawili się w tych stronach około początku lat 70. XIX w. Rodzina Capików przyjechała być może wcześniej, w akcie zgonu męża Franciszki z Pilarskich Capikowej, Michała, widnieje informacja, że urodził się już tutaj około 1864 roku. Przeniosły się tu też rodziny Chudasiów i Klepaczów, z którymi i Pilarscy, i Matusiakowie wchodzili w związki małżeńskie. Wśród kolonistów przewija się też nazwisko Dyduch, rodziny, która przyjechała w te strony z Żywiecczyzny, oraz Polkowskich (herbu Jastrzębiec), przybyłych tu spod Liwu. Stanisław Matuszewski vel Matusiak z żoną Julianną z Mańkowskich pojawili się w tych stronach później, bo między rokiem 1872 a 1875: w tym ostatnim urodził się mój pradziadek Andrzej już tu, w Mariance, w sosnowickiej parafii. W 1885 roku dojechał zza Bydgoszczy teść Szczepana, Józef Grzegorz Winkler, którego dwaj młodsi bracia jakoś w tym czasie wyjechali z Księstwa Poznańskiego w dokładnie odwrotnym kierunku: przez Hamburg do Ameryki. Sprowadzili potem swoje rodziny, a ich potomkowie nadal żyją w pobliżu miasta Portage w Wisconsin. Józef Grzegorz na pewno przyjechał tu ze starszą siostrą Julianny, Antoniną, natomiast nigdzie nie mogę znaleźć śladów po żonie Józefa, Cecylii z Kujawskich: czy zmarła jeszcze na ziemiach zachodnich i dlatego Józef, niemłody już wtedy, bo siedemdziesięciojednoletni, który został tam sam z córką, zdecydował się na tak daleką (a jednak bliższą niż za Wielką Wodę) drogę?

Oczywiście nie wymieniłam wszystkich rodzin kolonistów, przybyło tu ich naprawdę dużo, jak na nasze wyobrażenie o ówczesnych sposobach komunikacji. Rodziny te trzymały się razem, asymilacja z ludnością autochtoniczną szła chyba opornie, bo na świadków przy różnych okolicznościach: ślubach, zgonach czy chrztach, prosili raczej innych kolonistów niż sąsiadów mieszkających tu z dawien dawna, a dzieci osadników najczęściej wchodziły w związki małżeńskie z innymi dziećmi osadników, np. Antoni Pilarski, syn Szczepana, za żonę pojął Mariannę Czerwińską, urodzoną najprawdopodobniej w okolicach Żnina. O Franciszce, młodszej siostrze Antoniego, pisałam wyżej, choć w tym przypadku oboje byli urodzeni już na wschodzie. Z czasem zaczęło się to zmieniać, część dzieci osadników, urodzona w kolonizowanych wsiach, wiązała się z dziećmi ludności autochtonicznej, jak choćby mój pradziadek Andrzej, który za żonę wziął Katarzynę z Hładkiewiczów, córkę unitów Adama i Febroni z Ilczuków z pobliskiej wsi Hola. Podobnie syn Antoniego i Marianny z Czerwińskich za żonę pojął córkę unitów Bazylego i Marianny (o czym pisałam w poprzednim poście).

Ciekawi mnie, czy istnieje szansa na to, że zachowała się jakakolwiek korespondencja z tamtych czasów. Bo i mnie, i kuzynce Marcie wydaje się bardzo prawdopodobne, że wszystkie te osoby, o których pisałam wyżej, na bieżąco informowały się o sytuacji. Ktoś przecież przyjechał wcześniej, ktoś dojechał później, większość z tych rodzin mieszkała na zachodzie w niedalekiej odległości od siebie, a skoro mężczyźni mieli zawód, nie ziemię, przenosili się coraz to w inne miejsca. No, ale to pewnie moje pobożne życzenie, po tych z górą stu latach papier – jeśli istniały jakieś listy – rozsypał się w proch…

PS. Pisaniu tego wpisu towarzyszył pewien obraz, który tkwi w zakamarkach mojej wyobraźni. Jest to jeden kadr z takiego dość nienowego filmu Far and Away (po polsku Za horyzontem, z 1992 roku, główne role grali Nicole Kidman i Tom Cruise), w którym w jednej z końcowych scen cała rzesza osadników jedzie a to wozami, tymi charakterystycznymi, z tą okrągłą "budą", a to konno, by na wyznaczonym przez władze terenie zająć dla siebie kawałek ziemi, trochę na zasadzie "kto pierwszy, ten lepszy". Oczywiście powyższy tekst pokazuje, że wędrówka na wschód odbywała się etapami, ale nie potrafię opędzić się od tego obrazu.

05 grudnia 2025

Wiele kultur w jednym rodzie

Obejrzałam ostatnio cykl webinarów, przygotowanych przez Stowarzyszenie Twoje Korzenie w Polsce (we współpracy z Muzeum Emigracji w Gdyni), z których jeden traktował o wielokulturowości naszego kraju. I dzięki temu z większą wyrazistością dotarło do mnie, jaką noszę w sobie spuściznę.

Akt ślubu Bazylego Garmola i Marianny Janczuk, moich 2xpradziadków,
z greckokatolickiej parafii w Jabłoniu z dn. 15 listopada 1863 roku
źródło: szukajwarchiwach.gov.pl

O tym, że rodzice matki mojej babki Walerii byli unitami, pisała w swoim liście ciotka-babka Janka z Matusiaków Romanowska. Jakież było moje zaskoczenie, gdy się okazało, że matka dziadka Bronka, Jadwiga z Garmolów, też pochodziła z rodziny grekokatolików. Z jednej strony – ekscytujące, ale z drugiej, niestety, mam dziury w aktach, bo działania caratu zmierzające do likwidacji Cerkwi unickiej przyczyniły się też i do tego, że spora część dokumentów uległa zniszczeniu, o czym pisałam poprzednio. Aktu chrztu prababki Jadwigi nie mam i nie wiem, czy istnieje, znalazłam za to akt ślubu jej rodziców (na zdjęciu powyżej) oraz akt ślubu matki prapradziadka, Marianny z Harasimiuków, która owdowiawszy w 1855 roku, ponownie wyszła za mąż, a także jej akt zgonu z 1868 roku*) z tejże parafii. Dzięki tym dwóm dokumentom wiem, że moja 4xprababka nosiła imię Anisja, a 4xpradziadek – Łukian (rosyjski odpowiednik imienia Łucjan). Aktu ich ślubu już nie znalazłam, tak jak nie mam aktów urodzeń rodziców prapradziadka Bazylego oraz aktu zgonu jego ojca, brak mi także metryk urodzeń i zgonów samego Bazylego, jego żony Marianny oraz ich dzieci, które znalazłam tylko dzięki temu, że wstąpiły w związki małżeńskie, zaś jednego bezżennego syna Stanisława udało mi się "wydłubać" z aktu ślubu prababki Jadwigi, gdzie był wymieniony jako jej opiekun.

Mąż Jadwigi z Garmolów, Stanisław, urodził się już tu, w parafii Sosnowica, ale jego ojciec i dziadkowie przyjechali w te okolice aż w ówczesnego Księstwa Poznańskiego. Dziadek Stanisława, Szczepan, przyszedł na świat we wsi Ostatkowska Struga w parafii Łabiszyn. Jego ojciec, Marcin, czy też – jak to widnieje napisane w aktach sporządzanych po łacinie – Martinus, był leśnikiem/gajowym. Może dlatego z tej parafii mam tylko dwa akty urodzeń, Szczepana i jego starszego brata Bartłomieja. Ludzie mający zawód częściej przenosili się z miejsca na miejsce. Dziadek babci Stanisława, Julianny z Winklerów, w dokumentach chrztu swoich dzieci także miał wpisane inquilinus, czyli napływowy obywatel, gościnny – stało w akcie chrztu innego jego dziecka. Ale skąd mógł był przybyć? Winkler to nazwisko dość popularne w tamtych okolicach, co więcej, dokumenty wystawiane dla osób z tym nazwiskiem znajduję w parafiach i katolickich, i ewangelickich. Czy jakaś część moich przodków mogła być wiernymi kościoła ewangelickiego? Co ciekawe, praprababka babci Walerii miała na imię Rozyna, czyli Rozalia, ale w tej pierwszej formie nadawano to imię dziewczynkom wyznania ewangelickiego. O Rozynie z domu Wielgosiak lub Kubicka (pierwsze nazwisko widnieje w jej akcie ślubu, drugie zaś w akcie chrztu jej syna Ignacego, pradziadka Walerii, nie ustaliłam jak na razie, skąd taka rozbieżność) wiem też niewiele, nie znalazłam jej korzeni, pojawia się jako druga żona mojego 4xpradziadka Aleksego Matuszewskiego vel Matusiaka, z którą ten bierze ślub 27 lutego 1813 roku w parafii Strzelce, 11 kilometrów na północ od Kutna. O prababce babci Walerii, Juliannie z Mańkowskich Matusiakowej, i jej kujawskich korzeniach z okolic Kłóbki i Lubienia Kujawskiego pisałam z kolei niedawno w tym tekście.

Peregrynacja jest chyba zapisana w genotypie tej gałęzi mojego rodu, może dlatego dziadek Bronek i babcia Waleria (poza innymi przyczynami) wyjechali na tzw. Ziemie Odzyskane. A potem ich dzieci rozpierzchły się po Polsce. Ja i mój brat jesteśmy lubelakami, bo na Lubelszczyźnie osiadła nasza mama, tak jak jej starsza siostra i jeden z braci. Najmłodsza siostra mojej mamy mieszka na Śląsku, w Zabrzu. Na Ziemiach Odzyskanych zostało dwóch kolejnych braci mamy. To do syna jednego z nich jeździmy ostatnio w każde wakacje na kilka dni.

Dom Dziadków na tzw. Ziemiach Odzyskanych, zdjęcie współczesne, arch. własne

Ale mam jeszcze korzenie po mieczu. Jednak Wieczorkowie (takie nazwisko z domu miała matka mojego ojca) aż tak dalekich tras nie pokonywali, przenieśli się z okolic Przysuchy (pierwszy znaleziony przez mnie akt urodzenia dziecka moich 3xpradziadków Wieczorków z roku 1809 wystawiono w parafii Smogorzów) do parafii Chojnata, czyli o jakieś 70 km, wszystko w obrębie Mazowsza. To dopiero mój ojciec wyjechał na naukę do Henrykowa koło Ząbkowic Śląskich; tam przy Opactwie Cystersów funkcjonowało wówczas Technikum Nasiennictwa. Pracował potem chwilę we Wrocławiu, gdzie poznał moją mamę – tak, ona z Puław nad Wisłą, w których już wtedy mieszkała i pracowała jako pielęgniarka, pojechała do Wrocławia do Studium Nauczycielskiego dla absolwentek szkół pielęgniarskich i tam poznała swojego męża, a mojego ojca. I oboje zdecydowali się zamieszkać na Lubelszczyźnie.

Jedyne, czego brakuje mi do tej układanki, to dane ojca ojca mojego ojca. Dziadek Antek, czyli tata mojego ojca, był dzieckiem nieślubnym, urodzonym podobno w Warszawie. Chyba tylko testy DNA pozwolą mi ustalić cokolwiek…

*) Akt zgonu Marianny z Harasimiuków, córki Łukiana i Anisji z Muchów, wystawiony został dnia 6 grudnia. Prapraprababka Marianna zmarła 4 grudnia 1868 roku we wsi Kolano. Znowu rocznica.

28 listopada 2025

Czy mam jakiekolwiek szanse znaleźć prapradziadka Hładkiewicza…?

Akt urodzenia prababki Katarzyny z Hładkiewiczów Matusiakowej (skan: domena publiczna)

Ostatnio mam jakieś nagromadzenie rocznic – 25 listopada minęło 140 lat od urodzin prababki Katarzyny Matusiakowej. Czy to to mną kierowało, że podjęłam próbę (kolejną…) znalezienia jej rodziców, prapradziadków Hałdkiewiczów?

Od kilku dni przeglądam stare akta osób z tym nazwiskiem. Szukanie jest o tyle skomplikowane, że po przetłumaczeniu na rosyjski, nazwisko Hładkiewicz przybrało formę Гладкевич, a po przełożeniu z powrotem na polski zapisywane było bądź jako Hładkiewicz, bądź Gładkiewicz. Czasem nawet pisano je przez ch, jak to widać na zdjęciu powyżej.

Pierwszy raz z tym nazwiskiem zetknęłam się w wersji Gładkiewicz. Znalazłam odpis aktu ślubu babci Walerii i dziadka Bronka: Katarzyna z Gładkiewiczów była matką Walerii. Wcześniej o Gładkiewiczach wspominał mi nieżyjący już wuj Bogdan; mówił o tym, że Katarzyna pochodziła ze wsi Kozy pod Bielsko-Białą i że pracowała w Białej jako krawcowa/szwaczka. Historię o tym, jak znalazłam akt urodzenia prababki Katarzyny, opisałam tutaj. Ale samo nazwisko, w obu wersjach ortograficznych, przewija się w aktach parafii na Lubelszczyźnie, początkowo w grecko-katolickich, później w prawosławnych, a sporadycznie w katolickich. Wspominałam w którymś z wcześniejszych wpisów, że Katarzyny starsza siostra, Marianna, wzięła ślub w 1889 roku w Rozwadowie, dziś to część Stalowej Woli. Unici często wyjeżdżali na tereny takie jak Kongresówka czy Galicja, żeby móc w kościele katolickim wziąć ślub. W parafii rozwadowskiej znalazłam ostatnio jeszcze jeden akt ślubu (z 1881 roku), tym razem poszukiwane przeze mnie nazwisko nosiła matka panny młodej, Anna z Hładkiewiczów. Czyżby rodzina Adama, mojego prapradziadka?

Żeby jakoś uporządkować zdobytą dotychczas wiedzę o Hładkiewiczach, spisałam wszystkie zebrane akta i podjęłam próbę ułożenia tych fragmentów w jakąś całość (czy wspominałam, że genealogia czasem przypomina robotę detektywistyczną?). Najwięcej dokumentów mam z parafii grecko-katolickiej w Jabłoniu (pod lupę biorę te z połowy XIX w.). Są to głównie akty ślubu, co jest o tyle pożyteczne dla poszukiwacza, że mamy w nich opisane osoby zawierające ślub, miejsca ich urodzenia, imiona ich rodziców, ale też mamy podane nazwiska świadków. Gros z tych akt dotyczy ślubów dzieci niejakiego Teodozego, organisty, i jego żony Tekli z Zacharewiczów. Dowiaduję się z nich, że synowie tej pary, a było ich trzech, byli absolwentami Instytutu Śpiewaków w Chełmie, po czym pełnili funkcje organisty i nauczyciela w różnych parafiach grecko-katolickich: we wspomnianym Jabłoniu, w Międzyrzecu czy w Rudnie (gmina Milanów). Po likwidacji kościoła unickiego pełnili swoje obowiązki w parafiach prawosławnych. Sam Teodozy, jak pisałam wyżej, był organistą, synem Stefana, diaka (w kościołach wschodnich był to kantor, który prowadził śpiewy i znał się na obrządku, pomagał kapłanowi podczas nabożeństwa) w cerkwi w Holi, i jego żony Ahafii (Agaty). Dowiaduję się o tym z  aktu zgonu Teodozego z października 1868 roku. Są też akty ślubów członków, nazwijmy to, drugiej gałęzi Hładkiewiczów – rolników. Mam tu Emiliana, syna Jana, rolnika, i jego żony Barbary z Zinczuków, urodzonego w Holi, a zamieszkałego w Jabłoniu, który tamże w listopadzie 1853 roku wziął ślub z Eufrozyną Tych. Eufrozyna zmarła w 1870 roku, a Emilian ożenił się (nie wiem kiedy, nie znalazłam aktu) z Martą Jaszczuk. Z obu tych związków urodziło się po kilkoro dzieci. Mam jeszcze akty dotyczące niejakiego Michała Michajłowicza oraz – jak sądzę – jego dzieci (pasują mi miejsca i daty) oraz dwóch kobiet, z których każda jest Dmitriewna (siostry?). Wytypowałam akurat te dokumenty ze względu na powtarzające się nazwy wsi: Hola i Opole (Podedwórze). Stamtąd pochodzili "moi" Hładkiewiczowie. Prapradziadek Adam był rolnikiem, tak ma napisane w akcie chrztu swojej córki, z kolei babcia-ciotka Janka pisała w swoim liście, że "sprzedał kawał ziemi", by wyjechać do Galicji. Ale w widniejącym na zdjęciu dokumencie rodzice ojca dziecka to Paweł i Katarzyna Maniak, a nie znalazłam nikogo o tych imionach. Oczywiście, o ile podane dane są prawdziwe. Imię matki Katarzyny to nie Bronisława, tylko Febronia. Siostra Katarzyny, Marianna, wyszła za mąż za Artema Danilczuka, ale w akcie ślubu z Rozwadowa jako imię pana młodego figuruje Marcin. Ciotka-babka Janka w swoim liście opisała to, co opowiadała jej matka, że do walki z wiernymi Cerkwi unickiej angażowano siły wojskowe – czy to mogło spowodować, że nawet będąc poza zasięgiem władz carskich, ludzie nie chcieli ujawniać swoich prawdziwych danych? Inna rzecz, że akta, w których znajdowałyby się poszukiwane przeze mnie osoby, mogły w tych zamieszkach po prostu spłonąć. Z Holi dostępne są – a i to fragmentarycznie – akta z parafii prawosławnej, z unickiej – nie. Zatem aktów ślubu prapradziadków czy urodzin ich dzieci mogę w ogóle nie znaleźć. Choć przecież powinny się zachować wtóropisy, czyli kopie oryginałów. Też przepadły?

Ale są jeszcze akty zgonu. Tylko że i tu nie mogę nigdzie znaleźć prapradziadka Adama. Z Holi do wsi Kozy przez Rzeszów (w Staromieściu pod Rzeszowem chrzczona była prababka Katarzyna) jest, jak pokazuje współczesna mapa, 472 kilometry. Mnóstwo parafii po drodze, a żadnej pewności, że Adam w ogóle dotarł do Staromieścia, bo że nie zmarł w Kozach, wiem na pewno. Hładkiewiczowie w tę trasę nie wybrali się sami: w akcie chrztu Kasi jako chrzestna figuruje Anna, żona Filemona Taratyki: Filemon i Anna Matejczuk pochodzili z Polesia, Filemon urodził się w Holi, a Anna w Uhninie (w akcie ślubu wpisanym jako Ugnin, pewnie zastosowano wymianę ukraińskiego h na polskie g), pobrali się w Radomyślu nad Sanem w 1883 roku, a w latach 1890 i 1891 w Staromieściu ochrzcili dwoje swoich dzieci. Ludwika Mromlińskiego, ojca chrzestnego Kasi, nie znalazłam, choć samo nazwisko pojawia się i na Podkarpaciu, i w małopolskim, ale niczego nie zakładam: mój prapradziadek też gdzieś tu zmarł, a jak na razie jego aktu zgonu nie mam. Z parafii w Kozach mam tylko akt ślubu brata Kasi, Szymona, z 1902 roku i akt zgonu Febroni z 1914r. 

I coraz wyraźniej widzę, że jeśli nie zdarzy się jakiś archiwistyczny cud, prapradziadka Adama mogę w ogóle nie znaleźć…

20 listopada 2025

Dlaczego praprababka nie wyszła za mąż, czyli czysto teoretyczne rozważania etnograficzno-genealogiczne

Akt zgonu prapradziadka Stanisława Matuszewskiego (skan z szukajwarchiwach.gov.pl)

Jakiś czas temu zastanawiałam się nad tym, czemu moja praprababka Julianna z Mańkowskich Matuszewska, która owdowiała w wieku 39 lat, nie wyszła ponownie za mąż, co było częstą praktyką, zważywszy, że owdowiała kobieta nierzadko zostawała sama z gospodarstwem i małymi dziećmi. Tak było w przypadku praprababki: prapradziadek Stanisław był rolnikiem, jak napisano w akcie zgonu wystawionym dnia 24 kwietnia 1879 roku, co oznacza, że kawałek swojej ziemi posiadał. W chwili jego śmierci najstarszy syn miał niespełna 14 lat, a najmłodsza córka – dwa. Nawiasem mówiąc, nie udało mi się ustalić, czy ten syn, Jan Nepomucen, wszedł w związek małżeński. Na cmentarzu w Sosnowicy leży w pojedynczym grobie, co oczywiście nie musi niczego oznaczać, ale nie mam też żadnych aktów małżeństw osób, dla których był ojcem. Może zmarł bezdzietnie? Ale wracając do głównego wątku: poza Janem Nepomucenem i tym najmłodszym dzieckiem, córką Konstancją, było jeszcze czworo dzieci: Józef (12 lat), Wiktoria (10 lat), Jan (7 lat) i Andrzej, mój pradziadek (4 lata). I tak, to nie błąd, w jednej rodzinie było dwóch synów o imieniu Jan, co wcale nie ułatwia genealogowi sprawy, ale imiona na ogół nadawał dzieciom ksiądz na podstawie kalendarza liturgicznego, a z tym się najwyraźniej nie dyskutowało.

Zatem praprababka była w trudnej sytuacji. Nie mam pojęcia, jaki odziedziczyła majątek, czy było ją stać, żeby po śmierci męża nająć jakiegoś parobka. Czternastolatek w tamtych czasach był już nawykły do roboty w polu, ale czy sam dawał radę wszystkiego doglądać? Matuszewscy, którzy przyjechali pod Sosnowicę z okolic Lubienia Kujawskiego w połowie lat 70. XIX wieku, nie przybyli tu sami. Z Julianną przeniósł się tu też jej starszy brat Maciej Mańkowski z dziećmi, który owdowiał (nie wiem kiedy, nie dotarłam jeszcze do aktu zgonu jego żony Katarzyny) i ponownie ożenił się już w Kąkolewnicy w 1876 roku, a w 1878 r. w Górkach, w sosnowickiej parafii, urodziło mu się pierwsze dziecko z drugiego małżeństwa. Z Maciejem przyjechało w te strony na pewno pięcioro dzieci (nie udało mi się ustalić, co się stało z najstarszą córką), które tu dorosły i pozakładały rodziny. Najstarszy z tej piątki, Józef, był od kuzyna Jana Nepomucena starszy o dwa lata. Może on pomagał ciotce w gospodarstwie?

Odpowiedź na pytanie, czemu Julianna ponownie nie wyszła za mąż, kryć się może gdzie indziej. Trafiłam ostatnio na Dzieła wszystkie Oskara Kolberga, przy czym lekturę zaczęłam od tomu Lubelskie, bo przecież administracyjnie Sosnowica i okolice należą do tego właśnie województwa. Ale po rozmowie z kuzynką, mieszkającą w Kodeńcu (dowiedziałyśmy się o sobie w dość niecodzienny, jak dla mnie, sposób: otóż w pierwszym roku pandemii napisała do mnie obca osoba z pytaniem, czy administruję drzewem rodziny o takim to a takim nazwisku, po czym okazało się, że mamy wspólnych praprapradziadków i w sumie jesteśmy skuzynowane), zaczęłam czytać tom Chełmskie, ponieważ w okolicach od Włodawy na wschodzie do Ostrowa Lubelskiego na zachodzie oraz od Horodyszcza i Rozwadówki na północy do Cycowa i Sawina na południu noszony był strój podlaski z okolic Włodawy (można o nim poczytać tutaj). Sosnowica i wsie, w których rodzili się członkowie mojego rodu, leżą centralnie w środeczku tego obszaru.

Oskar Kolberg, Dzieła wszystkie, tom 33, Chełmskie cz. I, źródło: www.polona.pl

A potem, już z własnej inicjatywy, sięgnęłam po Kujawy. I wywnioskowałam, co następuje: Kujawy to był bogaty region, i gospodarczo, i kulturowo – i bardzo odmienny od Podlasia.

Oskar Kolberg, Dzieła wszystkie,
t. 3, Kujawy cz. I, źródło:
www.polona.pl
Stanisław i Julianna, którzy z nieznanych mi na razie (i pewnie w ogóle) powodów przyjechali na wschód, wychowali się w innej kulturze pracy, mówili inną polszczyzną, byli katolikami, mieli kujawskie korzenie i tradycje. Natomiast jak wynika z zapisanych przez Kolberga obserwacji na temat mieszkańców terenów niedaleko Włodawy, była to w większości ludność ruska, posługująca się tzw. chachłacką mową (tu można o niej poczytać), należąca do Cerkwi unickiej lub prawosławnej, nieprzemęczająca się w pracy, różniąca się strojami – co świetnie obrazują ryciny przedstawiające mieszkańców obu tych regionów – i zapewne tradycjami stołu, nie wspominając o tzw. kulturze picia alkoholu. Oskar Kolberg mocno ubolewa w swoich tekstach nad tym, że alkohol, tak powszechnie używany przez wszystkich, bo i kobiety od niego nie stroniły, ale był też ważnym elementem niektórych obyczajów, m.in. zrękowin, swatowie mieli konkretne przyśpiewki o wódce – otóż że przez tę wszechobecność alkoholu tak duża jest skala pijaństwa na wsi. Szczególnie dawało się ono zaobserwować na wschodnich i południowo-wschodnich terenach ziem polskich, a właśnie Kujawiacy zrobili na Kolbergu dobre wrażenie, bo ten alkohol, chociaż obecny, nie był przez nich nadużywany.

Doszłam więc do wniosku, że Kujawiacy na ziemi włodawskiej przeżyć musieli niezły szok kulturowy (koloniści w ogóle woleli trzymać się razem) i być może praprababka Julianna zwyczajnie nie miała ochoty na powtórne zamążpójście, bo zwyczajnie nie widziała dla siebie kandydata. Zmarła 17 listopada 1919 roku, po wielkiej wojnie, po której szalał tyfus i zabrał wielu ludzi, m.in. ją samą i jej córkę, Konstancję, podówczas czterdziestodwuletnią, a wiele osób go przechorowało, jak choćby Julianny wnuczka Waleria, czyli moja późniejsza babcia.

Ciekawe, czy to możliwe, że Julianna sama chciała, żeby ten wpis powstał? Zaczęłam go pisać w 106 rocznicę jej śmierci…

30 października 2025

Dziadek Antek

Dom mojego pradziadka Józefa Wieczorka, malarz nieznany, arch. rodzinne

Na fali lektury Stefci wróciłam do Chłopów Reymonta. Przyznaję, że w liceum tej akurat lektury nie przeczytałam, filmu, który moja ciotka z nami mieszkająca namiętnie oglądała (każdą powtórkę z takimi samymi wypiekami na twarzy), nie lubiłam, choć poszczególne wątki znałam, ale to akurat nie zmieniało mojego podejścia na lepsze; jakoś nie czułam tego świata. Odrzucał mnie on wręcz, taki bezwzględny, jak wtedy myślałam, okrutny nawet, ta wieczna walka o ziemię, o każdy grosz (z perspektywy czasu widzę, że w tym podejściu do spraw materialnych blisko mi do Emilii Korczyńskiej ☺), ta taka jakaś zajadłość, zawiść, którą w swoich postawach pokazywali bohaterowie tej powieści – trudno mi było to zrozumieć i przyjąć.

Chłopów po raz pierwszy przeczytałam za sprawą niejakiej Wiktorii Korzeniewskiej prowadzącej bloga slavicbook (na Instagramie jest pod tą samą nazwą), która w związku ze zbliżającą się premierą filmu*) opartego na motywach tej powieści zorganizowała na swoim instagramowym kanale wspólne czytanie Reymonta. Uznałam, że to może i dobry moment, żeby osobiście poznać to dzieło.

Ponieważ zdecydowana większość z nas samą treść książki zna, nie będę pisać tu jej recenzji. Mnie w tej powieści uderzyło coś, co na ogół nie jest przedmiotem analizy na lekcjach języka polskiego. To historia parobka Borynów, małego Witka. W jednej z pierwszych scen Boryna, wyklinając na chłopca za to, że mu krowę "zmarnował", nazywa go "znajdkiem" i "pokraką warsiaską". Gdy w jakiś czas potem malec idzie do kościoła dać na wypominki, opowiada towarzyszącemu mu Kubie, co zapamiętał z czasu, kiedy go Kozłowa zabrała z Warszawy na wieś. Cała kolejna scena, kiedy to Witek ciśnie się wraz z innymi wiernymi do stołu, przy którym organista i jego syn, Jasio, spisywali imiona zmarłych i pobierali "co łaska" na mszę za nich, a on, sierota, nie wiedział, jak mieli na imię matula i ojciec, jak zastanawiał się, czemu inni mają rodziców, a on sam jak ten palec na świecie, jak wreszcie został odepchnięty przez tłum i przycupnął w kąciku i zaniósł się płaczem – to jest ten moment, kiedy i mnie głębokie wzruszenie ogarnia: i nad niedolą fikcyjnej postaci, ale i nad tym, co mógł był przeżywać mój dziadek Antoni, też wychowywany przez obcych ludzi.

Dziadek Antek i Babcia Jasia z moim ojcem

Urodził się on w 1894 roku, tak przynajmniej miał wpisane w dokumentach. Według wielokrotnie powtarzanej w rodzinie historii, miał być wzięty z ochronki przy Szpitalu Dzieciątka Jezus. Ochronka ta, a obecnie Dom Dziecka nr 15 im. ks. Baudouina, to początkowo był Szpital podrzutków imienia Dzieciątka Jezus założony w Warszawie w 1736 roku. Francuski ksiądz misjonarz Gabriel Piotr Baudouin stworzył to miejsce wraz z Siostrami Miłosierdzia, by objąć opieką porzucone i osierocone dzieci. Początkowo zakład ten mieścił się na Krakowskim Przedmieściu, później na placu Wareckim, gdzie został przekształcony w Szpital Generalny, a zakład opiekuńczy był jednym z oddziałów szpitala. Można tam było anonimowo pozostawić dziecko, chociaż w XIX-wiecznych zapisach aktów chrztu przyjmowanych do placówki dzieci w niektórych z nich widnieje imię matki dziecka. Dzieckiem przyjętym do tego szpitala był pierwszy mąż mojej prababki Anny z Owczarków (późniejszej Józefowej Wieczorkowej), Jan Czapliński, urodzony w Warszawie w 1871 roku z matki "niewiadomej". Natomiast danych mojego dziadka archiwum obecnie działającego Domu Dziecka nie posiada, z czego wniosek, że jednak jego matka sama znalazła ludzi, którzy za stosowną opłatą dali mu wikt i opierunek. Na szkołę już zabrakło, bo z tego, co mi mówiono, wynika, że dziadek sam nauczył się czytać już jako dorosły, ale pisać do końca życia nie umiał. Czy rzeczywiście tak był traktowany jak Witek – nie wydaje mi się. Co nie zmienia faktu, że zadra w nim tkwiła, o swojej matce nie chciał wspominać i podobno strasznie mu się nie spodobało, gdy jedna z jego córek swojej córce dała na imię tak, jak miała jego matka – Urszula.

Dziadek Antek

Historię dziadka Antka znam – na razie – bardzo wyrywkowo. Wiem, że zanim ożenił się z moją babcią, był żonaty z Marianną, która niedługo potem zmarła, miała niespełna 24 lata. Z moją babcią, córką gospodarza na miarę książkowego Boryny – pradziadek Józef miał i gospodarstwo, i zatrudniał komorników, którzy tam pracowali, i był cieślą i "budował domy", i nawet pisać potrafił (nieczęsta w tamtych czasach umiejętność) – wzięli ślub w październiku 1925 roku, a w styczniu kolejnego urodziła się im pierwsza córka, Józefa. Wieść rodzinna głosi, że ojciec babci wcale nie pragnął mieć takiego zięcia: nie dość, że wdowiec, to jeszcze taki znikąd i bez pieniędzy. To babcia się na Antka uparła, a skoro nie dało się inaczej, postawiła swojego rodzica przed faktem dokonanym (sposób stary jak świat). W kilka lat potem urodziły się dwie kolejne córki, Krystyna w marcu 1931 roku i Irena (wspomniana tu na początku) w październiku 1933 roku. Mój ojciec urodził się już po wojnie, w sierpniu 1947 roku. Dziadek z babcią przez pewien czas mieszkali w domu rodzinnym babci (tym namalowanym przez nieznanego mi artystę), dopiero po wojnie dziadek postawił dom, który stoi do dziś. 

Dom Dziadka Antoniego i Babci Janiny

Dalsze losy Dziadka opiszę już po tym, jak przepytam te z jego wnucząt, które miały możliwość go poznać ☺

*) Chłopi (2023), reż. Dorota Kobiela, Hugh Welchman

29 października 2025

Dawnego świata czar

Przeczytałam ostatnio przepiękną (przynajmniej w moim odczuciu) książkę Elżbiety Koweckiej W salonie i w kuchni. Opowieść o kulturze materialnej pałaców i dworów w XIX w. Jak się można domyślić, sądząc z podtytułu, nie jest to stricte historia, tylko historia, którą fascynowałam się od dawien dawna – mówiąca o tym, jak się kiedyś żyło, ubierało, co jadło i jak spędzało czas.

Zabawna rzecz, bo książkę tę kupiłam nie pamiętam kiedy i gdzie, stała sobie cichutko na półce, czekając na swój moment, aż została "wywołana do tablicy" przez Autorkę Stefci, Joannę Adamek. Zapytana przez jedną z obserwatorek konta Muzeum Zamoyskich na Instagramie, czy poleciłby jakieś książki, które byłyby związane z czasami, w których rozgrywa się akcja miniserialu o służącej Stefci, pani Joanna wymieniła m.in. właśnie tę. Zaskoczona i niepewna, czy mnie pamięć nie zawodzi, sprawdziłam na półce i okazało się, że mam! A że czasu (z racji rekonwalescencji) też mam teraz sporo, nie mieszkając zabrałam się do lektury.

W swojej Opowieści Elżbieta Kowecka przeprowadza czytelnika nie tylko przez kolejne pomieszczenia dawnego dworu czy pałacu, ale też pokazuje, jak to otoczenie zmieniało się w ciągu całego tego stulecia. Jak amfiladowy układ pomieszczeń (czyli z jednego pokoju przechodzimy do kolejnego, potem do następnego itd.), w którym ciężko było o niewielki choćby poziom intymności, zaczęto z czasem przekształcać tak, że powstały korytarze, małe buduarki, saloniki i sypialnie. Jak ogrzewano tak duże przestrzenie, jak je ozdabiano i czym, jakie były trendy i mody w sztuce dekoratorskiej. Jak zmieniało się pomieszczenie kuchenne i czy znajdowało się w budynku dworskim/pałacowym, czy może nie. Jak w ogóle wyglądała sama kuchnia. Na rycinie obok przedstawiono kuchnię z początku XIX wieku; kuchnie z fajerkami, które może ktoś jeszcze kojarzy z wakacji u babci na wsi, to wynalazek 2 poł. XIX w. Idźmy dalej: kto pracował w takiej kuchni i czym zajmował się np. kredencarz. Co wtedy jadano, jak przyrządzano potrawy, jak przystrajano stoły – kiedy już pokój jadalny pojawił się na planie dworu/pałacu, i gdzie w takim razie jadano wcześniej, skoro nie było takiego pokoju "od zawsze".

Sporo uwagi poświęca Autorka temu, jak urządzano niegdyś przestrzeń mieszkalną, jakimi meblami się otaczano i skąd je pozyskiwano. Omawia różne trendy zarówno aranżacji przestrzeni, jak i w zdobnictwie czy ubiorze. Często sięga do zachowanych z tamtych czasów rejestrów wydatków, które dla historyka zajmującego się tematem kultury materialnej są kopalnią wiedzy na temat tego, na co i ile przeznaczano funduszy, jak w ogóle robiono zakupy dla tak ogromnej czasem rzeszy ludzi – mówimy tutaj i o mieszkańcach dworu czy pałacu, i o tych, którzy całą machinę dworską/pałacową wprawiali w ruch, począwszy od kawiarki, czyli kobiety, która zajmowała się przyrządzaniem kawy, poprzez służące, garderobiane, lokai, kucharzy i kuchcików, przez praczki, stangreta, aż po osobę, która parała się noszeniem wody potrzebnej w kuchni. Z niedużą przesadą rzec by można, że każdy taki dom był małym przedsiębiorstwem, działającym w sposób bardzo żywy i czasem wręcz spontaniczny, acz zorganizowany, gdy np. przyrządzano ogromne fety na cześć licznych gości, jubilatów czy innych osób mających jakieś swoje święto. Autorka cały rozdział poświęca temu, jak organizowano sobie czas wolny, jak się bawiono, z jakim niemal nabożeństwem traktowano gości, szczególnie w dworach czy pałacach leżących w dużych odległościach od miast, przytacza opisy źródłowe co głośniejszych wydarzeń towarzyskich. Wspomniane rejestry wydatków często zawierały też spis wyprawy ślubnej, jaką rodzice dawali wychodzącej za mąż córce – i tu poczułam się zaskoczona, bo poza spodziewanymi sukniami czy pantofelkami, które młodej mężatce miały starczyć na lata, a więc trzeba było utrafić z fasonem tak, żeby zbyt szybko nie wyszedł z mody, panna w wyprawie dostawała zastawę stołową, meble, a nawet… ściereczki.

Czytając tę książkę, można sobie także zrobić porównanie, jak inaczej wyglądają nasze dzisiejsze domy, o ile łatwiej mamy dzięki różnym udogodnieniom (światło elektryczne, bieżąca ciepła woda, gaz czy prąd w kuchni, środki czystości, kosmetyki), wynalezieniu sprzętów (pralki, lodówki, zmywarki, odkurzacza czy choćby tak opatrzonego wyposażenia łazienki i toalety), o ile prostsze są współczesne nam ubrania! O ile też łatwiej nam się komunikować, spotykać, chociaż nie wyobrażam sobie urządzenia takiej niespodzianki i dla tylu gości, jak to np. zrobiła Izabela ks. Czartoryska (a miała ona niewyczerpany zasób pomysłów; zaintrygowanych odsyłam do lektury ☺). Dużo łatwiej nam się przemieszczać, z jednej strony dlatego, że mamy inne środki lokomocji, ale też dlatego, że – najzwyczajniej w świecie – mamy nocą oświetlone ulice.

A jednak podczas tej lektury z lekką nutką nostalgii czytałam o tych wszystkich batikach, koronkach, jedwabiach, indyjskich szalach, tureckich namiotach, garnirowanych przybraniach do konsolek czy łóżek, atłasowych pantofelkach czy rękawiczkach. Jedno jest pewne: i wtedy, i teraz potrzebne były i są na wszystko pieniądze, czasem bardzo dużo pieniędzy. W przeciągu tych niemal dwóch setek lat zmieniły się nam potrzeby, ale ta jedna pozostaje wspólna. I sądząc po opisach tego, ile i jak jedli nasi poprzednicy, a szczególnie jakie ilości trunków spożywali, można dojść do wniosku, że dekoracje wprawdzie inne, ale ludzie ci sami. Niemniej do lektury tej Opowieści serdecznie zachęcam, bo napisana jest potoczystym językiem i wciąga niczym powieść, nie ma w niej nic z naukowego zadęcia, przez co w bardzo przyjemny sposób można poznać tę stronę historii, o której wcale (jaka szkoda!) nie mówi się na lekcjach w szkole.

26 października 2025

Duchy przeszłości

 

Dom Dziadków, widok od strony bramy wjazdowej

Obejrzałam dzisiaj nagranie tej rozmowy (polecał ją Mariusz Szczygieł), toczącej się wokół książki Karoliny Ćwiek-Rogalskiej Ziemie. Historia odzyskiwania i utraty, i pomyślałam, że to też jest rzecz o historii mojej rodziny. Nie chcę powtarzać treści tego mojego wpisu, ale dopowiedzieć to, czego tam nie napisałam.

Pamiętam, jak wujek Stasiek, który pozostał na ziemi, którą mój Dziadek dostał od władz PRL, lokujących przesiedleńców z różnych części ziem polskich na tzw. Ziemiach Odzyskanych, odetchnął z ulgą, gdy w latach 90-tych XX w. oficjalnie uznano wytyczoną w 1945 roku zachodnią granicę kraju i widmo wysiedlenia potomków przesiedleńców znikło. Ale słyszałam historie ludzi, mieszkających na tamtych terenach, którzy "pod ręką" zawsze mieli spakowane walizki – na wszelki wypadek. I – z drugiej strony – opowieści rodzinne, jak to w tym majątku po niemieckim bauerze, w stodole, był taki niepasujący do otoczenia kopiec, a w nim – jak się okazało po rozkopaniu go – schowane różne naczynia: talerze porcelanowe, filiżanki, spodeczki, dzbanuszki do parzenia herbaty, sosjerka, sztućce oraz inne przedmioty domowego użytku, w tym garnek, w którym było masło – jakby wszystko było przygotowane na powrót prawowitych właścicieli. Gdy byłam dzieckiem, opowieści te były dla mnie niczym historie o znajdowaniu skrzyń ze skarbami. Potrzeba było czasu i mojej dojrzałości, żebym spojrzała na to z innej perspektywy. Przyznam, że był moment, kiedy poczułam się winna tego, że moja rodzina żyła kosztem kogoś, komu dano zapewne kilka, może kilkanaście godzin na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy i natychmiastowy wyjazd. Sądząc po tym garnku z masłem, chyba do końca nie wierzyli, że już nigdy tu nie wrócą…

Cieszę się, że są ludzie, którzy zajmują się tym tematem, piszą książki o tych, którzy zamieszkali tam, gdzie wcześniej mieszkali inni, o ich odczuciach, wspomnieniach. Rozmowa, której dziś wysłuchałam, pozwoliła mi spojrzeć na to zagadnienie z nowej perspektywy.

PS. Na zakończenie rozmowy jej uczestniczki poleciły jeszcze inne tytuły książek, zarówno fikcyjnych, jak i reportaży, które dotyczą tematu "Ziem Odzyskanych". Myślę, że będę tu o nich pisać.

16 października 2025

Śliczna opowieść o zwykłym życiu

Przychodzę dziś z opowieścią o ślicznej książce. Napisana przez Joannę Adamek powieść Stefcia jest historią ściśle związaną z miniserialem, o którym tu już kilkukrotnie wspomniałam. Produkowany własnym sumptem, tylko z wpłat widzów, serial o życiu służby dworskiej na przełomie XIX i XX wieku w chwili pojawienia się w social mediach w kwietniu ubiegłego roku miał promować Muzeum Zamoyskich w Kozłówce. Projekt jednak zdobył tak duży rozgłos, że ostatecznie jego bohaterowie zaludnili karty książki.

Opowieść przenosi nas na lubelską wieś z początku XX wieku. Poznajemy samą Stefcię z czasów, gdy jeszcze nie pracowała w hrabiowskim majątku, jej rodzeństwo, ojca, sąsiadów, zaglądamy do chałupy, w której urodziła się i mieszkała. Przyglądamy się jej zajęciom i pracy, jaką co dzień wykonywała w domu i obejściu, widzimy, co i jak gotowała rodzinie i jak się ubierała. Dowiadujemy się, jak trafiła na służbę, oglądamy jej oczami przepych magnackiego pałacu, wraz z nią zapoznajemy się z jego mieszkańcami i ich historiami, a nawet problemami. Autorka powieści ma niezwykły dar opowiadania, obrazy, które maluje słowami, czytelnik z łatwością może wystawić sobie przed oczami wyobraźni. Mamy tu i humor zawarty w opowiastkach bohaterów, i sytuacyjny, i sceny wręcz sensacyjne, ale i takie, które zapierają w piersi dech ze wzruszenia. O rzeczach delikatnych Autorka opowiada, pięknie dobierając słowa. Postacie, które kreuje, pokazują czytelnikowi cały wachlarz cech i emocji czysto ludzkich: są oni i mądrzy, i nieidealni jednocześnie, wrażliwi i empatyczni – a za chwilę gotowi zranić, gdy sami zostali zranieni i nie potrafią tej krzywdy w sobie pomieścić.

Żeby wiarygodnie przedstawić realia tamtych czasów, Autorka – o czym zresztą sama pisze w słowie Od Autorki – przewertowała mnóstwo książek; o niektórych z nich już tu pisałam, a recenzja kolejnej pojawi się, jak tylko skończę ją czytać (odłożyłam ją bowiem na moment, Stefcia nie mogła czekać). Ale historia, którą nam przedstawia, w żaden sposób nie powiela znanych skądinąd wątków. I mimo, że sama zarzeka się, że nie potrafi pisać (kilkukrotnie powtórzyła to w czasie promującego książkę spotkania autorskiego, które można obejrzeć tutaj; bardzo polecam, bo przy okazji widać też i to, jak świetnie zgrany jest ten zespół ludzi tworzących serial), to jednak jej twórczość (nie bójmy się tego słowa) przenosi nas do miejsca jakby zatrzymanego w czasie, do zapachów wsi, zbóż, deszczu, do krajobrazów pełnych słońca, do ciepła czerwcowych wieczorów albo tych spędzanych przy rozpalonym w kominku ogniu, do świata, gdzie czas płynął dużo wolniej i w którym my, dzisiejsi, możemy choć na chwilę swobodniej odetchnąć.

Fotosy z książki Stefcia


03 października 2025

Jesiennie

 

Widok na zarośla nadwiślańskie z brzegu w Nasiłowie
Tyle planów miałam na wakacje, a wyszło po swojemu. Nie, żeby źle, ale podróże, które udało nam się odbyć, wiodły w kierunkach północnym i zachodnim, Lubelszczyzny zaś nie pozwiedzaliśmy. No, chyba żeby wliczyć wyprawę do Białej Podlaskiej w tamten weekend, ale nie była to bynajmniej wycieczka, cel był stricte zdrowotny: w tamtejszym szpitalu miałam operację haluksa. Ale pomijając okoliczności, widoki za oknem były śliczne, szczególnie że do Białej jechaliśmy w pięknym, jesiennym słońcu. Powrót był mniej urokliwy, padało, ale tym bardziej odczułam melancholię tamtych krajobrazów.

Natomiast w wakacje były Mazury (pod koniec czerwca), a nawet Warmia – pojechaliśmy jeszcze w okolicach majówki do znajomych, Marty i Łukasza, w okolice Iławy, w połowie czerwca pojechałam tam sama, przy czym wracając, zahaczyłyśmy z Martą o… Gdynię, gdzie miałam sesję zdjęciową! Taki pomysł na celebrację zbliżającego się jubileuszu moich urodzin mieliśmy z moim mężem. Przygoda to była niesamowita, a jej ciągiem dalszym była nasza wspólna sesja w sierpniu – pojechaliśmy oboje wraz z Martą do Gdyni do tego samego studia. Tydzień później pojechaliśmy w Lubuskie na cztery dni, a potem jeszcze na "nasze" Mazury. Niestety, pogoda się zbiesiła, padało, wiało i było zimno, tak że skróciliśmy nasz pobyt nad Nidzkim, na domiar wszystkiego dopadły nas kłopoty z samochodem (wysiadła klima…), więc przejazdów za komfortowe też uznać nijak się nie da. Nade mną wisiała wizja tej operacji, której ostatecznie poddałam się w ubiegły weekend, co swoją drogą jakoś mnie deranżowało. A teraz z tą nogą nie pochodzę, więc plany zwiedzania jakichkolwiek miejsc odłożyć trzeba na niedaleką, mam nadzieję, przyszłość.

Z krótkich wycieczek udało nam się w weekend poprzedzający tę operację pojechać w Świętokrzyskie nad Zalew Brodzki. Pogoda jak na wrzesień była wybitnie sierpniowa, prawie 30 stopni Celsjusza, widoki śliczne – i tę trasę, i to, co jest tam na miejscu, przyrodę, widoki – bardzo lubię.

Zalew Brodzki
Lato w sumie dziwne było, jeśli o pogodę chodzi – albo żar z nieba, albo od razu oberwanie chmury. W tamtym roku założyliśmy sobie maleńki ogródek obok domu moich rodziców. Mieliśmy i dynie, i kabaczki, i nawet pomidory i paprykę, wsiałam też sałatę. I nie wiem, czy to nie przez tę pogodę zbiory były gorzej niż marne, pomidory zżarła jakaś zaraza, kabaczki były może ze trzy, dyńki urosły wielkości tych ozdobnych, maluchy takie. A zapowiadało się świetnie…

Ogródkowy gąszcz przed zarazą

Nie ma jednak co narzekać, kilka swoich pomidorków udało nam się zjeść, leczo i zupa dyniowa też były, dyniowa jeszcze zresztą będzie, jest z czego zrobić. A w przyszłym roku odrobię lekcje i lepiej przygotuję się do sezonu zbiorów.

Teraz z racji rekonwalescencji czeka mnie taki slow czas, ale to dobrze. Postaram się go wykorzystać na tyle efektywnie, na ile się da. Jest genealogia, może uda mi się z poziomu komputera znaleźć jeszcze kogoś z rodziny, są szkolenia psychologiczne do powtórki, a te bardzo mi pomagają w budowaniu swojego wewnętrznego dobrostanu – dość powiedzieć, że ta ostatnia operacja, w sumie trzecia w ciągu ostatnich dwunastu lat (nie wliczam tu dwóch zabiegów mniejszego kalibru), była pierwszym tego typu zabiegiem, który przeszłam najbardziej świadomie i zniosłam najlepiej pod względem nerwów i stresu, a wszystko to dzięki pracy ze sobą, jestem o tym przekonana. Ale o tym może kiedyś szerzej napiszę.

06 czerwca 2025

Gdy nie publikuję…

 …robię inne interesujące mnie rzeczy ;-)

Chmura nad osiedlem

Od ostatniego wpisu minęło prawie pięć miesięcy, ale ten rok ma u nas takie przyśpieszenie, że wierzyć mi się nie chce, że to dopiero czerwiec. Zdjęcie powyżej zrobiłam w Dzień Dziecka.

Ale po kolei. W lutym dane mi było wcielić się w dwórkę księżnej Izabeli Czartoryskiej, której 280 rocznicę urodzin świętuje (bez większego zapału, niestety) moje miasto. Moja Przyjaciółka, która pracuje w jednej z filii biblioteki miejskiej, zorganizowała urodziny Księżnej: obowiązywał strój wizytowy, najlepiej, gdyby choć trochę nawiązywał stylem do epoki, ale wachlarz w ręce też wystarczył; była prelekcja na temat osiągnięć Księżnej wygłoszona przez prowadzącą to wydarzenie, były babeczki z wizerunkiem Jubilatki, zamówione u mistrzyni cukiernictwa – istotnie, niebo w gębie, jak to mówią, ale ten wygląd – !

Wyżej wspomniana babeczka z wizerunkiem Księżnej
Potem zaczęła nam się robić powoli wiosna. Przed Wielkanocą było jeszcze jedno spotkanie w bibliotece, tym razem poświęcone zbiorom pierwszego muzeum na ziemiach polskich, założonego przez księżnę Izabelę. Kupiłam nowy (lekki!) rower. W okolicach majówki pojechaliśmy z mężem na dwa dni na Warmię. Skończyłam jeden projekt genealogiczny. Dziergałam. W tle tego wszystkiego robiłam różne webinary psychologiczne i astrologiczne (nawiasem mówiąc, zadziwiające, jak te dwie dziedziny się uzupełniają). Niewykluczone, że ta masa wiedzy, jaką przyswajałam od końca ubiegłego roku, to przez układy na niebie (Jowisz w Bliźniętach). Ogólnie czuję się tak, jakby to była jakaś końcówka roku, tylko ta pogoda taka myląca (od kilku dni mamy tropiki: gorąco i wilgotno).

Zatem przerwy w pisaniu będą. Nie zawsze jest temat, nie zawsze są siła, chęci i samozaparcie, nie zawsze jest flow. Ale będę tu wracać.

Zatem – do zobaczenia :)

Zachód słońca nad Wisłą z budującym się nowym skrzydłem hotelu na pierwszym planie


21 stycznia 2025

Pionierki


Ziemianki Marty Strzeleckiej to kolejna książka, która współczesnemu czytelnikowi przybliża czasy naszych babek i prababek. Opowieść osnuta jest na historii szkoły założonej w pierwszej dekadzie XX wieku w Nałęczowie przez tytułowe ziemianki, czyli (w tym przypadku) panie ze średniozamożnych dworów szlacheckich, żony, matki i – jakbyśmy to dziś mogli określić – przedsiębiorczynie.

Szkoła ziemianek w Nałęczowie działała od 1910 do 1936 roku. Tego typu placówek było na terenach dawnej Rzeczpospolitej więcej. Zakładane były i jako przejaw dobrze widzianej w środowisku pracy społecznikowskiej prowadzonej przez ziemianki, i z myślą o kształceniu włościanek, czyli kobiet pochodzących z terenów wiejskich. Dla wielu z nich taka edukacja okazywała się trampoliną w przyszłość, zmieniała ich podejście do pracy w gospodarstwie, uczyła samodzielności. Można by rzec, że poza oficjalnym programem nauczania, który obejmował kształcenie takich umiejętności, jak prowadzenie domu, ogrodu, robienie przetworów (w tamtym czasie niejaki John Weck wymyślił urządzenie umożliwiające pasteryzację przetworów z owoców w warunkach domowych), prowadzenie kurnika itp., dziewczęta zyskiwały też pewność siebie, a były to przecież czasy rodzącego się w świecie ruchu emancypacyjnego. Autorka świetnie pokazuje całą sieć powiązań i zależności, w jakich tkwiły kobiety tamtych czasów niezależnie od pochodzenia. Ziemianki obowiązywał pewien niepisany kodeks, który zakładał między innymi właśnie taką pracę społecznikowską, a ponadto wspieranie męża w jego działalności gospodarczej, odpowiedzialność za sprawy związane z funkcjonowaniem dworu i gospodarstwa, pobożność. Żeby móc prowadzić działalność społecznikowską, zależne były od finansowania przez darczyńców – mężczyzn z kapitałem, ale też od Kościoła, którego przedstawiciele mogli w czasie kazań dobrze nastrajać do tej idei chłopów. Z kolei dziewczyny ze wsi, żeby dostać się do szkoły wyższej niż elementarna, musiały mieć zgodę ojca, czasem męża, i ich wsparcie finansowe. Nie mówiąc o tym, że już wcześniej ktoś musiał zadbać, żeby taka dziewczyna skończyła szkołę elementarną, co przecież w tamtych czasach nie było oczywiste (np. w Galicji niby istniał obowiązek szkolnictwa, ale rodzice dzieci, szczególnie dziewczynek, bardzo często pisali podania do władz o zwolnienie ich z tegoż, bo przecież w domu były potrzebne ręce do pracy). Kobiety tamtych czasów były mocno ograniczane przez patriarchat i nawet uzyskanie praw wyborczych w 1918 roku nie zmieniło za bardzo ich sytuacji, zaś II wojna światowa spowodowała kompletne przemeblowanie znanego im świata.

W książce przytoczone są rozmowy Autorki z potomkiniami zarówno ziemianek, jak i włościanek, wychowanek szkoły nałęczowskiej. Mamy tu także wyimki z lisów absolwentek szkół ziemianek, dokumenty i zdjęcia. To pozwala czytelnikowi zobaczyć, jak wiele zmieniło się w ciągu ostatnich stu lat. Autorce udało się nakreślić portret zbiorowy kobiet, które codziennym staraniem i wysiłkiem torowały drogę nam, ich potomkiniom, do tego, byśmy miały możliwość samostanowienia, podejmowania pracy zawodowej, kształcenia. Byśmy mogły same wybierać, jak chcemy żyć.

05 stycznia 2025

Książka o dobru

O tej książce chciałam napisać, jak tylko skończyłam ją czytać, ale wydarzenia codzienności wchodziły w paradę, a i to przyznać muszę, że nie umiałam znaleźć słów na wyrażenie wszystkiego, co się we mnie na jej tle pojawiało.

Panny z "Wesela" to książka po prostu piękna.

Napisana niczym pamiętnik z życia trzech dziewczyn wychowanych na podkrakowskiej wsi, prowadzi czytelnika od dzieciństwa aż do śmierci bohaterek i dalej, opowiadając krótko o losach ich dzieci. Widzimy więc najpierw Bronowice i zamieszkujących je ludzi, relacje między nimi, codzienne zajęcia, to, jak chodzili na targ do Krakowa czy na niedzielne msze do kościoła Mariackiego i cały rytuał z tym związany, włącznie ze strojami, jakie w tamtym czasie nosili mieszkańcy Bronowic. Autorka prowadzi nas też po samym Krakowie, przedstawia środowisko bohemy artystycznej, pojawiają się takie nazwiska jak Tetmajerowie, Żeleńscy, Rydlowie, Kotarbińscy czy Wyspiański. Czytamy listy, które pisali wszyscy do wszystkich (po naszych SMS-ach nie zostanie śladu ni popiołu…), z których dowiadujemy się o ich postawach wobec życia, pragnieniach, marzeniach i zamierzeniach. Razem z Włodzimierzem Tetmajerem poznajemy Annę Mikołajczykównę, z Ludwikiem de Laveaux przeżywamy zauroczenie jej młodszą siostrą Marysią, a Lucjan Rydel pokazuje, jak miłość do najmłodszej z sióstr, Jadwisi, zmieniła jego zaniedbaną i zszarganą w nałogach ale uczciwą duszę (1). Jesteśmy uczestnikami wesela Rydlów i śledzimy wydarzenia towarzyszące powstawaniu i w końcu wystawieniu dramatu Wyspiańskiego. Ale też, co wydaje mi się najpiękniejsze, widzimy, jak cicha i wspierająca obecność Anny i Jadwigi wpływała na rozwój dwóch artystów. Tetmajer dał się poznać nie tylko jako malarz, ale też poeta i działacz społeczny, patriota, Rydel zaś był uosobieniem pracowitości i przedsiębiorczości. Nie znaczy to wcale, że każda z tych kobiet była niewidzialnym elementem układanki małżeńskiej, wręcz przeciwnie: każda z nich na swój sposób inspirowała męża, ale też otaczała dyskretną opieką i jego, i całą rodzinę. Podziwiam szczególnie hart ducha, jaki cechował Annę Tetmajerową, i to właściwie do końca jej dni.

Z kolei ja sama uświadomiłam sobie, jak mocno, jak źle wpływa na mnie czytanie o losach ludzi w czasie drugiej wojny światowej. Część bohaterów tej opowieści wir historii wciągnął w wydarzenia z lat 1939-1945 i dalej, a ja – naprawdę – czytając, cierpiałam i przeżywałam je razem z nimi.

Z tej książki płynie jednak tak pozytywny przekaz, tyle dobrych odczuć się ma w czasie jej lektury, że doprawdy trudno wszystko to zamknąć w jednym krótkim opisie. Monika Śliwińska dała nam piękną książkę, którą szczerze polecam.

(1) Z listu L. Rydla do matki.

22 listopada 2024

Miejsce na ziemi (2)

Prawie rok temu pisałam o tym, że nie czuję czy przestaję czuć więź z miejscem, w którym się urodziłam i mieszkam. Miasto zmienia się coraz bardziej, niekoniecznie w kierunku, jaki mi się podoba. O tym, że jego mieszkańcy są specyficzni, dość obojętni na sprawy miasta czy nawet parku, który się ostał po żyjącej tu do lat 30. XIX wieku rodzinie magnackiej, rozmawiałam nawet ostatnio z przyjaciółką, zatem nie jest to moje odosobnione zdanie. Tyle że to miasto nie jest samotną wyspą – i właśnie to do mnie ostatnio dotarło.

Widok na tonącą we mgle starą zabudowę Puław, fot. własna

W poprzednim wpisie na samym końcu wspomniałam o Muzeum Zamoyskich w Kozłówce, które w ramach promocji swojej placówki w social mediach od dłuższego już czasu nagrywa tzw. rolki (króciutkie filmiki) o służącej Stefci i panu Antonim, by na tle ich historii przybliżyć odbiorcom realia życia służby pałacowej oraz mieszkańców wsi z początków XX wieku. Nawiązało też współpracę z Muzeum Państwowym w Lublinie –  realizatorom tego miniserialu udało się dostać zgodę na wykorzystanie wnętrz Dworku Wincentego Pola, znajdującego się na Kalinowszczyźnie w Lublinie, oraz z Muzeum Wsi Lubelskiej, gdzie kręcone były kolejne odcinki. Przy okazji tych wizyt powstały też rolki z Dworku Wincentego Pola i ze skansenu. I obrazy z tej drugiej rolki poruszyły coś we mnie.

Widok z dolnego parku przy pałacu Czartoryskich, fot. własna

Nagle poczułam się częścią tej ogromnej społeczności zamieszkującej Lubelszczyznę. Zaczęłam szukać artykułów o gwarze z tych terenów (bardzo ciekawy można przeczytać pod tym linkiem), znalazłam strój z moich rodzinnych okolic (tu i tu), a przy okazji natknęłam się na ciekawe blogi o folklorze (tenten i ten). Plan na wakacje jest taki, żeby w miarę możliwości zobaczyć jak najwięcej Lubelszczyzny, nie omijając także skansenu w Lublinie czy muzeów etnograficznych. Słowem, coś się we mnie przeobraziło.

Czuję się u-miejscowiona – wreszcie.

Takie poczucie bycia osadzonym w jakimś konkretnym miejscu jest czymś, czego mi brakowało. Bardzo. Był czas, kiedy silnie utożsamiałam się z samym miastem, ale w ostatnich latach zaczęło się to wypalać. Teraz odczuwam zupełnie inaczej. I bardzo mnie to cieszy, chociaż przecież zasadniczo nic się nie zmieniło.

To we mnie nastąpiła zmiana. Mam swoje miejsce na ziemi.